:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
  20°C bezchmurnie

Podróż z sercem na kanapie

Domyślna_stara, Podróż sercem kanapie - zdjęcie, fotografia

Wyprawa to z reguły narysowane na mapie marzenia i myli się ten, kto myśli, że zaczyna się ona dopiero za granicami własnego mieszkania

- Ja chcę zobaczyć Bran, ja Brasow, musi być Bicaz…– przepychanki słowne, negocjacje, targowanie, oglądanie zdjęć, przeglądanie karat przewodników, kolekcjonowanie informacji. To już jest podróż… Wszystko zaczyna się w głowie.
[[reklama]]
W naszym przypadku zaczyna się również w silniku - sercu motocykla. Jest to jeden z piękniejszych sposobów podróżowania. Od zawsze dawał poczucie wolności, dwa koła zmieniały się w dwa skrzydła i nie było miejsc, do których dotrzeć byśmy nie mogli. Jeżeli dziecięce marzenia o końcu tęczy miałyby się kiedyś spełnić, to na pewno będziemy wtedy siedzieć w siodle jednośladu.



Nasze myśli od dawna krążyły dookoła zielonej Rumunii – wcale niedalekiego sąsiada, owianego tajemnicą. Tyle stereotypów co o Rumunach w naszym społeczeństwie krąży już chyba tylko Rosjanach, a większość sprowadza się do prostej reakcji na informacje o wyjeździe: „No chyba zwariowaliście, żeby tam jechać. Zginiecie!”.

Proszę Państwa - nic bardziej mylnego….
[[nowa_strona]]
Ostatnimi linkami spięliśmy namiot do kufra motocykla – wyglądał jak mała ciężarówka z wysoko postawioną plandeką. Podróżowania też trzeba się nauczyć i pierwsze wyjazdy wiążą się zawsze ze stadem niepotrzebnych rzeczy, poupychanych w różnych schowkach, jak choćby kiszone ogórki w słoiku.

Ale motocykl to dzielny i wierny kompan wypraw– co nam to i jemu nie jest straszne.

Droga do Rumunii przebiegła bez większych przygód. Minęliśmy górzystą Słowację, płaskie jak stół, ale piękne Węgry (którym obiecaliśmy powrócić pewnego dnia tylko dla nich i dla Tokaja, rzecz jasna). Prawie wpadliśmy na granicę Ukraińską, na szczęście w ostatniej chwili zawróciliśmy z drogi, która szykowała dla nas co najmniej 5-godzinne oczekiwanie na granicy i chwilę potem staliśmy już u wrót naszego tymczasowego przeznaczenia – Rumunii.
[[reklama]]
Bramą wjazdu było Satu Mare – niewielka mieścina z kwadratowym rynkiem, dookoła którego majestatycznie krążyło kilka lokalnych Choperów, odzianych w lisie kity i skórzane frędzle. Stanęliśmy na chwilę zafascynowani widokiem – przecież to prawie jak w domu. Dookoła rynku stało kilka straganów, kwiaciarnia, przy ulicy duży sklep samoobsługowy, ale my z utęsknieniem poszukiwaliśmy jakiejkolwiek knajpy z jedzeniem. Nasz wzrok zatrzymał się na budce z kebabem – no cóż, na pierwszy posiłek w Rumunii mięliśmy nadzieję zjeść nieco bardziej tradycyjne danie, ale nie było wyjścia – będzie kebab. I tu spotkało nas pierwsze zaskoczenie – do bułki zamiast surówek wpakowano nam chrupiące frytki, na to ułożono mięso i zalano dużą ilością sosu majonezowego. Szczęka opadła nam do podłogi – na szczęście, bo dzięki temu mięliśmy szansę ugryźć kawał tego ogromnego bułczyska. Kompozycję wszystkim amatorom bliskowschodniego fastfooda polecamy, jednak smakiem Rumunii nie nazwiemy – cały czas marzyła nam się słynna Ciorba de Burta, mamałyga, słone owcze sery i wino…



Pierwszy nocleg znaleźliśmy w Sapancie – małej wioseczce zgubionej w zieloności Karpat. Prawdopodobnie nigdy nie byłaby odkryta, gdyby nie… cmentarz. I to nie byle jaki. Ręcznie malowane krzyże ozdobione spersonalizowaną rymowanką o życiu właściciela grobu. Miejsce tryskało kolorami i nie od parady zwane jest Wesołym Cmentarzem.

Nasza dalsza trasa wiodła wzdłuż granicy ukraińskiej, przez malownicze tereny Maramuresz i Suczawy. Jechało się niełatwo, ciągle pod górę i po dziurach, ale żadne z nas nie zauważało niedogodności. Widoki dookoła powalały. Zieleń Kawasaki bledła przy soczystości zieleni rumuńskiej. Wzgórza roztaczały bajkowe widoki.
- Mógłbyś patrzeć na drogę, jak jedziesz?
- Nie da się.

Zanurzyliśmy się w naturę totalną. Krystaliczne powietrze przenikało nasze płuca i z każdym jego wdechem pozbywaliśmy się miejskiego stresu. W takich miejscach muszą znajdować się cuda… I znalazły się. W tym rejonie stoją niezniszczone od stuleci liczne monastyry – klasztory w wielu przypadkach wpisane na listę UNESCO.
[[nowa_strona]]
My trafiliśmy do Warty Mołdovicy. Na miejscu zastaliśmy niewielki murowany klasztor, ogrodzony basztą z czterema wieżyczkami na każdym rogu. Jednak „tortowa wisienka” kryła się w środku. Zdobiona polichromiami, przykryta strzechą kaplica - jak na swoje lata trzymała się świetnie, choć nie wiadomo było, kto tak naprawdę był starszy: ona czy zakonnica, która spacerując dookoła budowli, w tajemnym rytuale, uderzała młotkiem o deskę.

Są takie miejsca na Ziemi, z których łatwo wyjechać się nie da – ciągną do siebie swą odmiennością i ciepłem… Taka jest właśnie rumuńska Bukowina – miejsce zaklęte w czasie i trochę magiczne. Ale przed nami majaczył jeden z najgłębszych kanionów Europy - Przełęcz Bicaz. Pokusa była wielka, więc chętnie się jej poddaliśmy. Nie oglądając się za soczystą zielonością łąk karpackich wpadliśmy z impetem w szarość skał oplatających niewielką nitkę drogi biegnącej dnem kanionu. Krajobraz zmienił się, wyostrzył i oziębił. Wysokie skały, smukłe sosny i szum pędzącego strumienia powodowały, ze człowiek nareszcie czuł się tak jak powinien – mały wobec natury, pokorny. Tak powinno być, powinniśmy uczyć się szacunku do świata. W Rumunii uczyć się jest prosto. Tu natura onieśmiela i przytłacza. Jest wielka, majestatyczna, wręcz rządzi człowiekiem, dając mu w zamian obrazy doskonałe jako zapłatę.
[[reklama]]
Niestety za chwilę mieliśmy opuścić krainę skał, a tym samym zakończyć przygodę z krajobrazem. Jechaliśmy w kierunku Siedmiogrodu, by podziwiać średniowieczne kościoły warowne, piękne starówki miejskie i… zamek Drakuli. Czekały nas spotkania z ludźmi, z kulturą i kuchnią. Raz na zawsze mieliśmy zerwać ze stereotypami dotykającymi narodu rumuńskiego i odnaleźć w nich ludzi dumnych, szczęśliwych i pomocnych.

Nadszedł wieczór. Motocykl, nasz wierny rumak stanął przy namiocie, zgasły jego jasne lampy. Bez niego byśmy tu nie dotarli – trzy klepnięcia w bak na dobranoc są jak drapanie za uchem. Motocykl się kocha jak ulubionego psa, najlepszego przyjaciela. Piliśmy kawę zagrzaną na turystycznej kuchence. Cykady z pobliskiej łąki grały koncert życia.

Tak właśnie smakuje i brzmi szczęście.

Barbara Kluczkowska



Podróż z sercem na kanapie komentarze opinie

  • SD - niezalogowany 2017-10-25 08:36:06

    Bardzo dobrze się czyta. Pozdrawiam :)

Dodajesz jako: Zaloguj się