:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
teraz 23°C
Motoryzacja, Kowalem chciałem - zdjęcie, fotografia
Portal zlotowskie.pl 01/04/2019 07:00

Zdzisław Chylewski od pół wieku naprawia samochody. – Kocham tę robotę – stwierdza 73–latek, który jest najstarszym mechanikiem w Łobżenicy.

W pobliżu miejsca, gdzie rozmawiamy, mieścił się warsztat Pana ojca, Michała Chylewskiego. Świadczył usługi ślusarskie, kowalskie, pracował na tokarni. Nie chciał, żeby poszedł Pan w jego ślady?
Warsztat był tam, gdzie dziś stoi nasz dom. Ojciec może i chciał, żebym robił to co on, zresztą pomagałem mu, jednak od małego ciągnęło mnie do mechaniki. W latach 1950–60 zajmowałem się np. przerabianiem maszyn konnych, by pasowały do traktorów. Ojciec, choć sceptycznie podchodził do moich planów, obawiając się, czy będę miał pracę, w końcu stwierdził, że skoro mam do tego smykałkę, to muszę się porządnie wyuczyć. Do szkoły chodziłem do Złotowa, gdzie zdobyłem tytuł zawodowy blacharz–mechanik. Kowalem być nie chciałem.

Pół wieku temu samochody w Łobżenicy można było pewnie policzyć na przysłowiowych „palcach jednej ręki”. Było w ogóle co naprawiać?
Dominowały warszawy, były też jakieś stare skody, żuki, nysy. W większości były to samochody, które jeździły jako służbowe, gdzieś w zakładach. Mało kto miał własne auto, myśmy też go nie mieli. Z ciekawszych wozów pamiętam, że naprawiałem moskiwcza, bazującego na oplu kadecie, który należał do pana Bogusia Reinholza. Lubił tę markę. Sporo naprawiałem jednośladów, motorowerów i motocykli. Zresztą mój pierwszy pojazd mechaniczny to też był, popularny w tamtym czasie, komar. Kupił mi go tata, ale zastrzegł, że to prezent, na który trzeba zapracować. To motywowało mnie, żeby dobrze się uczyć i rozwijać fach. Komara mechanicznie poznałem na wylot. Wtedy też zacząłem naprawiać te sprzęty innym, a było tego sporo w okolicy. Później dorobiłem się wfm–ki, a nawet junaka. To były też dziwne czasy, bo często za usługę ktoś oddawał przysługę. Ta była więcej warta niż pieniądze. Dla przykładu części zamienne. Jeżeli nie miało się do nich dojścia, to pieniądze niewiele dawały. Pamiętam wyjazdy do Polmozbytu do Szczecinka, gdzie w kolejce staliśmy razem z żoną, by móc kupić więcej, na zapas, bo zawsze coś się przydało. Było tam też wielu innych mechaników, którzy dziś mają nawet własne salony i serwisy samochodowe. Takie to były pokręcone czasy.

Zaczynał Pan w czasach, gdy praca w danym zawodzie była niemal jednoznaczna z przynależnością do cechu rzemiosł. Co Pan sądzi o tej organizacji?
Obecnie jestem jednym z najstarszych rzemieślników w złotowskim cechu. Pomagałem go nawet budować, zarówno jeżeli chodzi o pieniądze, jak i pracę fizyczną przy tej inwestycji. Wcześniej należałem jeszcze do cechu nakielskiego, gdy administracyjnie Łobżenica znajdowała się w województwie bydgoskim. Od kiedy tylko zacząłem pracę w zawodzie, było dla mnie oczywistym, że muszę należeć do cechu. Jeżeli chciało się mieć poważny zakład, nie było innej drogi. To był i jest wyznacznik pewnego standardu pracy. Zdobyte tytuły zobowiązują, by pracować rzetelnie. W 1985 roku wyróżniono mnie złotą odznaką cechu, cztery lata później otrzymałem tytuł wzorowego mistrza. Pracowałem też w sądzie cechowym, który zajmował się weryfikowaniem skarg i zażaleń osób, które korzystały z usług rzemieślników.

Jaki był Pana pierwszy samochód?
I tu pana zaskoczę: to nie była warszawa, lecz nysa, taka z pierwszej serii, jeszcze z tzw. spłaszczonym „nosem”. Kupiłem to auto z GS–u w Wyrzysku, skąd była wycofywana. Dolnozaworowy silnik był zajeżdżony, nadwozie też nadawało się do kompletnej odbudowy. Trochę mi to zajęło, zanim ją odszykowałem. Tak jak już mówiłem, części brakowało, wszystko trzeba było „załatwiać”. Panele nadwozia robiłem sam, ze zwykłej blachy, zaginanej u dołu. To był bardzo dobry samochód, chyba najlepiej mi się nim jeździło. Miałem go dziesięć lat. Służył nam jako auto rodzinne, dostawczak do jeżdżenia po części, a sporadycznie też jako taksówka, woziłem nim m.in. orkiestrę na wesele. Później nadarzyła się możliwość kupienia fiata 125p, też z pierwszej serii. Auto przerobiłem na tzw. mr–a, czyli wersję po modyfikacjach z 1975 roku. Też służył nam ładnych kilka lat, a później jeździł jeszcze u mojego szwagra, który go odkupił.

Po fiacie nadszedł czas na pierwsze zachodnie auto?
Jeszcze nie, aczkolwiek w latach 80–tych zaczęło się pojawiać coraz więcej samochodów zachodnich. Wtedy kupiłem pierwszy nowy samochód. To było święto dla całej rodziny, najbardziej przeżywał to chyba syn. Po trzech latach przedpłat odbieraliśmy poloneza z Polmozbytu w Bydgoszczy. Auto miało szary lakier i prezentowało się niesamowicie. Też służył mi długo, bo zrobiłem nim jakieś 400 tys. kilometrów. Jeździłem nim nawet do Niemiec, gdzie pracowałem przez trzy lata. Poldek robił więc trasy Niemcy – Polska kilka razy w miesiącu, bo przyjeżdżałem na weekendy. Tu na chwilę wrócę do cechu. Przez to, że miałem tytuł mistrza, który był tam honorowany, traktowano mnie jak pełnoprawnego mechanika. Miałem okazję poznawać motoryzację, która do nas zaczęła docierać dopiero kilka lat później. Było to więc cenne doświadczenie.

Ciężko było się przestawić, gdy upadła komuna i kraj zaczęły zalewać używane auta z zachodu?
Dzięki moim wyjazdom nie było najgorzej, były podstawy, reszta przyszła z czasem, bo dobry mechanik rozwija swoją wiedzę przez cały czas. Wiadomo, trzeba było zmienić technologię napraw. Krajowe auta czy samochody z tzw. demoludów miały dużą tolerancję na pewne niedostatki, bo już tak składała je fabryka. W autach z zachodu potrzeba było więcej precyzji, finezji, zwłaszcza w naprawach powypadkowych. Na tej ramie w warsztacie obok zrobiłem setki aut, mierząc, ustalając fabryczne punkty, by wóz nie zostawiał czterech śladów. Lubię tę robotę, więc każdy problem traktowałem jak wyzwanie. Czy dam radę? I dawałem. Przy czym sami nigdy nie woziliśmy aut z Niemiec, chyba że dla siebie.

I tu wybierał Pan głównie auta japońskie. Poleca je Pan?
W tych wyborach większy udział miał mój syn, natomiast jako wieloletni użytkownik mitsubishi, mazdy czy toyoty mogę tylko stwierdzić, że mechanicznie są to bardzo solidne auta. Mają swoje problemy jeżeli chodzi o rdzewienie, ale ten problem idzie opanować, jeżeli w odpowiedni sposób się je eksploatuje i konserwuje. Teraz jeżdżę toyotą camry, którą mam już kilkanaście lat i nie widzę potrzeby, by zmieniać to auto.

Kilka razy wspomniał Pan o synu. Poszedł w Pana ślady za Pana namową?
O to chyba lepiej byłoby zapytać Karola. Fakt, z żoną rozmawialiśmy z nim, by kontynuował rodzinną tradycję, bo też miał do tego smykałkę. Pamiętam, że gdy zapragnął mieć własny samochód, stwierdziłem, że nie pójdziemy na łatwiznę i choć były na to pieniądze, nie kupiłem mu auta. Powiedziałem: Na strychu są wszystkie potrzebne części. Oddaje je Tobie, zbuduj malucha. Jeżeli będziesz potrzebował pomocy, pomogę Ci. Zawziął się niesamowicie i zbudował go. Ale to nie było tak, że stała karoseria, którą trzeba było uzbroić. Podłoga była osobno, panele boczne osobno, dach osobno, drzwi, silnik itd. Gdy wracałem z Niemiec, pomagałem mu w konserwacji i malowaniu. Ten maluch wyszedł lepszy niż z fabryki. Dzisiaj wzajemnie się uzupełniamy. Ja służę mu doświadczeniem, on z kolei lepiej i szybciej przyswaja nowe technologie. Dla przykładu mamy w warsztacie chyba z siedem komputerów diagnostycznych z różnym oprogramowaniem, bo nie wiadomo, z jakim autem przyjdzie się nam zmierzyć.

Wiem, że szykuje się trzecie pokolenie mechaników w Waszej rodzinie. Jednak tym razem jest to kobieta, Pana wnuczka. Uczy się pod okiem dziadka?
Agnieszka studiuje mechatronikę, pomaga też w warsztacie. U mnie nie ma tak, że za coś się można wziąć na pół gwizdka, więc ona też grzebie pod maską i dobrze jej to idzie. Zgodnie z rodzinną tradycją, ma do tego smykałkę.

Czy po pół wieku w zawodzie nie myśli Pan, żeby trochę zwolnić, odpuścić, przejść wreszcie na emeryturę?
Rodzinnego biznesu trzeba doglądać – to raz. Nie jestem typem człowieka, który wysiedzi w jednym miejscu – to dwa. Inna sprawa, że ja to naprawdę lubię. To jest moje życie: warsztat, stacja kontroli pojazdów, od niedawna myjnia. Lubię wokół tego chodzić, pracować przy tym. Cieszę się, gdy wykonamy naprawę, przez którą dwie noce spędziliśmy w warsztacie, a klient dziękuje, bo nikt inny nie dał z tym rady. Gdyby ktoś teraz kazał mi leżeć plackiem na plaży, nawet w jakiś ciepłym kraju, to raczej byłaby to dla mnie kara niż odpoczynek. (śmiech) Na emeryturę jeszcze nie czas.

Rozmawiał Sz. Chwaliszewski

Reklama

Kowalem być nie chciałem komentarze opinie

  • Gość - niezalogowany 2019-04-02 09:59:03

    Bardzo fajny artykuł. Wiecej takich...poproszę.

    Dziękuję

Dodajesz jako: |
Reklama

Ogłoszenia PREMIUM

Zatrudnię opiekunkę do osoby

Zatrudnimy opiekunki osób starszych do Niemiec. Tel.: 32 237 47 04 lub 730 555 570 [email protected]


nauczyciel edukacji

Praca dla nauczyciela edukacji wczesnoszkolnej w Społecznej Szkole Podstawowej w Zalesiu. Małe klasy, miła atmosfera. 18h tyg./ 2500 brutto plus..


Planuje zakup w 2019/2020

Planuje zakup w 2019/2020 mieszkania 3pok. lub małego domu do remontu. Proszę o kontakt osoby zainteresowane sprzedażą w tym czasie.


AGRO-KREDYT DLA ROLNIKÓW

AGRO KREDYT DLA ROLNIKÓW - najwyższa przyznawalność, najlepiej liczony dochód. Dedykowany doradca dla rolników, dojazd do klienta. Tel. 508-615-949


Pielegnacja ogrodów,sprzatanie

Małzenstwo młodych emerytów sprawne fizycznie podejmie sie: - pielegnacji ogrodów , działek (kwalifikacje i doswiadczenie) - sprzatanie i..


Reklama


 Reklama


25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies

Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez zlotowskie.pl, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW.

Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono

Angelika Leszczyńska, Mariusz Leszczyński “Leszczyńscy” S. C. z siedzibą w Złotów 77 – 400, Wojska Polskiego 2

Cele przetwarzania danych

1.marketing, w tym profilowanie i cele analityczne
2.świadczenie usług drogą elektroniczną
3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań
4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach
5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług (cele analityczne)


Podstawy prawne przetwarzania danych


1.marketing, w tym profilowanie oraz cele analityczne – zgoda
2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi
3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych


Odbiorcy danych

Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, agencje marketingowe oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa.

Prawa osoby, której dane dotyczą

Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą.

Informacje dodatkowe

Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności"