Gospodyni od kuchni

Krystyna Skrentna z Osowca zdradza nam swoje kulinarne sekrety, ale nie tylko. Znajdzie się też coś na dokładkę

Pani Krystyna lubi robić kilka rzeczy jednocześnie. Rozmawia z nami i obiera ziemniaki na ogórkową
Pani Krystyna lubi robić kilka rzeczy jednocześnie. Rozmawia z nami i obiera ziemniaki na ogórkową

Krystyna Skrentna, jak na gospodynię przystało, wita nas w kuchni. Właśnie gotuje obiad. Dziś w menu ogórkowa.

Chłopów nie ma, to mogę wreszcie zupę zrobić, bo oni to nie lubią. Dla nich, jak nie ma mięcha w obiedzie, to nie obiad

– wyjaśnia. Siadamy do stołu, oczywiście z kawą i ciastem. „Czym chata bogata” – u Skrentnych każdy gość przyjęty jest tak jak nakazuje tradycja. Pani Krystyna to otwarta i szczera kobieta. Ten kto ją zna, wie, że mówi prosto z mostu i zawsze prawdę.

Ludzie boją się takich jak ja. No ale co, taka już jestem. Ma to swoje dobre i złe strony, jak wszystko

– zaznacza i wstaje po miskę, po czym zaczyna obierać ziemniaki i opowiadać, jak to się zaczęło. Jak zakochała się w zupach i swoim Alku? Jak z klusek przerzuciła się na pyry? I jak panna z podkarpackiego dogadała się na północnym skraju Wielkopolski?

Dwa światy

Twardy, nieco zadziorny charakter pani Krystyna przywiozła z południa Polski. Urodziła się na gospodarstwie w podkarpackim. Była najmłodszą z trzech córek. Wyrzucanie gnoju, dojenie krów, skubanie kur i wszelkie inne prace wykonywała już od najmłodszych lata. Gdy z mężem przyszli na swoje, do Osowca, nie musiała wiele się uczyć. Całą wiedzę zdobyła w rodzinnym domu. Podobnie jak umiejętność gotowania. To właśnie tam stawiała swoje pierwsze kroki jako kucharka.

Pamiętam, jak wróciłam ze szkoły, a uczyłam się w szkole rolniczej wtedy, mama zostawiła kartkę z wiadomością „Ugotuj obiad”. No ale z czego? Kiedyś tak nie było, że otworzyło się lodówkę, a tam pełno wszystkiego

– wspomina nasza rozmówczyni, jednocześnie krojąc ziemniaki w kostki.

Stwierdziłam, że zrobię kluski, takie z mąki. Skończyło się to płaczem. Na szczęście weszła wtedy sąsiadka, pani Skarbek. To od niej najwięcej się nauczyłam. Ona była kucharką z zawodu. Bardzo lubiłam, jak do nas przychodziła, zawsze mi wtedy doradzała i podpowiadała

– wyjaśnia. Mama pani Krystyny nie bardzo miała czas na naukę córki, praca w polu niestety nie zawsze na to pozwalała. Na tym jednak jej zdobywanie kulinarnej wiedzy się nie zakończyło. Gdy pan Alfons porwał ją niemal na koniec świata lub dosadniej, jak to określała wtedy nasza bohaterka: na „zadupie”, musiała się podszkolić z kuchni wielkopolskiej. Uczyła ją teściowa.

U nas na południu więcej takich mącznych dań się jadało. Mięso było w niedzielę. Każdy miał swój przydział. Zawsze dostawałam skrzydełko

– wspomina.

Mój Alek nie lubi czegoś takiego. Chociaż jak do mnie zajeżdżał, to połykał pierogi z grzybami jak bocian żaby

– śmieje się pani Skrentna i wyjaśnia, że robił to tylko na pokaz, żeby gospodyniom przykro nie było. Gdy już powiedział sakramentalne „tak” przyznał się, że za pierogami to on nie bardzo. U nas w Wielkopolsce liczy się mięcho i ziemniaki, a do tego najlepiej buraczki. Największym fanem takiego dania u państwa Skrentnych jest ich syn Paweł. Początki na nowej ziemi nie były zatem łatwe dla podkarpatczanki. I to nie tylko ze względu na upodobania kulinarne, ale również i miejsce zamieszkania.

U nas to te domy tak stały obok siebie. Tak ciasno tam jest. A tutaj, jak przyszłam w to pole, to myślałam, że nie wyrobię. Wszędzie daleko, sąsiedzi nawet daleko. A ja to zawsze taka byłam, że lubiłam do ludzi, działać gdzieś, a tu... No ale teraz po tych wszystkich latach za nic w świecie nie zamieniłabym tego miejsca na inne. Nawet jak do rodzinnego domu jadę, to tam długo wytrzymać nie mogę, bo mi jakoś tak ciasno, głośno

– zauważa pani Krystyna. Na tym problemy jednak nie kończyły się. Gospodyni w okolicy znana jest ze swojej gwary, dziś już raczej jej tak nie używa. Na początku, gdy przyszli tutaj z mężem w 1984 roku, trudno było ją zrozumieć, a jej z kolei tubylców.

Śmiesznie było jak sąsiad przyjechał ze zbożem.

Mówię mu:

Wyrzuć je na boisko.

On do mnie, z wielkimi oczami:

Gdzie ty masz boisko?

Na to ja:

Wjedź na to boisko.

Ale on dalej to samo. W końcu nie wytrzymałam i pokazuję mu:

Tu, do stodoły wjedź.

A on wtedy:

To mów od razu, że chodzi ci o klepisko

– śmieje się nasza rozmówczyni, wrzucając już ziemniaki do wywaru bulgoczącego na ogniu.

Chociaż najlepiej to było z sąsiadką. Ja tą moją gwarą, a ona swoją, tą gminną tutaj. Jak myśmy się dogadywały, to ja nie wiem

– dodaje.

Jest rosół, będzie pomidorowa

W Osowcu zaczęła się również kulinarna kariera naszej rozmówczyni. Praktycznie do razu gdy tutaj zamieszkała wstąpiła do Koła Gospodyń Wiejskich. A te panie, jak wiadomo, na niwie kulinarnej działają w całej gminie, a teraz to już nawet i poza województwem. Pani Krystyna w tej grupie jest specem od zup. Tak jej to idzie, że na Jarmarku Krajeńskim w Złotowie jej jednogarnkowe danie zdobyło pierwszą nagrodę. Tym samym, razem z przedstawicielkami gmin Złotów i Tarnówka, reprezentacja Osowca pojedzie na konkurs do Bydgoszczy, gdzie będzie reprezentować Wielkopolskę. Razem z panią Krystyną gotować będą Joanna Sztofrowska i Elżbieta Dorsz.

Ja zrobię czarninę. Według przepisu mojej teściowej. Jest dobry i sprawdzony, dodam jednak do niej suszone owoce. Nie zdecydowałam jeszcze, czy zrobię do tego kluski, czy ziemniaki, ale chyba te pierwsze

– wyjaśnia gospodyni. Trzymamy kciuki. Te zmagania już w najbliższą niedzielę. Na pytanie, w czym tkwi sekret smaku jej dań, a szczególnie zup, pani Krystyna nie potrafi odpowiedzieć. Nie ma bowiem żadnych tajnych składników. Nad kotłem nie odprawia również modłów. Co jednak wie na pewno, z wieloletniego doświadczenia, to że jak jest wkurzona, to najlepiej jej wychodzi. Jak natomiast myśli, jak to dobrze, dokładnie, pięknie zrobić to za nic nie chce się udać.

Gatunek wymierający

Ja to najbardziej lubię krupnik, w ogóle lubię kasze, ale u mnie raczej nie chcą tego jeść

– wyjaśnia pani Krystyna, mieszając ogórkową.

Za grochówką za to nie przepadam

– dodaje. Eksperymenty w kuchni nie są jednak jej obce. Od niedawana chętnie przyrządza dania wegetariańskie.

Moja synowa jest wegetarianką

– mówi.

Oczywiście, że na początku było zdziwienie: jak to nie jesz mięsa? Ale można i jest to całkiem dobre

– wyjaśnia. Rodzina podobno lubi obiady pani Krystyny, rzadko narzeka, a jeśli już to gospodyni wychodzi z założenia: „nie chcesz – nie jedz, będziesz chodził głodny”. Ogólnie lubi gotować, ale gdy nie musi, chętnie robi sobie wolne.

Lubię jak synowa albo córka coś zrobią. One to zawsze tak fajnie doprawią, tak inaczej niż ja. W ogóle lubię próbować tego co inni robią. Mnie to nawet zawsze bardziej smakuje niż moje

– mówi pani Skrentna. Prawdziwa gospodyni potrafi pochwalić i przede wszystkim nie zamyka się w swoich czterech ścianach. Nasza rozmówczyni otwarcie przyznaje, że ciasta to jej nie bardzo wychodzą, a szczególnie drożdżówka. Może kiedyś się jeszcze nauczy, w końcu gospodyni to osoba kreatywna. Jak tłumaczy, to ktoś co zrobi coś z niczego, kto wykorzysta wszystko co ma pod ręką. Kto zawsze sobie poradzi, szczególnie w takiej sytuacji, gdyby nagle nie byłoby sklepów.

Bo teraz to są gotowce. Ja widzę po tych młodych kobietach, że one to wszystko niemal kupują. Nie mówię jednak nie. Nie dziwię się zresztą, gdy wróci taka z pracy i jeszcze ma stać przy garach, to ją rozumiem. Ja mam czas, pracuję w domu, więc mogę sobie ugotować

– wyjaśnia pani Krystyna i smakuje zupę. Ogórkowa dochodzi. Nasza rozmowa się kończy. Czas uciekać, bo gospodyni musi wracać do swoich codziennych obowiązków.

Już dziś zyskaj pełnie możliwości jakie oferuje nasz portal.

Subskrypcja na portalu