Uśmiech, proszę! - czyli jak Monika Tadych radzi sobie z najmłodszymi przed obiektywem aparatu

Czy wszystkie dzieci podczas sesji zdjęciowych są grzeczne?

Monika Tadych upodobała sobie fotografię dziecięcą i rodzinną. Poza tym dokumentuje też działalność Gminnej Rady Kobiet, której jest skarbnikiem
Monika Tadych upodobała sobie fotografię dziecięcą i rodzinną. Poza tym dokumentuje też działalność Gminnej Rady Kobiet, której jest skarbnikiem

Kiedy ponad cztery lata temu rozmawialiśmy o tym, że nie zamierzasz się ubiegać o reelekcję do Rady Miejskiej w Łobżenicy było to podyktowane m.in. większą chęcią poświęcenia się zainteresowaniom. To od tego momentu na poważnie wzięłaś się za fotografowanie?

Aparat towarzyszył mi od zawsze. Ilość robionych zdjęć rosła natomiast razem z naszymi synami. Chciałam dokumentować każdy ważny moment w ich życiu. Jednak poza wartością sentymentalną w tych fotografiach czegoś mi brakowało. Impuls, że też chcę robić ładne, dobre zdjęcia przyszedł, gdy oglądaliśmy efekty sesji ciążowej, którą robiła mi koleżanka, zajmująca się fotografią zawodowo. Potem, gdy Olek się urodził, robiła zdjęcia całej naszej rodziny. Pomyślałam sobie: też tak chcę, chcę, żeby moje zdjęcia wyglądały równie profesjonalnie co jej. Niedługo potem zapisałam się na kurs. Najpierw podstawowy.

Opis zdjęcia

Teren wokół domu często służy za plener. Sad, las,  łąka to miejsca, które Monika Tadych wykorzystuje w swoich sesjach

Czy za stwierdzeniem: aparat towarzyszył mi od zawsze kryje się fakt, że Twój tata przez lata zawodowo zajmował się sprzętem fotograficznym? To on zaszczepił u Ciebie to zainteresowanie?

W jakimś stopniu na pewno. Tata prowadził sklep Fotooptyka, jedyny taki w Grudziądzu. To była państwowa sieć, z towarem mocno deficytowym w postaci: filmów, papieru, chemii fotograficznej, sprzętu. Często tam zaglądałam. Uwielbiałam na przykład segregować slajdy z bajkami do projektorów Ania, bo takie zestawy też mieliśmy w sprzedaży. Studia tam nie było, laboratorium również nie. Sprzęt natomiast zawsze był obecny. Głównie krajowy, enerdowski bądź radziecki. Mocno się to pozmieniało w latach 90-tych, gdy weszła prywatyzacja i napłynęły produkty z dalekiego wschodu. Szałem były tzw. „małpki”, czyli niewielkie aparaty z mniej lub bardziej rozbudowaną automatyką. W sezonie komunijnym szły jak świeże bułki. Raz, jako prezenty, dwa, by uwiecznić te ważne dla rodzin chwile. Wtedy też byliśmy zasypywani filmami do wywołania. Zbierało się zamówienia i jechało do Kodaka do Bydgoszczy. Wówczas wszyscy zachwycali się kolorami tych zdjęć, ich jakością, która na tle dzisiejszego sprzętu wypada raczej blado. Było za to znacznie lepiej niż w PRL-u. Ja też miałam taką „małpkę”. To był mój pierwszy, własny aparat, jedyny w całej klasie, który zabierałam na wszystkie wycieczki. Nim robiłam swoje pierwsze, samodzielne zdjęcia.

Dlaczego Twoją domeną są sesje dziecięce, rodzinne? Mam wrażenie, że tę działkę w fotografii zdominowały kobiety. Tak faktycznie jest?

Jak wspominałam, zaczęło się od naszych dzieciaków. Potem były warsztaty, lepszy aparat, kolejne obiektywy, następne warsztaty, kolejny sprzęt... Gdy miałam już większe doświadczenie i


Pozostało jeszcze 74% tekstu
Zaloguj się i zostań stałym Czytelnikiem

...

To tylko fragment artykułu (pozostało 8995 znaków). Aby czytać dalej ...

Subskrypcja na portalu

Zyskaj już dziś pełnie możliwości jakie oferuje nasz portal.

Wykup subskrypcję

Już dziś zyskaj pełnie możliwości jakie oferuje nasz portal.

Subskrypcja na portalu