100 tys. zł za niedopilnowanie dziecka

Takiego zadośćuczynienia oczekuje od dwóch ratowników pływalni Laguna matka chłopca, który na skutek ataku padaczki zasłabł w basenie

Sprawę złotowskich ratowników prowadzi sędzia Jerzy Hławiczka
Sprawę złotowskich ratowników prowadzi sędzia Jerzy Hławiczka

Czytasz tekst premium, który został udostępniony dla wszystkich Czytelników portalu.
Zostań stałym Czytelnikiem.

Zaloguj się i subskrybuj wszystkie treści portalu.


We wtorek w Sądzie Rejonowym w Złotowie rozpoczęła się sprawa dotycząca zdarzenia z czerwca ubiegłego roku. Dwunastoletni chłopiec zasłabł w wodzie w wyniku napadu epileptycznego. Jego kolega zasygnalizował zdarzenie jednemu z nauczycieli, który wezwał ratowników. Ci udzieli mu pierwszej pomocy, chłopca zabrało pogotowie. Zdarzenie zakończyło się szczęśliwie, chłopiec nie odniósł fizycznych obrażeń. Niemniej złotowska prokuratura wystosowała akt oskarżenia względem ratowników. Zarzuty dotyczą artykułu 160 par. 2, który mówi o narażeniu na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu przez osobę, na której ciąży obowiązek opieki (Kodeks Karny przewiduje za to karę pozbawienia wolności od trzech miesięcy do pięciu lat). Akt oskarżenia mówi o tym, że ratownicy nie dopełnili obowiązków, nie kontrolowali strefy dla osób nieumiejących pływać, w wyniku czego nie zareagowali niezwłocznie na zasłabnięcie chłopca, czym narazili go na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia, bądź doznania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Ratownicy nie przyznali się do winy. Podobnie jak wcześniej, również na wtorkowej rozprawie odmówili możliwości składania wyjaśnień i udzielenia odpowiedzi na zadawane pytania.

Dlatego zadośćuczynienie

Matka chłopca wniosła o zadośćuczynienie w wysokości 100 tys. zł. Trudności emocjonalne, pogorszenie kondycji psychicznej, stres, których efektem są częstsze niż wcześniej napady padaczkowe, wizyty lekarskie i ogólne pogorszenie jakości życia – tymi argumentami motywowała wniosek uznając, że to dużo jak na organizm dwunastolatka. Przed sądem podkreślała, że chłopiec ma obecnie indywidualny tok nauczania z większości przedmiotów, przez co ma ograniczony kontakt z rówieśnikami.

Linia obrony kwestionuje te argumenty. Tym bardziej, że w ostatnich kilkunastu miesiącach chłopiec przechodził zmiany leków i to one mogły mieć wpływ na jego stan. Stąd dokładne pytania obrońcy oskarżonych o ilość ataków w poszczególnych okresach. Matka chłopca przyznała, że już przed zdarzeniem ataków było więcej, ale kulminacja tej intensywności miała nastąpić po czerwcowym zdarzeniu. Zdaniem kobiety, ani wcześniej, ani już po zmianie leków nie było przeciwwskazań do uczestnictwa syna w zajęciach na pływalni. Jej zdaniem przy chorobie neurologicznej syna zajęcia na basenie są wręcz wskazane. Choć odpowiadając na jedno z pytań przyznała, że po zdarzeniu jeden z lekarzy miał podkreślić, że może warto byłoby zastanowić się nad tym, aby chłopiec nie uczestniczył w takich zajęciach.

Wiedza o chorym uczniu

Linia obrony podkreślała, że po zdarzeniu ratownicy w każdym aspekcie zachowali się prawidłowo. Od chwili udzielenia pierwszej pomocy do przekazania chłopca służbom medycznym. Składając we wtorek zeznania w charakterze świadków potwierdzało to również czworo nauczycieli, którzy tego dnia byli w pływalni z uczniami. Nie każdy z nich wszystko dokładnie widział (m.in. kwestia tego, gdzie stali w momencie zdarzenia ratownicy), ale ich stwierdzenia pokrywały się co do tego, że ratownicy szybko podjęli działanie.

Nauczyciel będący najbliżej chłopca miał stać 3–4 metry od miejsca zdarzenia. To on usłyszał w trakcie rozprawy najwięcej pytań, przede wszystkim w zakresie wiedzy o chorobie dziecka. Jego wypowiedzi nie były do końca klarowne. Matka chłopca podkreślała, że jako nauczyciel wychowania fizycznego syna powinien znać treść orzeczenia – które kobieta co roku miała regularnie dostarczać do szkoły – określającego stan jego zdrowia. Na pytanie o to mężczyzna odparł, że czytał je, ale nie zapamiętał z jaką dokładnie chorobą zmaga się chłopiec. Jak stwierdził, miał pewną wiedzę o tym uczniu (tym bardziej, że chłopiec miał już kiedyś atak w szkole), ale nie była ona pełna. Kobieta przekonywała, że na bieżąco przekazywała informacje dotyczące syna dyrektor szkoły oraz jego ówczesnej wychowawczyni i szkolnej pedagog. Podkreślała, że każdorazowo informowała też szkołę o zmianie leków.

Nauczyciele zauważyli w swoich zeznaniach, że sytuacja, w jakiej znalazł się chłopiec (dryfujący na wodzie z dłońmi drugiego dziecka, które je podtrzymuje) jest identyczna, jak jedno z ćwiczeń określane jako meduza. W ich ocenie nawet obserwowanie sytuacji nie musiało zatem wzbudzić podejrzeń.

Głos biegłych

Matka chłopca potwierdziła natomiast, że nie rozmawiała na temat stanu zdrowia syna z ratownikami.

Nie wiem, czy ratownicy wiedzieli o chorobie syna

– przyznała. Ci mieli być nieobecni przy niecce, w której doszło do zdarzenia, ponieważ w tym czasie mieli pilnować innego dziecka, o którym ponoć posiadali wiedzę, że wymaga indywidualnej opieki.

Szczególnej opieki. Do tego stopnia, że uczeń ten ma na zajęciach na basenie oddzielny tor

– wyjaśniał jeden z nauczycieli, choć żaden z nich nie potrafił potwierdzić, czy tego dnia uczeń ten również był obecny na pływalni.

Kwestia ta, w oparciu o dokumentację, ma zostać doprecyzowana na kolejnej rozprawie. W sali sądowej ma się wtedy również pojawić m.in. specjalista medycyny sądowej, która wydając opinię w tej sprawie stwierdziła, że zaistniało bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu dwunastolatka. Mecenas obrońców złożył także wniosek o to, aby stanowisko wyraził inny biegły, który określi, czy dziecko z taką chorobą powinno w ogóle uczestniczyć w zajęciach na pływalni.

Już dziś zyskaj pełnie możliwości jakie oferuje nasz portal.

Subskrypcja na portalu