Najlepsze kakao w życiu

Ocierała łzy, wycierała zasmarkane noski, karmiła i zapewniała, że będzie dobrze. Pani Irenka, jak nazywały ją wszystkie dzieci, po 30 latach pracy w Przedszkolu Publicznym w Dolniku przechodzi na emeryturę

Tak kiedyś wyglądały pełne stoły w przedszkolu. W tle okienko do wydawania potraw z kuchni (fot. I. Zelent)
Tak kiedyś wyglądały pełne stoły w przedszkolu. W tle okienko do wydawania potraw z kuchni (fot. I. Zelent)

Dzieciństwo ma różne barwy. Dla wielu dorosłych już mieszkańców Dolnika i Paruszki są to: purpura – barszczu z buraków, brąz – ciepłego kakao, biel – zupy mlecznej czy też beż – świeżego chleba, codziennie rano kupowanego w nieistniejącym już „GeeSie”. Dzieciństwo to również panie przedszkolanki i pracownicy przedszkola. Tacy jak Irena Zelent, która przez 30 lat uczyła, bawiła i karmiła maluchy. W przedszkolnej kuchni spędziła bowiem większość swojego zawodowego życia. We wspomnieniach wychowanków zapisała się wyśmienicie, zresztą nie bez powodu mówi się: przez żołądek do serca. Jak jednak jej praca wyglądała od „kuchni”? Czy wykarmienie setek maluchów było prostym zadaniem, szczególnie w czasach, które nie należały do najłatwiejszych? I czy rzeczywiście pod wspominanymi do dziś daniami, serwowanymi przez panią Irenę, kryją się jakieś magiczne przepisy?

Opis zdjęcia

Pani Irena z przedszkolakami. Te dzieci nie miały już jednak okazji posmakować jej potraw

Czas do pracy

Pani Zelent pracę w charakterze intendentki rozpoczęła w 1986 roku, jeszcze w starym budynku przedszkola, należącym do Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej w Dolniku (obecnie piętro budynku jest puste, na dole znajduje się natomiast sklep). Praca w tych warunkach trwała rok. W 1987 otwarto przedszkole w miejscu, w którym znajduje się do dziś.

Na początku pomagałam w nauce i opiece nad dziećmi dyrektor Teresie Gola. Później, gdy odeszła na emeryturę, pracowałam z Danutą Balcer. W kuchni były natomiast Alicja Araszczuk, a potem Danuta Piotrowicz

– wspomina nasza rozmówczyni.

Cięcia budżetowe i zmiany w tamtym czasie nas nie oszczędziły. Nasze grono ciągle się zmniejszało. Ostatecznie na początku lat 90. zostałam ja, dyrektor Balcer i Danuta Piotrowicz, która zajęła się sprzątaniem i kotłownią. W taki właśnie sposób trafiłam do kuchni

– wyjaśnia. Ta zmiana było dla niej jak grom z jasnego nieba. Jedyną praktyką kucharską pani Ireny było wówczas gotowanie dla swojej trójki maluchów i męża. Nagle musiała sprostać wymaganiom ponad dwudziestki małych smakoszów. Oprócz bycia kucharką musiała wejść w rolę tzw. menadżera, a nawet dietetyka. 

Nie było to łatwe. To były trudne czasy. Stawka dzienna na wyżywienie jednego dziecka wynosiła złotówkę. Dziś jest to nie do pomyślenia, wtedy zresztą też to nie było dużo

– wyjaśnia nasza rozmówczyni.

Pamiętam, gdy mieliśmy wizytę z sanepidu z Piły,  panie były tak przerażone naszą stawką, że przywiozły dzieciom cukierki, aby je dokarmić

– z uśmiechem wspomina.


To dopiero 40% artykułu. W dalszej części przeczytasz:

Wszystkie dzieci nasze są – Na szczęście o pełne brzuszki pomagali zadbać również rodzice, a także inni mieszkańcy wsi. – Pamiętam, jak jedna mama przyniosła mi...

Lata lecą... – 30 lat pracy to jednak nie tylko trzy dekady układania przepisów i gotowania. To przede wszystkim obserwowanie, jak dorastają wsie...

Subskrybuj i czytaj wszystkie artykuły bez ograniczeń...

To tylko fragment artykułu (pozostało 6598 znaków). Aby czytać dalej ...

Subskrypcja na portalu

Zyskaj już dziś pełnie możliwości jakie oferuje nasz portal.

Wykup subskrypcję

Już dziś zyskaj pełnie możliwości jakie oferuje nasz portal.

Subskrypcja na portalu