Mistrz na swoją miarę

– Nigdy nie mów „nie” i się nie poddawaj – radzi Jerzy Kuźniarowski z Żeleźnicy. Życie to wielka przygoda, warto próbować wszystkiego

Pan Jerzy najchętniej maluje na dworze, pod leszczyną. Na zdjęciu prezentuje jedną ze swoich ikon - Matkę Boską Wskazującą
Pan Jerzy najchętniej maluje na dworze, pod leszczyną. Na zdjęciu prezentuje jedną ze swoich ikon - Matkę Boską Wskazującą

Pan Jerzy to człowiek wszechstronny, ciekawy świata, pewny swoich umiejętności i, co chyba najważniejsze, uparty. Ta ostatnia cecha nigdy nie pozwoliła mu zboczyć z obranej drogi. Gdy wyznaczył sobie cel, musiał go zdobyć. Stać się mistrzem na miarę swoich możliwości. Przygodę z życiem nasz rozmówca rozpoczął w Warszawie. Tam też, w wieku 7 lat, od rodziców otrzymał swój pierwszy aparat fotograficzny. Miał być tylko zabawką, tymczasem przerodził się w coś znaczenie większego – pierwszą pasję. Na poważnie fotografią pan Jerzy zajął się kilka lat później w Jarosławiu, w liceum.

Robiłem zdjęcia do gazetki szkolnej. Fotografowałem głównie kolegów i koleżanki. Od zawsze interesowały mnie głównie portrety, również pejzaże

– mówi. Nasz rozmówca miał nawet własną ciemnię. Zaniesienie kliszy do zakładu go nie satysfakcjonowało. Ten proces wolał poznać od podstaw, metodą prób i błędów. Tym samym zdobył kolejne doświadczenie. Liceum w Jarosławiu to w pewnym sensie rozkwit artystycznej natury pana Jerzego. Tutaj stawiał także swoje pierwsze kroki w malarstwie – drugiej, a z perspektywy czasu jego najważniejszej pasji. Tworzył głównie w olejach.

Po prostu uwielbiam zapach tej farby

– uśmiecha się. Młodzieńcze marzenia w konfrontacji z dorosłym życiem odeszły jednak na dalszy plan. Po szkole musiał zacząć zarabiać na utrzymanie. Pierwsze lata spędził w szkole podstawowej, gdzie uczył dzieci matematyki. Pan Jerzy to umysł ścisły. W zawodzie nauczyciela czuł się całkiem dobrze. Do momentu, gdy przełożony nie zaczął na niego naciskać, aby nauczał także języka polskiego.

Powiedziałem, że wariata z siebie nie będę robił. Historia to jeszcze tak, geografia, nawet język rosyjski, ale nie polski! Tak więc ostatecznie podziękowałem za tę pracę i ruszyłem dalej

– wspomina. Trafił do Tarnobrzega, do PSS (Powszechnej Spółdzielni Spożywców), w międzyczasie zaocznie zaczął studiować ekonomię. Dyplomu jednak nigdy nie zdobył. Zdobył jednak doświadczenie, które w wieku 25 lat zaowocowało objęciem stanowiska kierowniczego.

Byłem najmłodszym dyrektorem. Co ciekawe, nie zapisałem się do partii co, jak na tamte czasy, dziwiło, bo tylko partyjniacy najczęściej zdobywali takie funkcje

– wyjaśnia. Niespokojna dusza artysty nie dawała jednak panu Jerzemu o sobie zapomnieć i po kilku latach rzucił dyrektorowanie na rzecz zakładu fotograficznego.[[pay]]

Od fotografa od piekarza

Fotografia na dość długo zagościła w życiu naszego rozmówcy. Zanurzył się w niej na ponad 10 lat. Były to lata 80. Jak zapewnia, w tamtych czasach w Tarnobrzegu był na to popyt. Ponadto mógł robić to co kochał. Podstaw fotografii uczył się sam. Firmę otwierał mając wyłącznie wiedzę teoretyczną zdobytą z książek, których w swojej prywatnej biblioteczce zgromadził całkiem sporo.

Miałem nawet stare przedwojenne wydania niemieckie

– dodaje. Ostatecznie skusił się na naukę zawodu. Tytuł „Mistrza fotografii” zdobył prowadząc już działalność. Ta przygoda jednak musiała się skończyć, na horyzoncie pojawiły się nowe, ciekawe możliwości.

Pod Tarnobrzegiem był do wynajęcia zakład piekarniczy, a że liznąłem trochę tej wiedzy w czasach, gdy pracowałem w PSS, gdzie zajmowałem się także kontrolą procesów technologicznych w przemyśle spożywczym, to stwierdziłem: czemu nie

– wspomina. I tak aż do transformacji ustrojowej w latach 90. piekł bułki i chleb. Na początku, podobnie jak w fotografii, wiedział tyle co wyczytał z książek. Przydała się także wiedza z chemii, dzięki temu sam dokonywał różnych pomiarów, np. kwasowości chleba. Ostatecznie zdobył uprawnienia zawodowe także w tej dziedzinie, ukończył szkołę i otrzymał tytuł „Mistrza Piekarnictwa”. Do sztuki ciągle tęsknił.... Życie jednak wymaga pewnych ustępstw. Tym bardziej, gdy trzeba utrzymać rodzinę. Pan Jerzy doczekał się córki i syna. Jego piekarnia upadła wraz z nastaniem demokracji. Kolejny raz życie postawiło go przed pytaniem: co teraz? Upór i wiara we własne umiejętność, a do tego niepohamowana chęć nauki nie pozwoliły mu się poddać. Pan Jerzy zapewnia też, że wiele zawdzięcza ludziom, którzy pojawili się w jego życiu, którzy mimo wszystko dali mu szansę. I tak krótko po ściągnięciu piekarskiego fartucha ubrał garnitur i został handlowcem w dużej zagranicznej spółce. Nasz rozmówca był w swoim żywiole. Tutaj mógł wykorzystać umiejętności matematyczne i dar przekonywania. Między szkołą a fotografią zaliczył też kilka lat na stanowisku księgowego oraz biegłego sądowego – prowadził sprawy z zakresu nadużyć w przemyśle spożywczym.

Minąłem się z zawodem. Powinienem zostać adwokatem. Bardzo dobrze czułem się, występując przed sędzią

– dodaje. W handlu nie zdążył jednak osiągnąć tyle ile sobie postawił za cel. Mistrzem stał się na miarę możliwości, które wtedy zastał – spółka upadała pod koniec lat 90. Pan Jerzy jak zwykle stanął jednak po wszystkim na nogi. Lata praktyki, doświadczeń i zdobytej wiedzy przekuł w zawód doradcy podatkowego.

Na liście Ministerstwa Finansów figurowałem pod numerem 01541. Teraz są już numery powyżej 120 tys. Byłem zatem, śmiało można powiedzieć, jednym z pierwszych doradców w kraju

– zauważa nasz rozmówca. Swoją działalność zarejestrował już w Katowicach, dokąd wyprowadził się za namową córki. W zawodzie pracował do 2008 roku, a zatem mieszkając już w Żeleźnicy, do której zabrał go syn. Karierę zawodową zakończył ze względu na żonę, która ciężko zachorowała. Od blisko 10 lat poświeca się właśnie jej, ale i zapomnianej na lata sztuce.

Wiedza leży na półkach

Na ziemi krajeńskiej, w pewnym sensie, w duszy pana Jerzego zapanował spokój. Jego życie zwolniło. Po zakończeniu kariery w podatkach szybko zabrał się za budowanie sztalugi. W jednym z pokoi urządził pracownię. Zapach farby olejnej zaczął wypełniać dom, a na ścianach pojawiały się obrazy, głównie pejzaże. – Maluję to co utkwi mi w głowie. Nigdy nie kopiuję czyichś dzieł, co najwyżej wzoruję się na nich. Moja kolekcja w komputerze zawiera blisko 30 tys. zdjęć obrazów przeróżnych artystów – tłumaczy nasz rozmówca. Malowanie to jednak nie wszystko, od kilku lat pan Jerzy zdobywa mistrzostwo w pisaniu ikon. Ta przygoda zaczęła się, podobnie jak wiele jego poprzednich, od chwycenia po książkę. Ikony, a przede wszystkim proces ich powstawania zaintrygowały go. Pojawiło się kolejne wyzwanie, cel do zrealizowania. Jak zwykle nasz rozmówca zaczął od metody prób i błędów, w końcu opracował najdogodniejszy styl pracy dla siebie.

Zgodnie z zasadami Hermenei, czyli sztuki pisania ikon, stworzonej przez Dionizjusza z Furny, jest to bardzo długotrwały proces. Poprzedza go m.in.: trzydniowy post, następnie są modlitwy. Kolejno przygotowanie drewna, gdyż nie może to być zwykłe drewno. Musi ono pochodzić z drzewa liściastego. Dalej trzeba przygotować bazę, farby, które robi się z tempery jajowej [farba przygotowana na bazie żółtka kurzego – przyp. red.]. Pisanie ikon jest zatem pracochłonną, długotrwałą sztuką. Stąd też ich ceny są tak wygórowane. Do tego dochodzi złocenie, do którego wykorzystuje się m.in. 24–karatowe płatki złota. Ja jednak opracowałem swoją metodę, nieco uproszczoną

– wyjaśnia nasz rozmówca. Szczegóły pan Jerzy woli zachować dla siebie. Na przygotowanie średniej wielkości ikony potrzebuje około dwóch tygodni. Zaznacza jednak, że pomija wszelkie rytuały religijne. Do pisania najczęściej wykorzystuje zwykłą sklejkę. Zakup profesjonalnej, lipowej deski to koszt nawet 100 złotych. Maluje farbami akrylowymi, które są równie trwałe co tempera. Z żółtek zrezygnował ze względu na to, że trzeba je szybko wykorzystać, a nie chciał pozwolić sobie na marnotrawstwo.

Jest taki rosyjski ikonograf, który robi kilka ikon jednocześnie. Może sobie zatem pozwolić na temperę

– wyjaśnia. Pan Jerzy do złocenia stosuje natomiast szlagmetal. Mimo uproszczonej metody i jego ikony nie są wcale tanie i łatwe w przygotowaniu.

Ludzie na tym oczywiście zarabiają, piszą je hurtowo. Ja tego nie robię, mi chodziło o to, żeby sprawdzić, czy też będę potrafił. No i jak widać nauczyłem się. Dwie moje ikony, w tym ta największa, bo około metrowa, zdobią kościół w Zajezierzu koło Dęblina. Kilka z nich pojechało również do Niemiec

– wyjaśnia. W domu wiszą natomiast cztery: dwie Matki Boskiej Miłującej, jedna Matki Boskiej Wskazującej, czwarta z wizerunkiem św. Jerzego z Liddy (patrona m.in. wędrowców i artystów), którą nasz rozmówca namalował z myślą o sobie.

Smak życia

Pan Jerzy ma 68 lat. Patrząc na swoje życie z perspektywy czasu ocenia je dobrze. Na pewno przeżywa je ciekawie i z pasją. Tak na marginesie, nasz rozmówca potrafi grać również na organach. Jest fanem muzyki poważnej i operowej. Zapytany o to, czy myślał kiedyś o ustatkowaniu się, o skupieniu na czymś jednym, konkretnym odpowiada, że tak, ale tylko przez chwilę. Życie czasami decyduje za nas, ale to od nas zależy, czy się poddamy danemu scenariuszowi, czy też wykorzystamy wszystkie nadarzające się możliwości, a co więcej nawet sami je sobie stworzymy. Warto próbować wszystkiego, bo może gdzieś tam jest to, co pochłonie nas bez reszty. Jeśli natomiast tych dziedzin jest znacznie więcej, to jeszcze lepiej. Pan Jerzy zapewnia, że to nic strasznego, wręcz przeciwnie. Życie nabiera po prostu wyraźniejszego smaku. I nieprawdą jest, że gdy coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. Nie. Dzięki temu otwiera się przed nim więcej drzwi, które, kto wie, dokąd go zaprowadzą.[[/pay]]

Już dziś zyskaj pełnie możliwości jakie oferuje nasz portal.

Subskrypcja na portalu