:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
Ludzie i ich pasje, Przemysław Kossakowski pokręcone życie - zdjęcie, fotografia
Portal zlotowskie.pl 24/04/2019 18:20

Kąpiel we krwi? Proszę bardzo. Dać się zakopać żywcem? Czemu nie. Dlaczego P. Kossakowski robi rzeczy ekstremalne? Jaką cenę za nie płaci? I czy jest kronikarzem ginących światów?

Przemysław Kossakowski zrobił w Złotowie furorę. Chętnych do tego, by go zobaczyć i posłuchać na żywo było więcej niż miejsc w sali Złotowskiego Centrum Aktywności Społecznej. Ujął publiczność nie tylko swoimi przygodami, ale też sposobem bycia. Tym, jak skracał dystans. Stąd tak bezpośredni charakter naszej rozmowy.

Gdybym nazwał Cię wariatem to byś się obraził?
Absolutnie nie. Wariactwo to jest odstępstwo od normy, a my, ludzie, mamy niebezpieczną tendencję do wymyślania norm, które nas ubezwłasnowolniają. Bycie wariatem jest dla mnie komplementem.

Jaka była najdziwniejsza rzecz, jaką zrobiłeś przed pojawieniem się w telewizji?
Pochodzę z Częstochowy, jako młody człowiek brałem udział w rożnego rodzaju projektach kabaretowych. Na „Famie” w Świnoujściu zrobiliśmy ze znajomymi happening. W Częstochowie mamy ulicę Siedmiu kamienic, leżącą tuż przy klasztorze i słynącą z handlu dewocjonaliami. Kupiliśmy tam ok. 400 plastikowych butelek w kształcie Matek Boskich. Do tego prześcieradła w ciuchach na kilogramy, z których uszyliśmy im spadochrony, a potem najlżejszy z nas poleciał motolotnią nad plażą i wyrzucił te Maryjki. To było absurdalne samo w sobie, a do tego ludzie się na nie rzucili, wybuchały jakieś bójki. Być może zrobiłem coś jeszcze dziwniejszego, ale to mi teraz przyszło do głowy.

To w takim razie nic szalonego, że facet około czterdziestki, dotąd bezrobotny, pożyczający pieniądze na jedzenie, wpada do studia telewizyjnego?
Dostałem szansę, ale tu niewiele ode mnie zależało. Propozycja, że będę robić takie a nie innych rzeczy przed kamerą może świadczyć o mojej desperacji, ale tak naprawdę to mnie bardzo ekscytowało.

Do Twoich wyczynów za chwilę dojdziemy. Najpierw powiedz, jak to było, gdy Twoja szefowa w tv przedstawiła Cię „to jest nasz człowiek ze wsi”, a Ty uśmiechnąłeś się bezzębnie.
Tak, tak! Teraz trochę się ta moja umiejętność tępi, ponieważ jestem celebrytą...

Lubisz to słowo.
Uwielbiam się nim zadręczać, to chyba jakiś rodzaj masochizmu. Dziś jestem pod ciągłym ostrzałem. A swego czasu uwielbiałem pokazywać swoją inność. Nie robiłem tego na zasadzie prowokacji, ale nie miałem z tym problemu, żeby uśmiechnąć się w tv bez zęba z przodu. Wtedy mieszkałem na wsi, żeby przeżyć dorabiałem u mechanika, pracując w lesie albo zbierając ziemniaki we Francji. Nie miałem problemu ze swoją nieprzystawalnością: nieuregulowaną fryzurą, bez zęba właśnie...

A dzisiaj musisz się pilnować.
Ze smutkiem to zauważam. Robię to, bo jestem w związku i wiem, że cokolwiek bym nie zrobił, to pójdzie na konto obojga. Nie mogę więc podchodzić już tak lekceważąco do tych wszystkich zasad, które nie są moimi zasadami. Jakiś czas temu miałem sytuację, gdy rano po joggingu wpadłem do sklepu po bułki i ze stoiska z kolorową prasą dowiedziałem się, że biorę ślub. Do pewnego momentu takie rzeczy są zabawne, rozumiesz, ale gdy jesteś cały czas bombardowany newsami wyssanymi z palca, to zaczynasz się kontrolować.

Można się pogubić, a do tego w Twoich programach wcielasz się w różne postaci, masz wiele żyć – totalne wariactwo.
Tak i wiesz, mam niebywały przywilej przeżywania sytuacji, nabierania doświadczeń, które nie byłyby mi dane, gdybym nie pracował w telewizji. To się wiąże z takim poziomem dziwności, absurdu, czasem pierwotnego przeżywania, że gdy wracam do domu, to mam już dość szaleństw. Prowadzę spokojne, przewidywalne życie, bo wiem, że wkrótce wyjadę na kolejną wyprawę i będę miał adrenaliny pod dostatkiem.

Jak na celebrytę przystało, Przemek musiał mieć selfie ze złotowską publicznością


Zacząłeś od programu „Kossakowski. Szósty zmysł”, potem był „Kossakowski. Inicjacja”, teraz jest „Kossakowski. Wtajemniczenie”. Co pozwoliło Ci na dłużej zakotwiczyć w telewizji i stać się jej gwiazdą?
Jestem niesłychanie szczęśliwy, że robię karierę w mediach, ale nigdy wcześniej o niej nie marzyłem. Gdy zacząłem pracę w TTV byłem ukształtowanym mężczyzną. Żyłem trochę poza systemem, poza modelem praca – dom – dzieci, dzięki czemu nie nauczyłem się pewnych schematów. Kiedy stanąłem przed kamerą, wiedziałem, że najgorsze, co mogę zrobić, to naśladować innych. Chodzi o to, że nie potrafię udawać.

Widać ludzie to kupili.
Oglądają mnie, bo jestem inny. Nie mam pewnych zahamowań, pewnego rodzaju wstydu przed pokazaniem się czasami jako człowiek śmieszny czy słaby. Ludzie, którzy ze mną pracowali, zauważyli, że najlepiej jest, gdy robię i mówię, co czuję.

Jedziesz do szamana, który każe Ci się kąpać w ciepłej krwi, inny okłada Cię wnętrznościami dopiero co zarżniętego barana albo kopiesz sobie grób, a potem pozwalasz się w nim zasypać. Każda kolejna rzecz musi być bardziej ekstremalna, żeby zadowolić publikę?
Robiąc program kompletnie nie myślę o widzach czy konsekwencjach. Zatracam się w tym, co robię i jestem jak najdalej od tego rodzaju kalkulacji.

Jesteś kolekcjonerem wrażeń?
O tak. Moim głównym paliwem jest ciekawość. To skrajnie egoistyczne, ale ja te doświadczenia zbieram dla siebie. A przy okazji jest ten program. Często mówię, że mógłbym robić go za darmo. Ludzie mają to za metaforę, ale ja mówię poważnie. Nie wiem tylko, czy chcę, żebyś to publikował, bo gdy dowie się dyrektor finansowy, to może to wykorzystać (śmiech).

W Twojej księdze zdziwień nie ma więc rzeczy, które Cię nie zaskakują?
Nie ma, bo przez tą swoją patologiczną naturalność nie jestem w stanie udawać. Chociaż próbuję (śmiech). Ludzie, z którymi pracuję, dawno machnęli ręką na moje próby aktorskie, bo kompletnie mi one nie wychodzą.
Po raz kolejny mówię o ekipie, bo chcę podkreślić, że na program pracuje sztab ludzi. Ja daję nazwisko, co nadaje programom autorskiego sznytu, ale to nieprawda, że robię wszystko sam. Tak jak nie wybieram tematów odcinka – robią to ludzie, z którymi pracuję, którzy mnie znają i wiedzą, co będzie mnie kręcić.

Uderzmy w wysoki ton i powiedzmy, czy czujesz się osobą, która chroni przed zapomnieniem rytuały, ludzi, miejsca?
To mój gorzki przywilej. Patrzę, jak ten świat duchowości umiera, bo nasza cywilizacja jedzie jak walec i wszystko miażdży. Widzę, jak łatwo ludzie zapominają o czymś, co było naturalne dla ich przodków. Niedługo wszystko będzie made in China. Czasem jestem w miejscu, gdzie powinienem zobaczyć coś absolutnie pierwotnego, a widzę reklamówki i komórki.

Nie da się zatrzymać postępu.
I nie wiem, czy jest sens próbować, bo dlaczego odmawiać ludziom możliwości korzystania z technologii, z której my korzystamy? Mam jednak wrażenie, że chodzę po smudze cienia, która jest granicą nicości. Czasem uda mi się złapać ostatni moment zanim ta duchowość zaniknie lub zmieni się w cepelię. Bywa, że jest za późno i trafiamy na produkt turystyczny. Tak, robimy kronikę odchodzącego świata.

Masz wrażenie, że ludzie Zachodu, w większości biali ludzie, patrzą na innych z pozycji „ja wiem lepiej”?
Mamy coś takiego, to prawda. Ja na szczęście jestem o tyle do przodu, że mam duży problem z dawaniem rad. Nie mam potrzeby oceniania, więc gdy widzę alternatywną formę życia, to ją przyjmuję. Aha, tak jest. Nie mam postawy konkwistadora. Wielu ludzi jednak wpada w pułapkę porównań, uważają, że są lepsi i przez to nie wyciągają niczego głębszego z podróży. Z takimi ludźmi nie potrafię pracować.

Ryszard Kapuściński pisał o spotykaniu „Innego”. Dla Ciebie jest on w centrum uwagi?
Człowiek jest dla mnie podmiotem, zawsze. To jest niesamowite w tym, co mogę przeżywać. My, jako zachodnia cywilizacja, uważamy, że nasz świat jest naturalny, a przecież żyjemy w świecie anomalii. Daj Boże, żeby ona trwała jak najdłużej, ale my od 70 lat nie mieliśmy wojny. Ludzie uważają, że to jest norma, ale gdy rozłożymy mapę, zobaczymy, ile jest na świecie wojen, bólu i przemocy, a my jesteśmy wśród tego wszystkiego enklawą i uważamy z jakiegoś powodu, że mamy prawo pouczać innych.

Rytuały, szamani, wizjonerzy sprawili, że odnalazłeś w sobie i doceniłeś duchowość?
Wiara to jest dar, z czym się zgadzam, ale ja tego daru jestem pozbawiony. Jestem agnostykiem, miałem to od zawsze. Abym mógł zrealizować „Szósty zmysł” czy teraz „Wtajemniczenie” muszę być na religię zaimpregnowany. Nie dotyka mnie ona, ale nie mam też bariery przed tymi praktykami. Niektóre rytuały, w które wchodziłem zahaczały o okultyzm, inne były bardzo przerażające, więc gdybym był wierzący, nie dałbym rady w tym uczestniczyć.

Publiczność zgromadzona w ZCASie dała się porwać opowieściom i osobowości Przemysława Kossakowskiego


Powiedz szczerze, jak głęboko wchodzisz w te rytuały czy jak mocno wcielasz się w postaci, które pokazujesz w programach? Wiesz przecież, że to tylko na chwilę, za moment kamera zostanie wyłączona.
Nie myślę o tym, ale wiem, że każda chwila, w której jestem np. dręczony, zaraz się skończy. To jest wspaniałe. Oczywiście, niektóre doświadczenia są tak mocne, że ich ślad ciągnie się za mną, ale zawsze dochodzę do siebie.

Jak duży jest w Tobie pierwiastek dziecka? Dzieci mają to do siebie, że wielu rzeczy się nie boją, bo nie mają świadomości, co może im się stać. Tobie uzdrowiciel drewnianym dłutem przestawia kręgi, słychać trzask kości, a ty dopiero po czasie zdajesz sobie sprawę z tego, że to się mogło źle skończyć.
Ja to mam! Mam w sobie dziecko. A przed kamerą mam bardzo mocno ograniczony instynkt samozachowawczy. Kiedyś wchodziłem w największe szaleństwo, a ludzie uśmiechali się i włączali kamerę, lecz w tej chwili obawiają się, że w końcu coś sobie zrobię. Mam wręcz wrażenie, że ludzie, z którymi pracuję, nauczyli się myśleć za mnie i powściągają mnie.

W biografii Tony’ego Halika autorstwa Mirosława Wlekłego jest taka oto scena: helikopter, którym leci główny bohater ma awarię i spada, a on wszystko filmuje. Dochodzi do upadku, pasażerowie i załoga żyją, a T. Halik... kręci. Jeszcze ma pretensje do dźwiękowca, że ten się wystraszył i przestał nagrywać. A to mogła być taka piękna katastrofa...
Dokładnie. Słyszałem o takim mechanizmie. Często fotoreporterzy wojenni ginęli, bo to, co było w wizjerze nie wydawało im się rzeczywiste. Ja przed kamerą mam wrażenie, że jestem niezniszczalny. Jakby to nie działo się naprawdę, ale też te moje sytuacje są tak absurdalne. Nie tylko ja tak mam, pracuję z podobnymi ludźmi, na przykład Marcin, operator. To historia z Kirgistanu. Graliśmy tam w Kok Buru, lokalną grę, połączenie rugby i polo. Dwie drużyny jeźdźców grają ciałem barana z uciętą głową. Jest totalny chaos, mój instruktor ma naderwane ucho, ja też krwawię. W pewnej chwili Kirgizi krzyczą „spier..., spier...!!”, po rosyjsku. Patrzę, Marcin stoi w środku tej zadymy z kamerą i kręci. Oni się rozjeżdżają, a ja mam dziwnego konia, robiącego bardzo szerokie zakręty, który mnie nie słucha... Jadę wprost na Marcina, krzyczę, a on stoi tyłem i jest totalnie wyłączony. Ostatecznie koń mija Marcina o grubość sierści. A on nawet nie drgnął!
Ja mam to samo, tylko bez wizjera.

Dzięki programom w telewizji masz mnóstwo żyć.
To jest wielki dar.

I mówisz sobie rano „wow!”?
Tak. Wiesz, gdybym zaczął tę przygodę w wieku 20 lat, to dziś byśmy nie rozmawiali, bo by mi odbiło. A tak cały czas odnoszę to, co robię dziś, do sytuacji sprzed kilku lat i dzięki temu mam niesamowite uczucie szczęścia. Mam rzeczy, o których kiedyś nie mogłem marzyć. Nie mam za to, na szczęście, syndromu, że jak mam dużo, to chcę więcej.

Twoje szczęście zaburza jedynie status celebryty, tak?
To nie jest mój świat. Owszem, pozuję na ściankach, ale może dwa razy na pół roku, z obowiązku. Nie chodzę po imprezach i nie mam przyjaciół w show biznesie, choć znam tam wiele osób. Mieszkam w Warszawie, ale prowadzę tam, to moje nowe odkrycie, życie rodzinne. Regularny kontakt z warszawiakami mam natomiast w klubie sportowym, do którego uczęszczam, gdzie nie ma nikogo z mediów.

Mogę zadać Ci pytanie osobiste?
Yhm.

Chodzi o Martynę Wojciechowską. Wiele osób zaczęło Cię kojarzyć właśnie dzięki temu, że zostaliście parą. Nie wszyscy znali Twoje programy.
To jak z pytaniem, dlaczego jeszcze nie mam programu w TVNie. Gdybym patrzył na swój związek przez pryzmat benefitów zawodowych, to kim bym był?

Nie sugeruję, że to robisz.
Ok, bo ja nie analizuję związku pod tym kątem. Rozdzielamy z Martyną swoje życia zawodowe, choć cały czas krąży temat naszego wspólnego programu i nie mogę powiedzieć, że coś takiego nie nastąpi. Podkreślam zawsze, że to stację TTV uważam za swój matecznik. To ona wyciągnęła mnie z niebytu. Pamiętam, jak ludzie mówili, że ona padnie po pół roku...
Co do rozpoznawalności, to mam wrażenie, że jest ona większa w kolorowych mediach.

Jedno pytanie muszę zadać w imieniu większości mężczyzn w tym kraju: czym zaimponować takiej kobiecie jak Martyna Wojciechowska? Ona szybciej jeździ niż większość facetów, wspina się na najwyższe góry świata...
Z tego co wiem, faceci zachowują się dziwnie w obecności silnych kobiet, natomiast ja mam tę, już legendarną, niezdolność zdawania sobie sprawy z powagi sytuacji. Tak jak z tobą rozmawiam, tak samo zachowuję się przy innych. Wiem, że to banalna odpowiedź, ale po co udawać kierowcę rajdowego czy komandosa? A faceci czasem mają takie samobójcze tendencje.

Twoja partnerka zwróciła w Tobie uwagę na jeszcze coś – na poczucie humoru.
Miło mi słyszeć, że je mam.

Podczas dzisiejszego spotkania publiczność momentami pękała ze śmiechu. Nie mów, że tego nie zauważyłeś.
Śmiech, brawa mnie nakręcają. Złotów był pod tym względem idealny. Od początku spotkania czułem, że jest między nami transport energii. Wiesz, czasami podczas spotkań ludzie wyczekują i nie ma tego entuzjazmu. Wtedy wyrzucam z siebie całą energię. Gdyby tak było tutaj, to teraz byśmy nie rozmawiali, bo pojechałbym prosto do hotelu, położył się w ubraniu i odcięłoby mnie.
Dzisiaj w Złotowie natomiast wyrzucałem energię i dostawałem ją z powrotem. To była rzecz, która mi się opłaciła.

Popularny Kosa podąża śladem ginących kultur i zwyczajów (Fot. Paweł Kwiatkowski TTV)


Jest druga strona Twojej pracy – straty. Poddajesz się różnym kuracjom, robisz rzeczy ekstremalne, to musi się odbić na Twoim zdrowiu.
Powiem ci, że dbam o ciało, uprawiam sporty, bo organizm jest też narzędziem mojej pracy. Wiesz, że uszkodziłem kolana przy triathlonie, ale nigdy nie miałem nieodwracalnych kontuzji. Otwarte jest natomiast pytanie o koszty psychiczne tego, co robię.

I?
Nie potrafię tego ocenić. Kilka razy rozmawiałem z ludźmi, którzy wyrażali bardzo duże zdziwienie, że nie mam jakieś osłony psychologicznej. Według nich seans u psychiatry czy psychologa powinien być dla mnie kwestią higieny. Zastanawiałem się nad tym, bo można przypuszczać, że te trudne przeżycia się we mnie odkładają i myślałem o terapii, aż w końcu dotarło do mnie, że jestem szczęśliwy jak nigdy w żuciu, dlaczego więc mam w tym dłubać?

Co Cię dziś nakręca? Przeżyłeś tyle przygód, że wystarczyłoby na kilka żyć, a wciąż szukasz kolejnych wrażeń.
Zdaję sobie sprawę, że jestem mężczyzną już prawie 47–letnim i na takim poziomie intensywności jak dziś nie będę mógł długo pracować. Jeszcze kilka lat i będę musiał zwolnić, bo moje ciało nie pozwoli na robienie takich szaleństw. Do tego czasu chcę jak najwięcej przeżyć i zgromadzić ile się da wspomnień. Nawet gdyby ta przygoda miała się skończyć jutro, to i tak ona mi się nieprawdopodobnie opłaciła.

Masz plan „B”?
Nie, nie mam. Nigdy nie miałem.

Żyjesz na pełnej petardzie. Tu i teraz.
Kiedyś, gdy nie prowadziłem tak intensywnego życia, w chwilach namysłu nad przyszłością dostawałem jakichś mrocznych myśli, a teraz ich nie mam. Przestałem się zadręczać. Moje życie jest tak pokręcone, że cokolwiek się stanie, to będzie dobrze. To nie jest kwestia tego, że dam sobie radę, bo nie jestem człowiekiem, o którym można powiedzieć, że jest zaradny, natomiast wiem, że będę szczęśliwy. Pogodziłem się ze sobą, ze swoimi wadami, z niedoskonałościami. Myślę, że to było kluczem do szczęścia.

Rozmawiał Łukasz Opłatek

Przemysław Kossakowski gościł w Złotowie na zaproszenie Miejskiej Biblioteki Publicznej.

Reklama

Przemysław Kossakowski - Mam pokręcone życie komentarze opinie

  • gość 2019-04-24 18:41:00

    Prawda jest taka,że ten Przemysław Kossakowski,jest bardzo młody został wplątany jako celebryta TVN24,która jest uznawana jako gadzinówka antypolska i antykatolicka.Dziś oglądalność tych mediów spadła do poziomu 8 %.Finansują TVN24 masoneria światowa z USA,z Francji,żyd SOROS jak i Putin.To nie są Polskie media,które ogląda tylko motłoch postkomunistyczny antypolski.

  • Gość - niezalogowany 2019-04-24 22:04:57

    Mamy też swojego lokalnego Kossakowskiego, nawet w podobnym są wieku. Tylko pozazdrościć takiej odwagi i życia na ten sposób.

Dodajesz jako: |
Reklama

Ogłoszenia PREMIUM

Zatrudnię opiekunkę do osoby

Zatrudnimy opiekunki osób starszych do Niemiec. Tel.: 32 237 47 04 lub 730 555 570 [email protected]


Zobacz ogłoszenie

Planuje zakup w 2019/2020

Planuje zakup w 2019/2020 mieszkania 3pok. lub małego domu do remontu. Proszę o kontakt osoby zainteresowane sprzedażą w tym czasie.


Zobacz ogłoszenie

AGRO-KREDYT DLA ROLNIKÓW

AGRO KREDYT DLA ROLNIKÓW - najwyższa przyznawalność, najlepiej liczony dochód. Dedykowany doradca dla rolników, dojazd do klienta. Tel. 508-615-949


Zobacz ogłoszenie

Kopanie stawów

Świadczymy usługi kopania i pogłębiania STAWÓW - w promieniu około 100 km od 89-300 Wyrzyska. Posiadamy własne koparki gąsienicowe oraz..


Zobacz ogłoszenie

Kalendarz

Najbliższe imprezy
Reklama


 Reklama


25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies

Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez zlotowskie.pl, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW.

Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono

Angelika Leszczyńska, Mariusz Leszczyński “Leszczyńscy” S. C. z siedzibą w Złotów 77 – 400, Wojska Polskiego 2

Cele przetwarzania danych

1.marketing, w tym profilowanie i cele analityczne
2.świadczenie usług drogą elektroniczną
3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań
4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach
5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług (cele analityczne)


Podstawy prawne przetwarzania danych


1.marketing, w tym profilowanie oraz cele analityczne – zgoda
2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi
3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych


Odbiorcy danych

Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, agencje marketingowe oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa.

Prawa osoby, której dane dotyczą

Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą.

Informacje dodatkowe

Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności"