Reklama

Barka drugim domem

21/05/2013 00:00
Liny pękają, odrywają się żeliwne elementy od ścian nabrzeży. Trzeba mieć oczy dookoła głowy, inaczej można ją stracić - niektórzy mieszkańcy gminy zarabiają na życie na wodnych drogach Europy

Od lat wielu jeździ za pieniędzmi na zachód. Spora część mieszkańców powiatu – co pokazały przedstawione przez nas kilka miesięcy temu statystyki – to mieszkańcy gminy Lipka. Nie każdy trafia do zbioru truskawek, pomidorów, ogórków czy na plantacje kwiatów. Kilkunastu z nich w ostatnich latach zarabiało bądź wciąż zarabia euro w żegludze śródlądowej.

To twoja barka
Większość zaczynała w jednej firmie. Później drogi często się rozchodziły, ale zawsze łączyło ich jedno – woda. Najmłodsi mają około 20 lat, najstarsi ponad 50. Są tacy, którzy zakończyli saksy na europejskich rzekach, są w domach, zarobili, odłożyli, nie myślą o powrocie. Inni by chcieli, ale i ta branża odczuwa skutki kryzysu. Większość wciąż jednak pływa, zaliczając kolejne wodne, europejskie trasy. Wielu trafia do branży z przypadku, jak Daniel Kotur z Wielkiego Buczka. – Z wykształcenia jestem księgowym. Pracowałem nawet jakiś czas w tym zawodzie w jednostce w Wałczu. Później trafiłem na bezrobocie. Nie było wyboru, koledzy zachęcili, zawieźli mnie do portu w Antwerpii, z brzegu wskazali na wodę i usłyszałem: to będzie twoja barka. Daniel jechał w ciemno. Nie wiedział nic o zajęciu, którym od dekady zarabia na życie. Gdy wyjechał miał 24 lata.

[[reklama]]

Sternik bez patentu
Daniel przyznaje, że nie każdy nadaje się do tego fachu. Było wielu, którzy próbowali i sporo tych, którzy nie dali rady. – Byli tacy, którzy myśleli, że to łatwy pieniądz, że wystarczy być na barce. A to nie tak – przyznaje. Miał szczęście, bo do zawodu wprowadzał go znajomy z Winiarni. Gorzej, gdy uczysz się od Holendra czy Niemca, a nie znasz języka. Brak komunikacji to podstawowa blokada. Daniel przyznaje, że nie ma bladego pojęcia o polskiej żegludze śródlądowej, ale doskonale orientuje się w holenderskiej czy niemieckiej. Obecnie jest w stopniu odpowiadającym polskiemu sternikowi bez patentu – może sterować barkami, ale tylko pod okiem kogoś, kto ma pełne uprawnienia. A, jak mówi, to nie lada sztuka. Szczególnie na Renie czy na Dunaju. – Żeby po nich pływać, trzeba mieć specjalne patenty. Są nawet kapitanowie, którzy nigdy nie zdobyli na żadną z tych rzek uprawnień – mówi, dodając, że to jedne z najtrudniejszych i najniebezpieczniejszych do żeglugi rzek w Europie.

Mistrzowska precyzja
Trochę Europy Daniel już zobaczył. – To jest właśnie najpiękniejsze w tym zawodzie. Niby często widzisz te same miejsca, ale one zawsze jakoś inaczej wyglądają. Codziennie budzisz się gdzieś indziej – wskazuje na wyświetlające się na telewizorze zdjęcie wschodzącego słońca. Przez lata Daniel opłynął Belgię, poznał wodne trasy Szwajcarii, Francji, Niemiec czy Holandii. Najdłuższe liczną do 1000 kilometrów (nawet dwa tygodnie w jedną stronę) – Dunaj i kierunek Budapeszt. Ale ma też kolegów, którzy zaliczają pięciominutówki. Dosłownie. – W Antwerpii są np. blisko siebie dwie rafinerie. Przepłynięcie takiej trasy zajmuje kilka minut – twierdzi. Pod prąd średnio 10 km/h, z prądem 18-20, przy załadunku – z takimi średnio prędkościami barki poruszają się na wodnych autostradach kontynentu. Autostradach to dużo powiedziane. Czasami to tylko przesmyki, śluzy, liczące zaledwie kilkanaście metrów szerokości, bywa że zaledwie metr więcej niż szerokość barki. – Dlatego sterowanie kolosem, który mierzy ponad sto metrów, to robota wymagająca mistrzowskiej precyzji – przekonuje.

Oczy dookoła głowy
Barka, na której pływa Daniel, liczy ponad 130 metrów. To największa dopuszczona do żeglugi na Renie długość jeśli chodzi o pojedynczą barkę, łączone zestawy mogą być dłuższe. Trzeba uważać na ładowność i zanurzenie. Wszystko określają precyzyjne przepisy i wytyczne, czasami osobne dla danej rzeki. Kto ich nie przestrzega, igra ze śmiercią. Bo na barkach bywa niebezpiecznie. – Oczywiście, że zdarzają się śmiertelne wypadki, najgorzej jest przy cumowaniu. W Holandii infrastruktura wodna jest dobra, w Niemczech też, ale we Francji jest już gorzej – porównuje. – Liny pękają, odrywają się żeliwne mocowania od ścian nabrzeży. Takie rzeczy głowę mogą urwać. Byli tacy, którzy liny rzucali i, nie wiedzieć dlaczego, wpadali do wody. Przy cumowaniu barka wtedy zmiażdży, nie ma szans tego zatrzymać. Kapitan nie widzi często marynarzy, nie da się w pół minuty sprawić, żeby barka poszła w drugą stronę – uzmysławia, jak kosztowny może być ułamek sekundy nieuwagi czy błędna decyzja. – Zdarza się, że nawet przy myciu barki wypadają do wody, czasami toną. Dwa lata temu w środkowej części Renu, na górzystym terenie, gdzie są skały i jest niebezpiecznie, doszło do dużego wypadku. Tankowiec był źle załadowany, za szybko płynął, a że niebezpieczne było to miejsce, barkę przewróciło, zaczęło obracać i ludzie zginęli – relacjonuje. – Do ładowni czasami tylko schodzą i też się połamią. Przy załadunku kontenerów trzeba po nich skakać, a przecież z góry kolejne na nie ładują, więc trzeba mieć oczy dookoła głowy – wylicza kolejne zagrożenia.

Ludwik na cały pokład
Co robi Daniel na barce podczas rejsu? – Prawie wszystko, jak to marynarz. Od sprzątania, przez malowanie, szlifowanie po cumowanie. Tu mała ciekawostka. Pokład myję zwykłym płynem do naczyń, coś jak nasz Ludwik. Ile potrzeba takiego płynu, żeby umyć 130-metrowy pokład o szerokości 12 metrów? Litr wystarczy – zapewnia, dodając, że na umycie całej barki potrzeba 2-2,5 dnia. W samej maszynowni wiele pracy nie ma, bo na współczesnych barkach wszystko opiera się w zasadzie o komputery. Na jego barce przewożą niemal wszystkie suche ładunki, zarówno kukurydzę czy rzepak jak i węgiel.
– Podstawa w tej pracy to komunikacja – powtarza nasz rozmówca, który dzisiaj swobodnie porozumiewa się po niderlandzku (którego sam nauczył się w trakcie lat pracy), niemiecku, rosyjsku czy angielsku.

[[reklama]]

Gdy nie ma innego wyjścia
Daniel przekonuje, że na barce dobre są nie tylko warunki do pracy, ale również mieszkaniowe. Podczas każdego wypłynięcia w trasę marynarz ma na barce do swojej dyspozycji... mieszkanie. – To normalne, że marynarze mają w trakcie rejsu swoje cztery kąty – wskazuje współczesne standardy.
Najgorsze są oczywiście dla niego rozstania z bliskimi, szczególnie od czasu, gdy rodzina powiększyła się o kilkumiesięczną córeczkę. Choć i tak Daniel nie ma pod tym względem źle, bo pracuje w systemie trzy na trzy – trzy tygodnie w domu, trzy tygodnie w rejsie. Zastanawiał się z bliskimi nad tym, czy na stałe nie zamieszkać w Holandii z żoną i dzieckiem. Pracujący od lat za granicą marynarz przekonany jest, że mógłby się na to zdecydować, dostosowałby się do warunków, ale małżonka i dziecko... Dlatego wciąż remontują dom w Wielkim Buczku i tu wiodą rodzinne życie.
Jak długo Daniel chce pływać? - Na dzisiaj planuję, że do emerytury. Nikt w Polsce nie zapłaci mi takich pieniędzy, jakie tam mogę zarobić – przyznaje. Co na to małżonka? – Jeśli nie ma innego wyjścia...
– Ja w każdym razie nie wyobrażam sobie robić coś innego – przekonuje Daniel, wskazując wzrokiem na kolejne, wyświetlające się na ekranie, zdjęcie wschodzącego nad rzeką słońca.

Piotr Steffen

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama