:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
  14°C bezchmurnie

Przez życie śpiewająco

Informacje, Przez życie śpiewająco - zdjęcie, fotografia

Pani Agacie Karpińskiej z Głubczyna pieśni i piosenki bliskie są od dziecka. Były sposobem na zabawę, naukę języka polskiego, ale przede wszystkim dawały ukojenie i nadzieję w trudnych momentach, jak choćby wtedy gdy nastała wojna

"Z Bogiem, z Bogiem każda sprawa, tak mawiali starzy. Kiedy wezwiesz jej pomocy, wszystko ci się zdarzy. Idziesz w drogę, chociaż krótką, z Bogiem wychodź z progu, a gdy wrócisz, niech szczęśliwie, to podziękuj Bogu...” Tak sobie jeszcze czasami nucę, jak usiądę na dworze na słoneczku...

– mówi pani Agata, która w marcu będzie obchodzić 90 urodziny.

Więcej kiedyś śpiewałam

– dodaje. A „kiedyś” słuchać jej można było przede wszystkim w kościele parafialnym w Głubczynie, który był dla niej niczym drugi dom. Pani Karpińska znała na pamięć prawie wszystkie pieśni.

O, kilkadziesiąt to na pewno! Mam też śpiewniki i w zeszytach sobie niektóre zapisywałam. Może przyda się jeszcze komuś

– mówi, sięgając do szuflady, a po chwili nucąc kolejną z nich. Tej nauczyła się jako dziecko, w jedynej polskiej szkole we wsi:

„Hej w Głubczynie jezioro, za jeziorem ciemny las. Drużyna nasza godłem się obrała, a jezioro cieszy nas...” To jeszcze nauczyciel Gliszewski nas uczył. My śpiewaliśmy, on grał na skrzypcach

– wyjaśnia.

Dzieci widzą inaczej

Agata Karpińska (z domu Ciżmowska) urodziła się w Radawnicy w 1928 roku. Razem z mamą Antoniną (z domu Bożych, pochodzącą ze Sławianowa), tatą Marianem i czwórką rodzeństwa mieszkali we dworku. Musieli go jednak opuścić. Był to ziemski majątek, w którym ówcześnie dochodziło do licznych podpaleń. Dziadek pani Agaty był stróżem nocnym, robiło się zatem niebezpiecznie. Ciżmowscy postanowili opuścić rodzinny dom. Zanim to jednak zrobili pan Marian, szukając nowego, zjeździł rowerem niemal cały powiat złotowski. Tym sposobem trafił do Głubczyna. Pracę znalazł w parafii u księdza Maksymiliana Grochowskiego, u którego doglądał zwierząt. Pani Agata miała wtedy 8 lat.

Życie w nowej miejscowości było dobre

– zapewnia nasza rozmówczyni. Ewangelicy i katolicy żyli w zgodzie. Na podwórku rozmawiało się po niemiecku, a w domu po polsku. Nie było wrogości, wszyscy byli zgodną społecznością. We wsi funkcjonowały aż trzy szkoły. Pani Agata, Polka z krwi i kości, trafiła do tej polskiej, którą utworzył ksiądz proboszcz. Placówka mieściła się w budynku należącym do pana Wojciecha Hermanna. Wtedy było to dla Polaków bardzo ważne miejsce. Tutaj podtrzymywali swoją polskość, ucząc jej kolejne pokolenia. Wiedzę młodym mieszkańcom Głubczyna przekazywali Julian Gliszewski oraz Alojzy Biedrzycki. Pani Agata zapamiętała ich doskonale, mimo że do szkoły uczęszczała zaledwie 3 lata. Gdy wybuchła wojna, uczyli się potajemnie. Nie trwało to jednak długo: wieś była pełna niemieckich żołnierzy, zatem stało się to ryzykowne. Nasza rozmówczyni zapewnia jednak raz jeszcze, że mimo wszystko między mieszkańcami nie było agresji. Wyjątek stanowiło jednak Hitlerjugend, które traktowało Polaków, swoich sąsiadów, już zupełnie inaczej.

Nie raz szyby powybijali. Mama też się bała, zawsze zastawiała okna deskami

– wspomina 89–latka. Ostatecznie pani Agata trafiła do szkoły katolickiej, gdzie obecnie mieści się podstawówka.

Mama została zmuszona. Gdyby nas nie posłała do niej, dzieci zostałyby doprowadzone do szkoły przez policję. Poza tym straszyli ją, że na Sybir nas ześlą. Wiele polskich rodzin zresztą z Głubczyna wywieziono

– mówi. Dorośli nie byli wolni od strachu. Dzieci natomiast, jak na ówczesne okoliczności, radziły sobie doskonale.

My znaliśmy niemiecki, było nam zatem łatwiej. Pamiętam jak dziś, jak cały Głubczyn był wypełniony od wojska. Tu, wzdłuż tej głównej drogi jeden samochód za drugim stał. A na górce koło kościoła były czołgi i składy amunicji. My tam chodziliśmy, gadaliśmy z tymi żołnierzami. Pozwalali nam wejść, zobaczyć, bylebyśmy tylko broni nie dotykali

– wspomina.[[pay]]

Kościół – drugi dom

Pani Agata i jej rodzeństwo zawsze byli blisko kościoła i to dosłownie. W czasie wojny zamieszkali w budynku wielorodzinnym znajdującym się tuż przy parafii, gdzie mieszkał także jej przyszły mąż, Bernard Karpiński. Dziś pani Agata również mieszka przy parafii, ale już w nowym domu. Miłość do Boga, a także Ojczyzny już od początku, jak tylko Ciżmowscy pojawili się w Głubczynie, wpajał im ks. M. Grochowski. Pani Agata Pierwszą Komunię Świętą odebrała właśnie od niego.

Zapamiętałam go jako takiego szczupłego, wysokiego mężczyznę. Był bardzo miły i otwarty do dzieci. Do wszystkich, zarówno do polskich jak i niemieckich. Jak dziś pamiętam gwiazdkę, którą zorganizował z nauczycielami w naszej szkole. Przyszli rodzice, dziadkowie, a nawet ci starsi, co to ich dzieci i wnuki na wojnę pozabierali. Cała sala była pełna, aż się ludzie nie mieścili

– wyjaśnia. Pani Agata doskonale pamięta czas krótko przed jego aresztowaniem.

Była msza święta. Zawsze odprawiana dla Niemców i Polaków. Organistą był Niemiec. Gdy się już kończyła ksiądz Grochowski zawtórował pieśń po polsku. Zaczęliśmy śpiewać, organy przestały grać. Wszyscy Niemcy wyszli

– wspomina. Potem w jej pamięci utkwił już tylko pogrzeb ks. Grochowskiego. Jej brat był wtedy odpowiedzialny za dzwony. Uroczystość oglądali zatem z dzwonnicy, ale nie dlatego, że tak chcieli: po prostu się bali. Teren otoczony był przez żołnierzy niemieckich.

Było widać, jak niektórym z nich to nie odpowiada, że czują się źle w tej sytuacji. Wielu żyło z księdzem w zgodzie, był dla nich dobry – zauważa 89–latka. I taki też pozostał w pamięci wielu mieszkańców Głubczyna, bez względu na ich narodowość, a nawet wyznanie

– zapewnia seniorka. Po księdzu Grochowskim probostwo objął ks. Marcin Kluck, któremu rodzina Ciżmowskich nadal pomagała, a przede wszystkim młodszy brat pani Agaty. Ich głównym zadaniem było uderzanie w dzwon. Zawsze rano, w południe i wieczorem.

Mieliśmy klucz. Jak rano siostra szła do pracy, to ona dzwoniła. Klucz odkładała na parapet przy takim okienku w kościele. Mama później mnie po niego wysyłała

– wspomina pani Agata. Pewnego dnia Niemcy zabrali jednak dwa dzwony, podobno mieli je przetopić na amunicję. Tym sposobem został tylko jeden duży i mała sygnaturka (najmniejszy dzwon).

Pamiętam taki żart, który opowiadał nam ks. Maciej Śliwa [kolejny proboszcz po ks. M. Klucku – przyp.red.].: Młode dziewczyny jak szukają kawalera to mówią: Albo ten, albo ten. Później, jak już są starsze, to: Tylko ten, tylko ten. I tak jak był ten drugi dzwon to też: Tylko ten, tylko ten. A w końcu jak została sygnaturka: Byle jak, byle jak. Co my się naśmiałyśmy z księdzem

– mówi pani Agata. Dzwony nigdy nie wróciły na swoje miejsce, choć krążą plotki, że na amunicję też nie trafiły. W ich miejsce, już po wojnie, zamontowano dzwony z Augustowa i kościoła ewangelickiego w Głubczynie.

Początek końca

Wojna we wsi zaczęła kończyć się zimą 1945 roku. Znakiem było czerwone nocą niebo nad Nakłem i niewyobrażalny huk. Radzieccy żołnierze zbliżali się. Niemcy, ten kto mógł, uciekali na zachód. Część nie miała jednak czym. Rodzina Ciżmowskich raczej się nie bała. W końcu są Polakami. Jak zauważa jednak pani Agata, to był błąd.

Wpadli do naszego domu. Kazali mamie kurę zabić i zrobić rosół. Potem wszyscy musieliśmy usiąść z nimi do stołu. Jak dziś pamiętam wielką bańkę do mleka, w której mieli wódkę. Cztery tygodnie u nas byli, jak nie lepiej. Młode dziewczyny chowały się wtedy po stodołach. Ja z siostrami również. Oj, co to była za hołota, co wódka z ludźmi robi... Nie mogli znaleźć młodych, to się za stare wzięli. Dwie starsze dorwali, 55– i 60–latki. Na tę starszą kilku się rzuciło. Na drugi dzień pamiętam jak krwawiła i płakała

– wspomina pani Karpińska. Ostatecznie przed radzieckimi żołnierzami rodzina uciekła do Starego. Było to 5 lutego, w imieniny pani Agaty. Wieś i okolicę spowijała gęsta mgła. Tego samego dnia, szukając panien, radziecki żołnierz zabił sąsiadkę, matkę pięciorga dzieci. Wszystko widziała jej 2–letnia córka. Po tym właśnie zdarzeniu, w obawie o swoje życie, Ciżmowscy uciekli. Wrócili dopiero po tygodniu. W domu prawie nic nie zostało. Żołnierze zabrali wszystko, a jak nie mogli, to zniszczyli.

Obraz Jezusa zostawili tylko nietknięty

– zauważa pani Agata.

Trudna normalność

Po wojnie rodzina był znowu prawie w komplecie. Powrócił z niej tata pani Agaty. Najstarszy brat Bernard niestety zginął pod Monte Casino w 1944 roku. W tym samym czasie zmarł także jej dziadek. Pierwsze lata były trudne. Nie było co jeść. Rodzina na początku mieszkała u Burdów, u ówczesnego sołtysa. Siostra pani Karpińskiej wyszła za jego syna. Ostatecznie poszli jednak na swoje. Pani Agata, chcąc pomóc rodzicom, zdecydowała się na naukę. Postanowiła zostać przedszkolanką.

Otwierałam to nasze przedszkole. Na początku miałam jakieś 30 dzieci. Ciężko było, bo nic tam nie zostało. Ruscy wszystko rozkradli. Jeździłam zatem do Złotowa rowerem do inspektora i prosiłam o to, aby coś tutaj do nas dał. Pomogli też miejscowi. Ktoś tam ławkę zrobił, ktoś krzesełka. W 1950 roku zrezygnowałam jednak z tej pracy. Nerwy dawały o sobie znać. Serce po trudach wojny nie dawało rady

– wyjaśnia. Pani Agata postanowiła zatem poświęcić się rodzinie. Razem z mężem Bernardem doczekali się 6 dzieci. Pierwsza córeczka niestety żyła zaledwie dwie godziny. Pani Karpińska, mając 55 lat, straciła męża.

To było bardzo dobre małżeństwo

– wspomina. Cały czas otaczają ją jednak wnuczęta, których ma aż 11 i prawnuczęta, niedługo urodzi się 10. Pani Agata nie śpiewa tyle co kiedyś. Twierdzi, że to już nie ten głos. Przez całe życie muzyka jednak jej nie opuszczała.

Pamiętam, jak wieczorami mama siadała, wyciągała śpiewniki i razem śpiewaliśmy

– mówi. Dzięki pieśniom nawet te najtrudniejsze momenty udawało się przetrwać. Piosenki niosły nadzieję, pozwalały zapomnieć o tym co złe... chociaż na chwilę. Co ważne, dzięki nim mała Agata i jej rówieśnicy pielęgnowali polskość. Zawsze gdy tylko zanucili: Hej w Głubczynie jezioro, za jeziorem ciemny las... wiedzieli, że są u siebie, we własnym domu.[[/pay]]


Przez życie śpiewająco komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się