Mam ucho do historii. Rozmowa z Pawłem Tuschikiem

Paweł Tuschik to kopalnia wiedzy o Lipce i okolicach. I choć wciąż obrusza się, że nazywają go Niemcem, to o polskiej Krajnie wie niemal wszystko

Paweł Tuschik zamierza sączyć mieszkańcom historie dotyczące Lipki i okolic tygodniami. Być może mu w tym pomożemy
Paweł Tuschik zamierza sączyć mieszkańcom historie dotyczące Lipki i okolic tygodniami. Być może mu w tym pomożemy

Skąd u Pana zamiłowanie do historii?

Z dziury pokoleniowej. Już w przedszkolu, kiedy inne dzieci opowiadały o swoich dziadkach, czułem, że mi czegoś brakuje. Bo ja dziadków nie miałem. Pytałem najbliższych, co się z nimi stało. Babcie zmarły, to było proste, dziadek ze strony ojca też. Ale drugi?

Rodzice chętnie opowiadali o śmierci dziadka?

Bali się mówić. To były czasy komuny, nigdy nie było wiadomo, kto i kiedy słucha. Wieczorami podchodzili pod okna sprawdzać, czy rodzice słuchają Wolnej Europy lub mówią po niemiecku. Nie mówili, a szkoda, bo byśmy się nauczyli. To, co umiem, nauczyłem się sam. Teraz dogadam się i mogę czytać książki po niemiecku, a tam jest dużo informacji o naszym terenie.

Pewnie w szkole pańskim ulubionym przedmiotem była historia.

Orłem to ja w szkole nie byłem. Nauczana wówczas historia była zbyt polityczna: lewica, prawica, na co mi to było? Dopiero w szkole średniej pani profesor po cichu opowiedziała nam prawdziwą historię Polski. Potem poszedłem do wojska, a po powrocie zająłem się gospodarką, bo rodzice byli wykończeni tą pracą. Wtedy dopiero na dobre zacząłem zgłębiać lokalną historię, począwszy od mojej rodziny.

Pański ojciec widział śmierć Pana dziadka, prawda?

Na własne oczy. To było 29 stycznia 1945 roku, dzień przed nadejściem frontu. Około 9:00, już po obrządku, jedli śniadanie. Na podwórko wjechało trzech czerwonoarmistów na koniach. U dziadka pracował Łotysz Jefimov i on chciał bronić rodziny, bo znał rosyjski. Jego zastrzelili pierwszego, na oczach dzieci. Jeden z żołnierzy chwilę nalegał, by zabić całą rodzinę. Ostatecznie strzelili do dziadka, który zdołał jeszcze wybiec na podwórko, ale przy studni go dobili. A pradziadka zabili przy piecu. Od razu kazali babci i prababci się wynosić. Dali im dwie, trzy godziny. Miały iść w stronę Wielkiego Buczka. W naszym domu Rosjanie mieli sztab wojskowy.

Co kobiety zrobiły z zabitymi?

Owinęły ich ciała w prześcieradła i zaciągnęły do szopy.

Dramatyczna historia, tyle że rodzi się pytanie, czy można wierzyć w przekaz dziecka. Pański ojciec miał wówczas jedenaście lat.

Jak na swój wiek mój tata był dorosły, rozważny. Widział wszystko po kolei. Gdybym słyszał to od sąsiadów, to mógłbym podejrzewać jakieś zmiany, ale ojciec to dobrze zapamiętał. Całe życie miał to przed oczami.

Nie sprawdza Pan zasłyszanych historii? To ryzykowne.

Informacje od osób obcych zawsze potwierdzam. Szukam dowodów w książkach, w dokumentach. Właściwie to nikomu nie można do końca ufać. Każdy może mieć swoją prawdę, ale historia jest jedna.

Ludzie za mało interesują się historią najbliższych?

Zdecydowanie. Wczoraj oglądałem w TV Trwam program, w którym pan opowiadał historię dziadka i jego braci walczących w Powstaniu Wielkopolskim. Zginęli, a on zaczął się interesować tą historią, by wypełnić lukę. Zupełnie jak ja. Niestety ludzie nie pytają rodziców czy dziadków o ich historię, a gdy się zorientują, że ci mieli im coś do przekazania, bywa już za późno, bo tych osób już nie ma.

W Lipce byłoby kogo pytać?

Pani Wrzeszcz ma ponad 90 lat i mogłaby wiele opowiedzieć o tym, jak się tutaj ludzie osiedlali. Niektórzy szli zaraz za frontem, a inni przyjechali po miesiącu czy dwóch pociągami. I obejmowali m.in. porzucone przez Niemców gospodarstwa i zakłady. Agnieszka Kwasigroch, która mieszkała tutaj za szosą sępoleńską opowiadała mi, ilu zabitych ludzi było w gospodarstwach przy szosie. Armia Czerwona szła na żywioł. Sołdaci dostawali codziennie ileś gramów spirytusu i słoniny, i robili czystkę. Strzelali nawet gdy zegar tyknął.

Wiele osób zostało, w tym pańska rodzina.

Zostali gospodarze, którym żal było zostawić zwierzęta, by te umierały z głodu. Potem prawie wszystkich rozstrzelano. Mojej babci polskie dokumenty załatwić pomogła Agnieszka Kwasigroch, która przychodziła pomagać w naszym gospodarstwie. Znała język polski i razem z panem Przytarskim ze Złotowa pomogła mojej rodzinie tutaj zostać. To było w roku 1947.


To dopiero 40% wywiadu. W dalszej części poruszyliśmy m.in. takie zagadnienia:

Życie to sztuka wyboru. W 1925 roku Pański dziadek musiał wybrać, czy będzie Polakiem, czy Niemcem.

W przypadku wielu osób w Lipce i okolicach trudno mówić o tradycji. Gros z nich przybyło tutaj po wojnie.

O jakich faktach historycznych mieszkańcy Lipki nie mają pojęcia?

Uważa się Pan za największego znawcę historii Lipki i okolic?

Subskrybuj i czytaj wszystkie artykuły bez ograniczeń...

To tylko fragment artykułu (pozostało 9289 znaków). Aby czytać dalej ...

Subskrypcja na portalu

Zyskaj już dziś pełnie możliwości jakie oferuje nasz portal.

Wykup subskrypcję

Już dziś zyskaj pełnie możliwości jakie oferuje nasz portal.

Subskrypcja na portalu