:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
teraz 14°C
Ludzie i ich pasje, wzgórza - zdjęcie, fotografia
Portal zlotowskie.pl 31/03/2019 16:30

Drzewom zakłada kołnierze, zbiera odciski dinozaurów, ludziom daje budy. Nie używa swojego imienia, za to nazwiska ma dwa.

Z dala od głównej drogi, nad stawem, tam gdzie drzewa odstraszają koty metalowymi kolczatkami, mieszka Ania. Anią zwała ją babcia z miasta Łodzi, co to życie wiodła w starej kamienicy w kształcie końskiej podkowy. Na wybrukowanym podwórku przy ul. Paryskiej, w bok od Armii Czerwonej, dziewczynkę Anią zwały także inne dzieci. Gdy kąpały się pod pompą wody i kiedy wylewały wiadrami ścieki do rynsztoka. Potok domowych nieczystości spływał w kierunku łąk, za którymi huczała fabryka nici lateksowych i włókna szklanego. Anilana – największa bomba ekologiczna w okolicy.

Anią nie zwał jej tylko tata – szwoleżer, kapitan żeglugi wielkiej, komendant obozu dla Niemców w Złotowie. Dla niego zawsze była Halinką. Jakby tylko kobiety o tym imieniu potrafił kochać.

– Moja mama była Halina, a ojciec taki był w niej zakochany, że powiedział, że gdyby nawet miał dwie córki, to każda by była Haliną – Halina vel. Ania Marcinkowska–Wasilewska opowiada, merdając bambusowym pędzelkiem w mojej herbacie. W zielonej, japońskiej matchy. Proszek kupuje przez internet.

– Halina Wasilewska i Ania Marcinkowska to ta sama osoba – lekarka śmieje się w głos. Swoją herbatę słodzi ksylitolem, a dosładza wyciągiem z prawoślazu. Między jednym a drugim łykiem prosi, by nie pisać o niej nic wprost pochwalnego.

To może o ojcu? To osobna historia. Rocznik 1907, urodzony w dzisiejszej Estonii, pierwsze trzy klasy podstawówki kończył za cara. Jako 10–latek widział Lenina, za co zebrał od matki cięgi. Z kolegą pływał na krze po Wołdze i marzył o zostaniu kapitanem. Podbój mórz i oceanów – marzenie w sam raz dla syna polskich zesłańców. Jego plany przerwała wojna.

– Dziadkowie wrócili do Suwałk, bo tam mieszkała cześć rodziny – drobna szlachta zagrodowa. Tam, już jako porucznik żeglugi małej, został zmobilizowany do kawalerii, do Trzeciego Pułku Szwoleżerów – pani Ania krząta się po kuchni, wyciągając z szuflad wspomnień kolejne obrazy. Mój wzrok przyciąga rysunek na ścianie, nad stuletnim dębowym stołem po babci. Na kartce przerywaną kreską wnuk pani Ani namalował psa Brysia. Miał wtedy dwa i pół roczku i podobno pisał i czytał. Mimo to jego dzieło to raczej kocio–pies. Moja gospodyni śmieje się z tej obserwacji. A propos rodziny: ona ma córkę, a jej maż dwoje dzieci. Kiedyś jedno z nich powiedziało, że są rodziną zszywaną nicią życia.

A tak mało brakowało, by części z nich nigdy nie było. Oddział ich dziadka kawalerzysty został rozbity, a on przedzierał się przez dzisiejszą Ukrainę i Białoruś do Suwałk. Na Suwalszczyźnie wstąpił do partyzantki, pod komendę rotmistrza Bieleckiego. – Wdowa po nim bywała u nas w domu, bardzo dobre robiła śledzie z grzybkami – A. Wasilewska–Marcinkowska częstuje mnie wspomnieniem kulinarnym. Czasem tak zapamiętujemy ludzi, przez drobiazgi.

Gdy jej ojca złapano i osadzono w Królewcu, a nad jego głową jako zdrajcy (był obywatelem Prus Wschodnich) zawisł wyrok śmierci, jego matka przygotowała łapówkę.

– Babcia sprzedała cały majątek i za to zmieniła mu kwalifikację ze zdrady stanu na rozbój. Siedział z bandytami w Koronowie koło Złotowa – to pierwszy kontakt rodziny pani doktor ze Złotowszczyzną. Ludzie tu byli tacy sami jak wszędzie. Jeden strażnik był bestią, drugi zaś walił pałą w ściany i materace, wcześniej pouczając więźniów, że mają krzyczeć. Gdy zbliżał się front pan Eugeniusz zbiegł. Trzy dni siedział na węglu owinięty w kożuch kogoś zmiażdżonego przez tryby wojny.

– Gdy jechali Rosjanie czołgami, to wyskoczył i krzyczał, żeby jechali przez most, bo nie jest zaminowany. Tak, to dawaj tutaj. Musiał przebiec ten most pod ostrzałem – przez słowa pani Ani przebija duma. Tak jak w całym jej domu, zbudowanym na obrzeżach gminy Okonek. Na biurku stoi medalion ze zdjęciem babci – piękny uśmiech, falowane włosy, musiała robić wrażenie. Obok w prostokącie zdjęcia pręży się dziadek. Surowe rysy zdradzają człowieka silnego charakteru. Kogoś, kto wrócił do ziemi ojczystej z Syberii na własnych nogach. Dziadek jest łysy, za to wąs ma wywinięty po sarmacku. Ciekawe, czy kręcił go przed lustrem, które dziś zdobi gabinet doktor Hani, wróć: Ani. Raczej na pewno nastawiał zegar z duszą, za którego łańcuszki teraz pociąga jego wnuczka.

– Dziadek, żeniąc się z babcią, popełnił mezalians, ponieważ babcia była córką szefa ogrodników u Scheiblera w Łodzi, a dziadek był ze szlachty – w rodzinie jest drzewo genealogiczne, które gałęziami splata losy poszczególnych jej członków.

– A tu jest ojciec mojego dziadka na zagrodzie. Jego żona, Józia Bujakiewicz, była z domu Moniuszko. Była jedną z trzech córek brata Stanisława Moniuszki, Arnolda – opowiada pani Ania, dotykając tych samych przedmiotów co jej przodkowie.

Ale gdzie zgubiliśmy pana Eugeniusza? Ach tak, na wojnie. W czasie tragicznym, ale i pełnym bohaterskich czynów. Takich, o których potomkowie mówią z piersią wypiętą jak do orderu.

– Ponieważ tata znał i niemiecki, i rosyjski, to Rosjanie zrobili go komendantem obozu dla Niemców. Tyle że gdy chcieli wziąć młode Niemki do zabawy, to ojciec wytoczył cekaemy. Wtedy władza wezwała go do Warszawy, gdzie dostał zakaz pływania. Został pilotem portowym w Kołobrzegu, a tam, w kapitanacie portu, urodziłam się ja – opowiada dziarska 69–latka. Szczupła, sprężysta, energiczna. Gdy mówię, że tyle lat bym jej nie dał, przytomnie odpowiada: I bardzo dobrze, bo bym nie wzięła!

Wróćmy na chwilę do miasta Łodzi, jak mówią łodzianie. „Miasto” jest dla nich jak przedrostek. Tu wychowuje się Halinka vel Ania. U babci, bo rodzice chwilowo mają coś innego na głowie.

– Poznali się na obozie żeglarskim w Giżycku. Mamusia studiowała medycynę, tatuś marzył o dalekich morzach. Mamusia przyjechała mnie urodzić i wróciła do Wrocławia na studia, a tatuś moje pieluszki prał o tak – mieszkanka Lędyczka łączy kciuki z palcami wskazującymi. Stąd jej pobyt u babci. Była z nią bardziej związana niż z mamą.

Tata pływał, więc i jego rzadko widywała. Czasem rozłąka trwała pół roku. Dlatego uciekała na widok marynarzy. Gdy tylko ojciec zapraszał młodych oficerów, ona czmychała.

Wszystkie z odzysku, za to ich miłość do pani Ani jest pierwszej świeżości


Ślad dinozaura

Za oknem domu pani Ani jest raj. Eden jej męża, dwóch kotów, czterech psów z odzysku i koni (Cheddar przyszedł na świat w asyście właścicielki, Niuniuś, zwany gryzoniem, został zabrany za złe traktowanie). W ogrodzie faluje woda stawu, po gałęziach skacze modra sikora. Koty nauczyły się już, że ptaki chronią kolczatki. Na parapecie w słońcu wylegują się kamienie.

– Chciałam zostać geologiem – tłumaczy moja gospodyni, biorąc do ręki kolejne fragmenty skał. Szczotkę ametystową, rudę żelaza, różę pustyni i kamyk z jeziora Loch Ness.

– Uważałam, że geologia to taka romantyczna zabawa, w której szuka się skarbów z przeszłości – mówi, podając mi jeden ze swoich klejnotów.

– To jest odcisk dinozaura – chichocze.

– Ta kula to pewnie armatnia, a to, widzi pan, fragment meteoru. Niech pan to weźmie do ręki. Taki ciężki, gładki, a z tej strony ponacinany...
Geologiem Halina Marcinkowska – tak ma na wszystkich dyplomach – nie została. Ciocia wyjaśniła jej, że większość geologów to jednak ślęczy nad mapami, a nie szuka skarbów. Ta sama krewna odradziła jej zostanie dziennikarką. Za komuny to praca na uwięzi. Pod dyktando władzy.

Trzecim wyborem była medycyna.

– Dobrze się w niej czuję, już 45 rok. Długo, co? Sama nie wierzę – mówi, serwując jajecznicę na maśle klarowanym. Ona chętnie zjadłaby maniok, za którym przepada lub choćby kozi ser z gospodarstwa ekologicznego w Brokęcinie, ale zadowala się kanapką z twarogiem. Jesteśmy tym, co jemy, więc nieraz zaskakiwała pacjentów pytaniem, co mieli na śniadanie.

– Widziałam wtedy dymek nad ich głowami: co, do cholery, ona nie zna się na lekach, czy jak? – o podwójnej osmozie wody czy produktach bio nawet nie wspomina. Wielu ludzi w temacie zdrowego żywienia jest „nieprzemakalnych”. A dla niej czasem w sklepie nie ma niczego.

– Czytałam, że niedługo zdrowa żywność będzie jedynie dla najbogatszych. Cała reszta będzie jeść byle jak – mówi, myjąc skorupki jajek. Później utrze je w moździerzu, przesieje i zje.

– Daję je mojemu staremu koniowi, a po cichu dosypuję też mężowi – znowu chichocze, potrząsając gęstymi, srebrnymi lokami.

– Tu jest i siarka, i łatwo przyswajalny wapń. Ludzie płacą ciężkie pieniądze za proszek z muszli morskich, a to jest podobne. Jest tu kwas hialuronowy! – przekonuje.

– Konia nogi przestały boleć... – o męża nie pytam.

Zaraz, zaraz, bo nić opowieści się plącze. A z tą medycyną jak było? Studia w Szczecinie, szybka ciąża i studenckie dziecko. Przy niej, nie przy babci. Ania na zajęcia w szpitalu, córka na portierni. Przybiega, karmi, przewija i do pracy.

– Sama się dziwię, że to się udało. Córka była zdrowa, w nocy nie płakała, to mogłam się uczyć. Zresztą starałam się wstukiwać wiedzę do głowy już podczas wykładów – twierdzi lekarka, dobrze znana w gminie Okonek. Szczecin opuściła dla natury. Poza tym na prowincji można było przebierać w mieszkaniach. Wybrała Drawno. Tam zostawiła trzy lata życia i pierwszego męża. Ale też nauczyła się pracy. W klinice byłaby piętnasta do zabiegu, raczej nosiłaby teczkę i parzyła kawę profesorowi. Tu uczyła się rzemiosła. Pomagali jej aptekarz i felczer.

– Miałam gorącą linię z aptekarzem i on mówił: to co tutaj napisałaś, to jedno do drugiego nie pasuje. Dałem coś innego. Albo: no, niunia, teraz to dobrze wymyśliłaś... – wspomina pierwsze lata praktyki. Szlify zdobywała przy felczerze Schillerze, którego uprosiła, by mogła z nim jeździć na wizyty.

– Patrzyłam, jak bada, jak pisze, jak rozmawia z ludźmi...

Potem została kierowniczką przychodni w Reczu. 80 pacjentów dziennie, do tego porodówka nad głową. Zwracają się wydatki na czekolady dla oddziałowej w jednym ze szpitali w Szczecinie. Słodyczami pani Ania przekonywała ją, by ta pozwoliła jej robić pacjentom zastrzyki.
– Studia były tak pomyślane, że doktor kończył je bez tej umiejętności...

Po drodze do Okonka były jeszcze Buczek pod Białogardem i Złocieniec. W Złocieńcu poznała obecnego męża. Są razem od 34 lat.

Raz nogi, raz głowa

Miłość to cwana bestia, za nic ma nasze plany. Pani Ania odwiedza koleżankę, doktor Wiśniewską, i zakochuje się w jej bracie. Zanim ta zdążyła jej powiedzieć, że brat jest...marynarzem.

– Akurat miał przerwę w pływaniu i próbował prowadzić gospodarstwo rolne, ale zatęsknił za morzem i wrócił do pływania. A ja wpadłam jak śliwka w kompot! – rozłąkę z ukochanym znosiła źle. Statki Przedsiębiorstwa Połowów Rybackich i Dalekomorskich „Gryf” wypływały i na pół roku. Chcąc być z mężem, doktor Ania sama się zaokrętowała. Samolotem udała się do Vancouver, a tam wsiadła na polskiego Aquariusa. Półroczny rejs, kajuta 3 na 3 m i oni dwoje.

– Kto bardziej zmęczony spał na koi, a mniej zmęczony na kanapce. Kanapka wyglądała jak kolejowa, obita dermą. Jak statek sztormował w przód i w tył, to się w koi stawało na nogach i na głowie (a na kanapce kulało na boki). Gdy statek kołysał się na boki, to na odwrót – lekarka pokazuje pół roku sztormu na Morzu Beringa na zdjęciach. Na jednym leży oparta o zimny, północny wiatr. Na innym są twarze marynarzy. Poorane wiatrem i żłobione solą, ale spokojne. Choć na początku rejsu rybacy byli przerażani, że z opresji ratować ma ich taka wątła istotka, kobietka nie reagująca nawet na swoje imię...

Kutry rybackie z końca lat 80–tych pani Ania nazywa galerami XX wieku. Na rufie połowowej tańczą tony lin, pokład skuty jest lodem, a burta jest otwarta. Marynarze lawirują między linami a siecią szerokości dwóch boisk piłkarskich.

– Zero bhp. I czasem fala uderzy, i marynarze lądują na pokładzie albo poza nim. Coś nieprawdopodobnego. A tam woda zero stopni, dwie minuty w niej i serce staje – kobieta przekłada czarno– białe zdjęcia.

– Jeden marynarz wyleciał w górę i już widział się w wodzie, ale statek szarpnął i podsunął mu pokład pod tyłek. Już na pokład nie wrócił, poszedł na ster – pani doktor nie kryje, że w tych warunkach wypadki były codziennością. A szycie ran katorgą.

– Leżanka była przyśrubowana, z odciągami z łańcuchów. Pacjent leżał, dwóch ludzi go trzymało, trzeci balansował z tacą z narzędziami, a czwarty trzymał mnie w talii, żebym miała wolne ręce – opowiada. Jej mąż był drugim mechanikiem, zwykle unikał niebezpieczeństw pokładu. Mimo to po latach przekonała go do porzucenia morza. – Nie chciałam tych pieniędzy i bycia samą w domu – mówi mieszkanka Lędyczka.

Czas na kotwicę

No dobrze, ale jak doktor Marcinkowska–Wasilewska trafiła do domu z dala od głównej drogi, nad stawem, gdzie drzewa odstraszają koty metalowymi kolczatkami? Podążała za siostrą męża, która przeprowadziła się do Krajenki. Dalej pokierował ją dyrektor szpitala w Złotowie, Jerzy Teusz. Padło na Okonek.

– Zobaczyłam szare i smutne miasteczko, mieszkanie w bloku, ale miałam plan. W każdy weekend sama lub z mężem szukałam miejsca pod dom. Przez pięć lat szukałam, aż padło na Lędyczek – teraz gospodyni sięga po zdjęcia sprzed remontu. Szaro–bury kwadrat w otoczeniu czegoś na kształt szklarni nie przypomina przytulnego siedliska, w którym jesteśmy.

– To kosztowało sporo pracy i serca. Mój mąż wiele sam zrobił, jak choćby tę fontannę w ogrodzie – widać, że pani Ania czuje się tu jak w bezpiecznej przystani. W miejscu, do którego z ochotą wracała przez 33 lata z pracy w przychodni w Okonku. Zresztą gmina Okonek jest jej równie bliska jak ten własny kawałek nieba.

– Przez te lata pracy w jednym ośrodku poznałam dobrze swoich pacjentów i, choć mogłam wpaść w rutynę, to zawsze ich pytałam, co im dolega i zawsze ich badałam – mówi, a ja zastanawiam się, czy doktor Ania była tylko rzemieślnikiem, jak o sobie mówi. To mogą ocenić jej podopieczni. Byli, bo niedawno doktor Wasilewska–Marcinkowska przeszła na emeryturę. Zasłużoną, choć nie zupełną. Jest np. rozchwytywana na zastępstwa, co uważa za odświeżające. W końcu też ma więcej czasu dla swoich braci mniejszych. Jej wrażliwość na krzywdę zwierząt znana jest w okolicy od dawna.

– Wiele osób stawiało mi zarzut, że dzieci są głodne, biedne, a ja się zwierzętami zajmuję. Odpowiadałam: proszę pana, ludziom poświęciłam 45 lat pracy zawodowej. Czy ja pana rozliczam, co pan robi w czasie wolnym?

Było sobie więc Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami „Basset”. Jak działało przed pojawieniem się doktor Anny – nie wiemy. Wiemy natomiast, co robiło po jej przybyciu. Mówią o tym artykuły w gazecie, pokazują wyroki sądowe. Tu odebrała komuś psa, tam interweniowała z policją w sprawie katowanego kota.

– Bezwzględnie wykorzystuję swoje stanowisko. Jeżeli coś się dzieje złego zwierzęciu, nie mam oporów i działam jak należy. Bez agresji oczywiście.

Gdy trzeba, dzwonię do komendanta, bo wiem, że na interwencji będzie źle i potrzebuję dużego człowieka z mundurem. To już wygląda inaczej, prawda? – o sprawach zwierząt mogłaby mówić godzinami. O metodach w stylu kija i marchewki. Gdy ktoś trzyma psa na łańcuchu, daje mu obrożę. Gdy przyjaciel człowieka jest wychudzony – lepszą karmę z darów. A kiedy brak mu dachu nad głową – budę lub papę do jej wykończenia. Taka praca u podstaw.

– Mówię, co robić, z kim się kontaktować, jak działać. Mówią, że nie chcą psa? Niestety, albo pan płaci za miejsce w hotelu, albo robimy sprawę za znęcanie. A jeśli pies zginie albo coś mu się stanie, to ze mną będzie miał pan do czynienia... – aż dziw, że w tym drobnym ciele tkwi taka siła i determinacja.

– Gdyby za te wszystkie lata gmina miała zapłacić za zwierzęta plątające się po okolicy, którym pomogłam, to byłoby ok. 200 tys. złotych – wylicza.

Niby Niuniek, niby daje się odkurzać miotłą, ale w rzeczywistości okropny z niego gryzoń...


Twarda babka z danem

Dawno temu, na pewnej drodze za Debrznem, zdarzył się wypadek. To był uliczny wyścig. Chłopcy zdawali test na męskość, żyłując swoje fury. Gdy potem policjanci spojrzeli na licznik wraku, ten wskazywał 200 km/h. – Wyskoczyli na mnie na obu pasach, chciałam pójść do rowu, myślałam, że tylko lusterka sobie oberwiemy, ale jeden z nich spanikował. Poszedł w lewo, a potem w moją stronę. Silnik wjechał mi pod siedzenie, dach i podłoga się sfalowały. Poduszki złamały mi nos, pasy żebra i mostek – kobieta opowiada o wypadku jak o dawno temu widzianym filmie.

– Jeden samochód wystrzelił po mnie w górę jak po pochylni, nic z niego nie zostało. Drugi kierowca zatrzymał się, oczy miał jak spodki, zapytał, czy nic mi się nie stało i uciekł – poszkodowana wysiadła z auta, zabrała dokumenty i schowała się w rowie. Jej auto dymiło. Zadzwoniła też do męża, by jechał ostrożnie, bo miała wypadek.

W ramach rehabilitacji pani Ania poszła na zajęcia aikido. Pomogły jej fizycznie i psychicznie. U Mariana Wiśniewskiego ćwiczy ponad 20 lat. U niego też zdała egzamin na pierwszy dan. Maglował ją dwie godziny.

W gabinecie na piętrze domu ma potwierdzenie swoich umiejętności zapisane po japońsku. Teraz rozumiem, skąd ta miłość do matchy podawanej w specjalnej miseczce.

– Dzięki aikido czuję się bezpiecznie. Raz użyłam pewności, jaką dają mi zdobyte umiejętności. Na poczcie w Okonku jeden pan lżył swoją żonę. Podeszłam do niego i cicho, spokojnie powiedziałam: albo pan się zamknie, albo stąd wyjdzie. Rozluźniłam się i czekałam na atak – byłam spokojna jak na treningu, a pan wyszedł. Ludzie tak jak zwierzęta wyczuwają siłę – mówi, zamiatając po kolei Cheddara i Niuniusia. W międzyczasie bowiem wyszliśmy na podwórze, bym mógł poznać przyjaciół pani Ani. Tych z odzysku i tych, którzy są z nią od swojego pierwszego oddechu. Konie dają się zamiatać bez słowa sprzeciwu.

Łukasz Opłatek

Reklama

Ania zza wzgórza komentarze opinie

  • Marysia S. - niezalogowany 2019-03-31 17:09:42

    Cały tekst jak powieść napisany. Przyjemnie się czyta, ale sama historia przepiękna. :)

  • szczepanzlotow - niezalogowany 2019-03-31 17:29:48

    pozdrawiam , p.HALINKĘ wspaniała miła osoba .

  • Gość - niezalogowany 2019-03-31 17:35:39

    Piękny tekst, piękna postać Pani Anny- Haliny i brawa dla pana Łukasza.

  • Gość - niezalogowany 2019-03-31 18:12:49

    Wspaniała kobieta.

  • Gość - niezalogowany 2019-03-31 18:38:23

    Przepięknie napisane. Historia jak z bajki :-)

  • Byla pacjentka - niezalogowany 2019-03-31 18:57:13

    Wspaniały lekarz ,czlowiek o wielkim sercu! Wrazliwy na krzywde każdego stworzenia. Odważna w wypowiadaniu swojego zdania nawet gdy jest niewygodne.leczyla nas moze i niedlugo ale przyjazd na wizyte do domu nigdy nie byl problemem, nigdy nawet slowem sie nie zdradzila nie ,nie mam czasu ,glodna,zmęczona ale zawsze byla.Nigdy w jej slowie w sposobie bycia czlowiek nie odczuł jak od innych lekarzy ,ze jest sie jest biednym czy za bardzo chorym na leczenie.zawsze potrafiła jednym slowem podnieść czlowieka duchu ,dac wsparcie niejednokrotnie tak potrzebne w chorobie,moze to tez dlatego ,ze nie popadla w rutyne. Dzieki niej donosilam ciaze i doczekalam sie mojego ukochanego synusia. dala mi wsparcie jakiego nigdy nie mialam od zadnego lekarza. Cieszyła sie ze mna z mojej radości i byla na kazde wezwanie.wstyd mi ,ze nie podziekowalam Pani doktor nalezycie za troskliwa opieke,wiec teraz napisze Dziekuje Pani Doktor za opieke nad moja rodzina bedzie Pani zawsze Naszą Kochaną Pani Doktor.

  • gość 2019-03-31 19:25:14

    Miałam okazję rozmawiać i z p. Haliną i z Jej mężem, obydwoje przesympatyczni. Pozdrawiam i życzę dużo zdrowia.

  • gość 2019-03-31 19:46:25

    "W ogrodzie faluje woda stawu, po gałęziach skacze modra sikora. Koty nauczyły się już, że ptaki chronią kolczatki. Na parapecie w słońcu wylegują się kamienie."

    Złotowska Maria Nurowska się marnuje w Aktualnościach.

  • Zakrzewianka - niezalogowany 2019-04-01 09:55:31

    Super babeczka, super lekarz z cudownym podejściem do drugiego czlowieka. Po prostu slow brakuje jak barszo wdzieczna jestdm ze na Panią doktor trafilam która znakomicie jako ortopeda lecxy mojego syna. Pani Doktor jestem i bede dokonca zycia wdzieczna za wszelaka pomoc jak i trafne leczenje mojego dziecka. Życzę duzo sil zdrowia aby Pani mkgla dlugo leczyc pacjentow na wszelkie dolegliwości. Wdzieczna Zakrzewianka

  • gość 2019-04-01 11:13:29

    Pozdrowienia ze Złotowa od byłego współpracownika( z czasów ZOZ-u),Super Lekarka i Super Człowiek Pani Ania!

  • gość 2019-04-01 13:42:54

    Opłatek, Ty pan dobrze piszesz. Skradłeś moja uwagę genialnie opisując okoneckie przekupy z kwiaciarni i baby szorujące nagrobki przed listopadem. Szkoda, że ktos musi cie utemperował, bo mniej satyrycznie i z przekąsem, ale tutaj nadal jestes ciekawym reportażystą. Pisz pan złośliwiej, jak wczesniej. Pozdrówka

  • gość 2019-04-01 20:54:07

    Jakiś czas temu jak czytałem teksty Łukasza to były słabe i jednostronne. Taki copy&paste z materiałów dla prasy. A teraz miło przeczytać kolejny tekst na poziomie w tym roku.

Dodajesz jako: |
Reklama

Ogłoszenia PREMIUM

nauczyciel edukacji

Praca dla nauczyciela edukacji wczesnoszkolnej w Społecznej Szkole Podstawowej w Zalesiu. Małe klasy, miła atmosfera. 18h tyg./ 2500 brutto plus..


Zatrudnię opiekunkę do osoby

Zatrudnimy opiekunki osób starszych do Niemiec. Tel.: 32 237 47 04 lub 730 555 570 [email protected]


Pielegnacja ogrodów,sprzatanie

Małzenstwo młodych emerytów sprawne fizycznie podejmie sie: - pielegnacji ogrodów , działek (kwalifikacje i doswiadczenie) - sprzatanie i..


Planuje zakup w 2019/2020

Planuje zakup w 2019/2020 mieszkania 3pok. lub małego domu do remontu. Proszę o kontakt osoby zainteresowane sprzedażą w tym czasie.


AGRO-KREDYT DLA ROLNIKÓW

AGRO KREDYT DLA ROLNIKÓW - najwyższa przyznawalność, najlepiej liczony dochód. Dedykowany doradca dla rolników, dojazd do klienta. Tel. 508-615-949


Reklama


 Reklama


25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies

Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez zlotowskie.pl, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW.

Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono

Angelika Leszczyńska, Mariusz Leszczyński “Leszczyńscy” S. C. z siedzibą w Złotów 77 – 400, Wojska Polskiego 2

Cele przetwarzania danych

1.marketing, w tym profilowanie i cele analityczne
2.świadczenie usług drogą elektroniczną
3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań
4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach
5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług (cele analityczne)


Podstawy prawne przetwarzania danych


1.marketing, w tym profilowanie oraz cele analityczne – zgoda
2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi
3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych


Odbiorcy danych

Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, agencje marketingowe oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa.

Prawa osoby, której dane dotyczą

Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą.

Informacje dodatkowe

Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności"