Dlaczego nie odwołała Andrzeja Jasiłka? Jak się pracowało z poprzednim burmistrzem, a jak z obecnym? Czy po ewentualnych wyborach zostanie na swoim stanowisku? - z przewodniczącą Rady Miejskiej w Okonku Lidią Sameć rozmawia Ryszard Mikietyński
Po czteroletniej przerwie jest Pani znowu przewodniczącą Rady Miejskiej. Czy przez te lata, Pani zdaniem, zmieniła się rola przewodniczącego? Czy myślała Pani, że tak to będzie wyglądało?
Zmieniła się o tyle, o ile zmieniły się problemy. Decydując się na objęcie tej funkcji wiedziałam, że trzeba będzie włożyć sporo wysiłku, żeby gmina mogła funkcjonować. Ale że aż tak trudno będzie, to się nie spodziewałam. Mam tu na myśli to co wyszło zaraz po wyborach. Zresztą chyba nikt się tego nie spodziewał, oprócz tych, którzy wiedzieli.
Ale gdyby Pani miała wtedy tę wiedzę, to też by została przewodniczącą? Mam na myśli problemy lustracyjne Andrzeja Jasiłka.
Trudno gdybać, ale jestem daleka od tego, żeby z góry kogoś przekreślać czy osądzać. Już nieraz się wypowiadałam, że dla mnie proces lustracyjny nie jest czymś dobrym. Mamy przykłady, jak ludzie dopiero po latach mogli się oczyścić z zarzutów. Wychodzę z założenia, że człowiekowi trzeba zawsze dać szansę, żeby mógł bronić swojego dobrego imienia.
Wypowiadała się Pani publicznie, że jest Pani przeciwnikiem lustracji, że zna Pani Andrzeja Jasiłka jako dobrego człowieka. Spotkało się to z krytyką, że jako osoba prywatna mogłaby Pani takie sądy wypowiadać. Czy uważa Pani, że jako osoba publiczna może je również tak formułować?
Tak, tak uważam. Takie możliwości daje nam prawo. Mamy prawo dać burmistrzowi szansę obrony. Nie działaliśmy przecież wbrew prawu, nawet dzisiaj orzeczenia sądów w tej sprawie są niejednoznaczne. Mogliśmy przecież podjąć uchwałę, że odwołujemy burmistrza, ale mogliśmy również takiej uchwały nie podejmować, z czego skorzystaliśmy. Wszystko omawialiśmy wcześniej na komisjach, więc to, co było na sesjach, nie jest zaskoczeniem. Wszystko było zgodnie z literą prawa. Co do komentarzy, to nie czytam ich, bo niektóre są naprawdę żenujące. Gdyby ten ktoś siedział z tej strony i znał wszystkie problemy, może by takich głupot nie pisał.
Ale nie było takiej pokusy, żeby przeciąć ten „wrzód”, żeby sytuacja się trochę uspokoiła, żeby ostudzić emocje? Nawet kosztem odwołania burmistrza?
Nie było. Powtarzam – człowiekowi trzeba zawsze dać szansę. I przede wszystkim rozmawiać, a nie szeptać po kątach. Ponieważ zdecydowana większość radnych się do mojej propozycji przychyliła, dlatego też taką reprezentowałam publicznie.
Część radnych startujących z komitetu Andrzeja Jasiłka jest teraz w opozycji do niego.
Ale tu chodzi o inną kwestię – zagrożenia utratą pracy na skutek likwidacji szkół, bo mam tu na myśli nauczycielki.
Czyli rozumiem, że tych spraw nie należałoby łączyć?
Absolutnie bym tego nie łączyła. Każda z tych spraw ma zupełne inne podłoże.
Widziałem jak Pani przeżywała sesję budżetową ze stycznia tego roku. W pewnym momencie wydawało się, że trzaśnie Pani drzwiami i wyjdzie.
To była ciężka sesja, ale okazało się, że to ja miałam wówczas rację; chodzi mi o wykluczenie z głosowania nauczycieli, których interes prawny pokrywał się z projektem uchwały o likwidacji szkoły. Trudno jednak było wówczas kogoś przekonać, górę brały emocje. Orzeczenie sądu na ten temat potraktowano wybiórczo.
Nie jest Pani trochę przykro, że jako koledzy - nauczyciele stanęliście teraz po dwóch stronach barykady?
Jest to dla mnie bardzo bolesne. Byliśmy ostro atakowani przez cały czas, szczególnie na spotkaniu związkowym w Lotyniu. Już w poprzedniej kadencji skarbnik zwracał nam uwagę, że może być trudna sytuacja w oświacie jeżeli nie zrobimy nic w kierunku polityki kadrowej. Ale wtedy nikt z nas nie zwracał na to chyba większej uwagi: były pieniądze, więc po co zaciskać pasa. Teraz jednak wszystko wyszło. Być może obawiano się wtedy, że los „reformatorów” będzie podobny do naszego – nieustanna krytyka. Ale przecież nie możemy doprowadzić do upadłości gminy. Jestem atakowana również ze strony związków zawodowych, ale muszę się z racji sprawowanej funkcji wznieść ponad podziały, myśleć o całej gminie, a nie o jednej miejscowości czy szkole. Temu, że nauczyciele i rodzice walczą o swoje się nie dziwię, bo wiąże się to na pewno z jakimiś tragediami. Mogę tylko współczuć.
W innych gminach nie ma takich problemów z dopłatami wyrównawczymi. To jasno świadczy o tym, że u nas były przerosty w zatrudnieniu w oświacie. Pojechałam do tej miejscowości, gdzie podobną szkołę co w Pniewie prowadzi stowarzyszenie. Tylko tam przy takiej samej liczbie uczniów zatrudnionych jest dziewięciu nauczycieli, a nie czternastu, jak w Pniewie. Ale obiecaliśmy, że pomożemy w założeniu stowarzyszenia, które poprowadzi szkołę. Tylko oni muszą sobie zdawać sprawę z tego, że jak nie rozpoczną działalności od września tego roku, to będą małe szanse na powodzenie. Czy da się to wszystko potem odwrócić, skoro dzieci będą już uczyć się w Okonku? Ale życzę im sukcesów.
Była Pani przewodniczącą rady za burmistrza Romualda Duszary, teraz burmistrzem jest Andrzej Jasiłek. Widzi Pani różnicę w pracy?
Jest zdecydowanie spokojniej. Nie ma żadnych nacisków, zresztą nie zawiązaliśmy klubu, każdy podejmuje decyzję zgodnie z własnym sumieniem. Sposób komunikowania się jest inny, dla mnie korzystniejszy.
Co powie Pani o zastępcy Januszu Mliczaku?
Uważam go za bardzo kompetentnego, mądrego człowieka. Potrafi rzeczowo, jasno wyjaśnić wszystkie zawiłości prawne. Przy nim dużo się nauczyłam. Jest mi przykro, kiedy go tak bezpardonowo atakują. Obarczono go częścią winy za to, co się teraz dzieje, tylko każdy zapomniał, w jakich warunkach przyszło mu pracować. A ja wiem, bo za poprzedniej kadencji miałam możliwość to obserwować.
Załóżmy, że kasacja Naczelnego Sądu Administracyjnego w sprawie działania zastępczego wojewody w sprawie wygaśnięcia mandatu Andrzeja Jasiłka zostanie odrzucona, będą nowe wybory. Czy wyobraża sobie Pani współpracę z innym burmistrzem, wybranym niekoniecznie po Pani myśli?
Jak się czegoś podjęłam, to nie zachowam się jak dziecko – nie wezmę zabawek i nie pójdę sobie. Muszę być konsekwentna, dostałam mandat od swoich wyborców i nie mogę kierować się własnymi odczuciami. Chyba że okaże się, że rada będzie chciała mnie odwołać, bo zawsze jest taka możliwość, z czym się liczę. Sama jednak nie zrezygnuję.
Czy zauważyła Pani jakieś „światełko w tunelu”, że sprawy idą w dobrym kierunku? Że program naprawczy daje już jakieś wyniki?
Ten rok będzie jeszcze bardzo trudny, może już w przyszłym będzie lekka poprawa.
Czego życzyłaby Pani sobie na te pozostałe dwa i pół roku?
Przede wszystkim większego spokoju i zrozumienia. Czasami trzeba się wznieść ponad to wszystko i mieć na względzie dobro ogółu.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze