:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
USUNIĘTE Informacje, Zapach śmierci - zdjęcie, fotografia

Obcują z ofiarami wypadków, samobójcami, zamordowanymi. Pracują w sytuacjach, jakich przeciętny człowiek nie chciałby doświadczyć, których samo wyobrażenie przyprawia o ciarki

Rozlega się dźwięk syren. Pogotowie, policja, straż jadą do akcji. Ktoś potrzebuje pomocy, ktoś umiera. Do ofiar jadą ludzie, którzy w swojej pracy regularnie stykają się ze śmiercią. Niekiedy tragiczną. Gdy na pomoc jest za późno, na miejscu tragedii pojawiają się ci, którzy przyjechali odebrać zwłoki. Pochówek, ciało trafia do ziemi.

Prochem jesteś i w proch się obrócisz

– powie na koniec ksiądz podczas pogrzebu. Każdy spośród tych, którzy próbują nieść pomoc lub towarzyszą martwym w ich ostatnich ziemskich drogach musi radzić sobie z ciężkim bagażem. Zakodowane w pamięci drastyczne obrazy, trauma, przygnębienie – to niemal ich codzienność.

Zostaje na zawsze

Na pierwszej linii z reguły są strażacy.

Chodziliśmy koło tej starszej kobiety i nie mogliśmy jej znaleźć. W takich warunkach trudno określić, gdzie jest ciało. Wtedy w komendzie nie mieliśmy jeszcze na stanie kamery termowizyjnej. Budynek był bardzo mocno zadymiony. Priorytetem było dotarcie do źródła ognia, bo temperatura była tak ogromna, że maski przyklejały się do twarzy. Dopiero po ugaszeniu ognia i oddymieniu okazało się, że kobieta leżała pod stertą pościeli i papierów

– Michał Falba przyznaje, że widok i zapach spalonego ciała są specyficzne. Zakrzewianin pracuje jako zawodowy strażak w złotowskiej komendzie, ale jest też druhem w zakrzewskiej OSP. Mimo młodego wieku sporo już widział.

Połowa ciała została, a połowa była spalona w proch

– wspomina inne zdarzenie.

W pamięci utkwił mu również obraz chłopca, który zginął w wypadku. Jechał skuterem, doszło do zderzenia z samochodem.


Czytasz artykuł premium. Pozostało jeszcze 95% tekstu[[pay]]

W głowie chyba już na zawsze zostanie wizerunek tego dziecka i ogromnej rozpaczy jego rodziców. W takich sytuacjach łzy mimowolnie pojawiają się też w twoich oczach. Straszne jest uczucie, że nie możesz już pomóc. Później jest jeszcze dom, w którym przez jakiś czas trzeba mierzyć się z myślami. Człowiek próbuje jak najszybciej zapomnieć, ucieka od tego do innych rzeczy

– Falba jest przekonany, że nawet po latach obcowania ze śmiercią wciąż robi ona wrażenie.

Jakby było to wczoraj

Ponad dwadzieścia lat minęło od jednego z najtragiczniejszych pożarów w Złotowie. To były początki pracy Kazimierza Wiebskowskiego. Na ulicy Mokrej w płomieniach zginęły trzy osoby. Strażacy wyciągali z poddasza budynku ciała.

Jak złapaliśmy ich za ręce, skóra i mięśnie, wszystko się zsunęło. Zostały same kikuty, tylko kości wystawały. Oni nie tyle się spalili, co ugotowali. Chcieliśmy przełożyć ich na nosze, ale trzymaliśmy w rękach jedynie skórę.

Jak mówi Kazimierz Wiebskowski, takie zdarzenia tak dokładnie zapisują się w pamięci, że nawet po latach jest w stanie w szczegółach odtworzyć ich przebieg. Kilkanaście lat temu wspólnie z kolegą oświetlali obszar działań, na którym znaleziono ciało kobiety. Była to sprawa wciąż niewyjaśnionego morderstwa.

Do dzisiaj wszystko szczegółowo pamiętam. Kiedykolwiek bym tamtędy nie jechał, patrząc na ten zjazd w las, w ten zakręt, mogę powiedzieć, co gdzie było, gdzie leżała ta kobieta, jaka była pogoda, gdzie zaparkowałem samochód. Za każdym razem mam to wszystko przed oczami. Jakby to było wczoraj. Wtedy był tam świerkowy zagajnik, teraz to miejsce inaczej wygląda. Nie można tego wymazać z głowy

– przekonuje. Łzy w strażackich oczach?

Oczywiście, że się zdarzają

– Wiebskowski pamięta, jak jeszcze w trakcie gaszenia pożaru na alei Piasta sprzed kilku lat, nie można było opanować wzruszenia na myśl o kolegach–strażakach, którzy ucierpieli w akcji. W tym przypadku do śmierci na szczęście nie doszło.

Uodporniony

Gdy strażacy wydobędą ofiary z pożaru czy zakleszczonego samochodu, trafiają one w ręce lekarzy i ratowników medycznych. Karol Godlewski nie ma lęku przed wyjazdami do takich zdarzeń.

Najgorzej było na początku

– ratownik medyczny do dzisiaj doskonale pamięta jedno z pierwszych zdarzeń w swojej pracy: obraz kobiety, która na klatce schodowej leżała z roztrzaskaną młotkiem głową.

Tamten widok rzeczywiście robił straszne wrażenie

– ratownik zapamiętał szczegóły, nad którymi nie chce się jednak rozwodzić. Wypadki, połamania, zdeformowane ciała nie wzbudzają w nim już tak wielkich emocji jak kiedyś. Zdobyte doświadczenie zawodowe sprawiło, że jest „uodporniony”, podobnie jak jego koledzy. Muszą tacy być, żeby jak najlepiej wykonywać swój zawód.

Zgony, zwłaszcza te naturalne, nie robią już takiego wrażenia jak na początku kariery zawodowej. Po latach pracy człowiek rozumie, że śmierć to naturalna część życia. Obrazy z wypadków też nie powodują u mnie traumy

– twierdzi. Choć przyznaje:

Czasami rzeczywiście są to nieciekawe, wręcz drastyczne widoki. Na ciała działają przecież ogromne siły kinetyczne. Bywają bardzo zdeformowane, nienaturalnie ułożone, ale jesteśmy na to przygotowani.

Dramatyczne skutki zdarzeń czasami bardzo utrudniają pracę, gdy ofiary żyją. Każda sekunda jest wtedy na wagę życia, a sama ofiara, która w cierpieniu i szoku nie zawsze zachowuje się racjonalnie, bywa że „przeszkadza” w niesieniu pomocy. Z takich zdarzeń Godlewski opowiada o wypadku chłopaka, który wbił się samochodem w drzewo. Ratownik najechał na zdarzenie prywatnym autem, nie był akurat w pracy.

Kończyny miał mocno zdeformowane, miały złamania w kilku miejscach, w tym otwarte. Chłopak żył jeszcze, ruszał się, ludzie to obserwowali i nie mogli patrzeć

– ratownik wspomina, jak próbowali pomóc nie mając przy sobie specjalistycznego sprzętu. W tym przypadku pomoc bez sprzętu musiała się ograniczyć do zabezpieczenia miejsca wypadku, wezwania odpowiednich służb i próby utrzymania kontaktu z poszkodowanym.

Gdy nie można już pomóc

Nie mógł inaczej pomóc też z tego względu, że ofiara była zakleszczona. Dopiero po przyjeździe strażaków udało się wyciągnąć chłopaka, który zmarł w drodze do szpitala.

Będąc w szoku, ruszał kończynami z poważnymi obrażeniami, co niosło ryzyko pogłębienia tych urazów. Ludzie często nie słuchają w takich sytuacjach tego, co mówią strażacy, lekarze czy ratownicy

– Karol Godlewski widział przypadki, kiedy krótko po zdarzeniu ofiary wypadków chodziły wokół miejsca zdarzenia, opowiadały, że muszą załatwić sprawy związane z ubezpieczeniem auta, bagatelizowały dolegliwości, a później okazywało się, że miały bardzo poważne wewnętrzne urazy.

Pod wpływem silnych emocji i adrenaliny niektórzy potrafili chodzić z poważnymi urazami kończyn dolnych

– wspomina.

Pomimo odpornej psychiki ratownik również zarejestrował obrazy, które prawdopodobnie będą z nim już zawsze. Dotyczą przede wszystkim nieoczekiwanej śmierci, zwłaszcza dzieci.

Mam trójkę swoich, więc być może trochę łatwiej mi wyobrazić sobie, co mogą czuć w takich momentach rodzice, lecz z pewnością nie jestem w stanie w pełni zrozumieć tych uczuć. Pewnie dlatego do dzisiaj tak dobrze pamiętam siedmioletnią dziewczynkę, która umarła po zatruciu muchomorem sromotnikowym. Gdy do niej przyjechaliśmy nastąpiło już zatrzymanie krążenia

– ratownik zapewnia, że o ile umierającemu dorosłemu niosąc pomoc daje się 100% siebie, tak dziecku 150%.

Najbardziej dramatyczne jest w takich przypadkach dojście do takiego momentu, kiedy zdajemy sobie sprawę, że nie jesteśmy w stanie już pomóc, że nasze działania nic więcej nie dadzą. Straszne jest to, co później dzieje się z rodzicami. Nie wiem, czy to jest w ogóle do opisania.

Bliżej mi do faceta

Młoda ofiara leżała pod samochodem. Nie było możliwości przyczepienia monitora EKG, dopiero trwało wydobywanie ciała spod auta. Pamiętam, jak bardzo szukałam tętna, przykładając rękę. Pragnienie jego znalezienia było tak ogromne. Człowiek nie wierzy, że go nie ma. Jeszcze raz szuka i sprawdza, może będzie z drugiej strony. Nie wyczułam go, mimo że bardzo chciałam je znaleźć

– wspomina Ewa Manthey. Ma za sobą szesnastoletni staż pracy jako ratownik medyczny. Co mówi o swojej psychice?

Chyba bliżej mi już do faceta

– stwierdza po latach pracy.

Na pewno trzeba być odpornym, każdy musi znaleźć swój sposób, żeby z tym sobie radzić. Inaczej nie dałoby się pracować. Bo zapomnieć też się nie da

– twierdzi.

Dziwne, że ludzie są tak ciekawi tragicznych widoków. Pamiętam sytuację z wypadku, gdzie pod kołami ciężarówki zginęła starsza kobieta. Z policją i strażą tak obstawiliśmy miejsce, że praktycznie nic nie było widać. Pewien mężczyzna był tam z chłopcem, który miał góra pięć lat. Zaglądał, mówiąc: „zobacz, synek”. Nie wytrzymałam i zwróciłam uwagę

– Ewa Manthey potwierdza, że gapie potrafią wejść na plecy, a że Złotów to małe środowisko, często, nawet w sklepie, ludzie zaczepiają ją i wypytują o szczegóły zdarzeń. Bardzo ją to irytuje.

Ta praca to nie tylko wypadki, ale też przestępstwa, samobójstwa, śmierć ludzi, którzy zmagają się z przewlekłymi chorobami

– nasza rozmówczyni wyznaje, że zdarza się, iż bezradność, niemożność niesienia pomocy rozkładają ręce.

Są chwile, kiedy poczucie, że jest na tym świecie tyle niesprawiedliwości jest bardzo silne. Do tego stopnia, że gdy patrzy się na takie rzeczy, wątpi się w istnienie Boga. Na szczęście chwilowo. Wiary, mimo wszystko, nie straciłam.

Karol Godlewski i Ewa Manthey nie są w stanie policzyć osób, które odchodziły na ich oczach bądź były już martwe po dotarciu na miejsce zdarzenia.

Niestety nawet po najbardziej traumatycznych sytuacjach nie mamy zapewnionego wsparcia psychicznego, jak np. strażacy. Sami musimy z tym sobie radzić, również z tymi najtrudniejszymi historiami

– przyznaje K. Godlewski.

To był przełom

Z najbardziej drastycznymi przypadkami miał do czynienia Krzysztof Sypniewski. W złotowskiej policji przepracował osiemnaście lat, z czego dwanaście w wydziale kryminalnym jako technik. Śmierć stanowiła codzienność jego pracy, której celem było opisywanie, dokumentowanie i odtwarzanie zdarzeń. Większość przypadków emerytowany funkcjonariusz do dzisiaj ma w pamięci. Najbardziej traumatyczne? Oczywiście te z udziałem dzieci. O morderstwie we Franciszkowie Sypniewski nie chce opowiadać.

To był przełom

– mówi, że po tym zdarzeniu zaczął myśleć o porzuceniu obowiązków. Zabiegał o stanowisko szefa policji w Krajence, ale przełożeni wpłynęli na niego i do chwili przejścia na emeryturę wytrwał w fachu. Zawodzie, który do dzisiaj go zresztą fascynuje. Nawet na emeryturze czyta, ogląda, zgłębia tajniki związane z pracą techników kryminalistyki. Choć potwierdza, że psychika była wystawiana na ekstremalne doświadczenia.

Robiliśmy oględziny miejsca, w którym utonęło dwuletnie dziecko. To była działka położna blisko rzeki. Widzieliśmy ścieżkę obejścia tego dziecka na miękkim gruncie, do dzisiaj pamiętam ślady małych stóp. Prowadziły w stronę mostku, na którym się urwały. Jakieś 200–300 metrów dalej znaleziono ciało, w krzakach wystawało ponad powierzchnię wody

– były funkcjonariusz przypomina sobie, jak po powrocie z miejsca tragedii w progu domu witały go, będące w zbliżonym wieku, jego dzieci.
Doskonale pamięta też wezwanie do ciała kobiety zagryzionej przez psy.

Był tam okrąg psich śladów. W środku leżało rozszarpane ciało

– opowiada.

Obiektywna rzeczywistość

Były policjant szczegółowo pamięta zwłoki samobójcy, które kilka miesięcy wisiały w lesie.

Była zima, ciało się nie rozkładało. W pewnym sensie było zakonserwowane. Wisząc przez dłuższy czas mężczyzna stracił jednak oczy, uszy, zwłoki były ogryzione.
Jak jednak podkreśla, najdrastyczniej wyglądają truchła topielców, które przez dłuższy czas przebywają w wodzie. Choć zdarza się, że po wyciągnięciu z wody nie są w tragicznym stanie. Za to…

– gdy dostaną pokojowej temperatury, pośmiertny rozkład następuje dosłownie w oczach. To jest kwestia godzin i zwłoki wyglądają dramatycznie.

Jak Krzysztof Sypniewski trafił do zawodu?

Trzeba mieć określone predyspozycje do robienia dobrych zdjęć czy opisywania i dokumentowania zmian w obiektywnej rzeczywistości. Takie osoby są weryfikowane przez przełożonych. Komendanci jednostek decydują, kogo oddelegować na wolny etat technika kryminalistyki. Wyjazdy na wszelkie zdarzenia, ich opisywanie, do tego dokumentowanie sekcji zwłok czy okazania ciał w obecności najbliższych, którzy je identyfikowali, to te najdramatyczniejsze i najbardziej przygnębiające sceny. To, że ginęli ludzie to jedno, ale jeszcze trudniejsze było mierzenie się z tym, co przeżywali ich bliscy. To bardzo ciężka służba

– podkreśla przede wszystkim aspekt nieustannie obciążonej psychiki.

To wszystko w jakiś sposób odbijało się również na moim rodzinnym życiu. Zdarzało się, że nie było mnie w domu dwie doby.

Poduszka dla zmarłego

Do działania przystępują zakłady pogrzebowe. Nie każdy nadaje się również do tej pracy.

Na początku nie mogłem przywyknąć. Bałem się nieboszczyków

– były pracownik jednego z zakładów pogrzebowych ma zakodowany obraz, gdy jechali po zwłoki mężczyzny, który zmarł przy stole, przy butelce.  Pamięta też pogrzeb, na którym nie wszyscy bliscy zdążyli pożegnać się ze zmarłą, a na uroczystość dotarli dopiero na kościelną część ceremonii. Ksiądz zezwolił na otwarcie trumny. Wieko z trudem się unosiło. Okazało się, że jeden z jego elementów zahaczył o pierścionek czy obrączkę. Ręka nieboszczki uniosła się do góry razem z wiekiem. Otwierający trumnę nie widzieli tego, słyszeli jedynie pomruk obecnych na mszy. Jego kumulacja nastąpiła, gdy ręka z impetem opadła na ciało. Dopiero po pogrzebie szef firmy wyjaśnił im, co stało się w chwili otwierania trumny. Pomimo upływu lat mężczyzna doskonale pamięta też zapach, jaki czuł w samochodzie, gdy przewozili zwłoki mężczyzny, który kilka miesięcy przeleżał martwy w jednym ze złotowskich mieszkań. Kilkukrotnie zatrzymywali samochód, żeby złapać świeży oddech.
Mówią pracownicy innego zakładu.

Nie każdy się do tego nadaje

– mężczyzna jest w branży od jedenastu lat.

To nie jest przyjemna praca, tym bardziej, że zwłoki bywają w różnym stanie. Na początku też nie mogłem patrzeć na nieboszczyków

– potwierdza jego kolega, który przy zwłokach pracuje od 23 lat.

Ludziom źle się kojarzą czarne worki, w które zabieraliśmy ciała. Dlatego od jakiegoś czasu zamieniliśmy je na białe

– dodaje trzeci w tym gronie, najmłodszy z trójki, zarówno wiekiem jak i stażem.

Niektórzy bliscy zmarłych życzą sobie, żeby przed odebraniem ciała z domu od razu wkładać je do trumny i czasami można spełnić takie życzenie. Najgorzej, gdy nie ma możliwości, żeby przejść

– pracownik firmy przyznaje, że worek daje wtedy jedyną możliwość przeniesienia ciała do karawanu.

Czasami ludzie chcą, żeby przenosić zwłoki w kołdrach, kocach, dają poduszki, żeby zwłoki były wygodnie ułożone. Często ludzie do samego końca troszczą się o bliskich

– podkreśla.

Szacunek do ciała

Nasi rozmówcy przyznają, że nawet w rutynie zdarza się lęk.

Trochę mnie to przeraziło. W pomieszczeniu było zupełnie ciemno. Weszliśmy z kolegą, widać było, że ktoś leży na wersalce. Bliżej się przyjrzałem: czarnoskóry. Zobaczyłem murzyna, a te zwłoki były już po prostu w takim stanie, że twarz zrobiła się czarna, opuchnięta. Wiadomo, zapach też był straszny. Jak przyjechałem do domu wszystko musiałem ściągnąć, od razu do prania. Nie dało się wytrzymać

– opowiada o odbiorze jednych ze zwłok.

Prawie zawsze, gdy nieboszczyk leży jakiś czas w danym miejscu, czuć ten specyficzny zapach. Zwłaszcza, gdy się go ruszy

– potwierdza drugi z mężczyzn.

Jeden z kolegów był tak wrażliwy na ten zapach, że jak tylko czuł, od razu słabo się czuł

– dodaje.

Wiele zależy od tego, gdzie leży ciało, w jakiej temperaturze, jaką człowiek miał chorobę.

Nasi rozmówcy zauważają, że najczęściej nie wiedzą, po kogo jadą. Znają jedynie adres.

Pojechaliśmy po osobę zmarłą na raka. Ułożyliśmy ciało w worku, zanieśliśmy do karawanu. Zaczęliśmy spisywać dane, bo trzeba wypisać kartę zgonu. Dopiero jak zobaczyłem dowód, okazało się, że to moja dobra znajoma. Była tak zmieniona przez chorobę, że nie byłem w stanie jej poznać. Przeszły mnie wtedy ciarki

– młodszy mężczyzna doskonale pamięta też swoją pierwszą wizytę w prosektorium…

Dziwnie się czułem, widząc, ile leży w nim ciał.

Jego starszemu koledze łamie się głos na wspomnienie sytuacji, gdy z Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie przewoził ciało malutkiego dziecka.

Było maksymalnie tej wielkości

– rozkłada dłonie na szerokość 40–50 centymetrów.

Kiedyś z wypadku odbieraliśmy trzy osoby naraz, w tym dwie młode

– to kolejne z zapisanych w jego pamięci zdarzeń.

Obojętnie, czy to ciało młodego człowieka, czy starego, zawsze mamy do nich taki sam szacunek, delikatnie się z nimi obchodzimy

– zapewnia.

Niektórzy się nadają

Jako że to jeden z najstarszych stażem pracowników w zakładzie, pamięta czasy, gdy firma, w której pracuje jeździła odbierać zwłoki prokuratorskie: z wypadków, zdarzeń kryminalnych, samobójstw.

Nie było wyjścia. Taka była praca. Jak kogoś przejechał pociąg, trzeba było jechać i zbierać kawałki ciała

– nie wspomina dobrze tego okresu.

Zdecydowanie lepiej podjechać po nieboszczyka do domu, przewieźć go do kostnicy i oszczędzić sobie widoków

– przyznaje. Mężczyźni nie chcieliby, aby ich firma ponownie weszła we współpracę z prokuraturą.

Od kilku lat umowę w tym zakresie ma podpisaną z Prokuraturą Rejonową w Złotowie firma Kalia z Łobżenicy. Dyspozycyjność 24 godziny na dobę.

Nie rozpoczęliśmy tej współpracy z marszu. Od kilkunastu lat prowadzimy zakład pogrzebowy, więc mieliśmy styczność ze zmarłymi. Gdy przez jakiś czas człowiek w pewien sposób obcuje jednak ze śmiercią, na więcej jest przygotowany. Owszem, te zgłoszenia mają inny charakter, ale jakby nie patrzeć, są to osoby zmarłe. Można więc mówić o jakimś przyzwyczajeniu. Choć faktycznie, początki były najgorsze

– przyznaje właściciel firmy, Mieczysław Galica. Nie wszyscy jego pracownicy nadają się do tych obowiązków, wie o tym i nie wszystkim to proponuje.

Mam jednak dwóch chłopaków, którzy razem ze mną wykonują te zadania. Od początku wiedziałem, że psychicznie zdołają temu podołać. Mimo wszystko do wszystkiego można jakoś przywyknąć. Największy lęk tworzy wyobraźnia, obawa jest przed nieznanym. Jak się w tym siedzi, jest inaczej –

Mieczysław Galica twierdzi, że ludzkie ciało w zasadzie w żadnym stanie nie robi już na nim większego wrażenia.

Te najtragiczniejsze widoki mają jednak strażacy czy ratownicy, gdy wyciągają żyjących jeszcze ludzi czy zwłoki. My tylko je przewozimy. Inna sprawa, że wiele z tego widzimy i nie jest to przyjemne.

Dokładnie zaplanowane samobójstwo

Mimo wszystko śmierć młodych ludzi czy tym bardziej dzieci zawsze przyprawia o ciarki. Pamiętam historię, gdy ojciec udusił córkę i popełnił samobójstwo. Gdy odbierałem tę dziewczynkę mimowolnie od razu pomyślałem o mojej wnuczce.

Spostrzeżenia po latach pracy?

Przeraża to, że coraz częściej samobójstwa popełniają młodzi ludzie. Coś złego dzieje się z ich psychiką. Zaskakująca bywa też pomysłowość samobójców. Potrafią powiesić się w miejscu czy przy użyciu rzeczy, o których człowiek by nie pomyślał, że mogą posłużyć w takim celu

– Mieczysław Galica zapamiętał dokładność, z jaką powiesił się jeden z mężczyzn.

Było widać wielką skrupulatność, wręcz dopracowanie. Tam wszystko było zaplanowane, linki starannie złożone, połączone taśmą, z równą długością, żeby się nie rozchodziły

– wspomina.

W żaden sposób ta praca nie odbija się na mojej psychice

– przekonuje właściciel firmy.

Jeden z mieszkańców powiatu opowiadał nam, że jego znajomy pracował w firmie na terenie Polski, która zajmowała się odbiorem prokuratorskich zwłok. Nie był kierowcą, jadąc na interwencję nigdy nie prowadził samochodu. Opowiadać miał, że zupełnie na trzeźwo nie da się wykonywać takiej pracy, że przed wyjazdem po zdruzgotane ciało musiał strzelić dwa, trzy głębsze.

Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji w naszej firmie, nawet jeśli ktoś nie jest kierowcą. Po pracy owszem, w ramach odprężenia można skosztować alkoholu, ale nie w trakcie pracy czy przed wyjazdem

– mówi Galica.

Ktoś zginął

Samo spojrzenie w wykopany dół, w który na cmentarzu trafi trumna z ciałem potrafi przyprawić o dreszcze. Dla pracowników firm pogrzebowych to przede wszystkim element ciężkiej pracy.

Firma tak stara się wszystko organizować, żeby kopały trzy, cztery osoby. Zwłaszcza, że często dół kopiemy krótko przed pogrzebem i coraz częściej między grobami, gdzie ludzie wybierają miejsca pochówku, a gdzie sprzętem nie da rady wjechać i trzeba działać ręcznie

– mówi pracownik takiego zakładu.

Najgorzej jest zimą, choć teraz nie ma takich mroźnych zim jak kiedyś, gdy grunt przemarzał na głębokość metra

– zauważa jego kolega.

Przy grobie głębinowym, gdzie jest głęboko na 2,20 metra, są dwa metry długości i 85–90 cm szerokości trzeba przerzucić jakieś cztery tony ziemi

– uzmysławia.

Podczas pogrzebów najbardziej udziela się trauma rodzin, ich reakcje nad trumnami bliskich. Również w tym względzie najtrudniejsze sytuacje to te związane z dziećmi.

Najgorszy był zawsze ten moment opuszczania trumny

– mężczyzna mówi o części pogrzebu, której w obecności zmarłych od jakiegoś czasu nie praktykuje większość działających w branży firm.
Są zgodni, że z obowiązków spełnianych na cmentarzu najtrudniejsze są ekshumacje. Gdy mają miejsce po latach, w trumnach są jedynie szczątki. Gorzej gdy przeprowadzane są w krótkim czasie od pochowania zmarłego.

Mięliśmy przypadek, że ekshumacja była przeprowadzana zaledwie trzy miesiące po śmierci. Pierwsze wrażenie to oczywiście zapach. Jest straszny, ciało jest wtedy w stanie bardzo silnego rozkładu

– nasz rozmówca uzmysławia, że zapach czuć bez otwierania wieka.

Unosi się przy samym odkopywaniu. Chcąc wyciągnąć trumnę, musimy przebić się pod nią, żeby przeciągnąć liny. A trumna jest już zassana w ziemię. Zapada się, gleba jest przecież zwięzła. Bez sprzętu nie udałoby się jej wyciągnąć

– mówi.

Zapachy towarzyszą ludziom przez całe życie. Czy śmierci również można jakiś przypisać? Michał Falba:

Gdy przyjeżdżamy na akcję, a ktoś zmarł na miejscu zdarzenia, czuję specyficzny zapach. Nie wiem, czy jest naprawdę, czy to tylko coś co siedzi w mojej głowie, ale niektórzy moi koledzy ze straży potwierdzają, że też miewają podobne odczucie. Gdy docieramy na miejsce i czuć to w powietrzu, wiem, że stało się coś złego, że ktoś zmarł. Ja to nazywam zapachem śmierci.

[[/pay]]

Reklama

Zapach śmierci komentarze opinie

  • Dawid - niezalogowany 2018-01-22 13:01:38

    Wszedłem tutaj, bo chciałem napisać właśnie o strażakach sądząc, że zostali pominięci. Dobrze że autor o nich wspomniał. Uważam, że największe uznanie należy się strażakom osp, którzy robią to co robią z własnej woli. Świadomie narażają się na często traumatyczne przeżycia ale mimo wszystko chcą się tym nadal zajmować, bo często udaje się też komuś pomóc i to daje tą motywację do dalszego działania. Ktoś to po prostu musi robić i tego się nie przeskoczy.

  • 123 - niezalogowany 2018-01-22 00:47:36

    Szacun i tyle, nic dodać nic ująć. Mam ogromny szacunek dla tych ludzi

  • Pawulon - niezalogowany 2018-01-21 18:48:12

    Ciekawa praca.

Dodajesz jako: |
Reklama

Ogłoszenia PREMIUM

HALE STALOWE

AGRO-HALL oferuje kompleksowe wykonanie Hali stalowej wraz z projektem i wszelkimi formalnościami, o dowolnych wymiarach, dowolnej konstrukcji. Hala..


Zobacz ogłoszenie

Oddam w dzierżawę ziemię

Oddam w dzierżawę 29 ha przepięknie położonych nad rzeką gruntów rolnych NATURA 2000, w tym 14 ha stanowią TUZY. Pozostała część to ziemie orne w..


Zobacz ogłoszenie

ZATRUDNIĘ FRYZJERA / FRYZJERKĘ

Zatrudnię fryzjera/fryzjerkę w salonie fryzjerskim w Sadkach k. Nakła nad Notecią. Praca 5-6 dni w tygodniu - do uzgodnienia. Zapewniam uczciwe..


Zobacz ogłoszenie

Pracownik budowlany

Witam. Poszukuję pracowników do budowy hal stalowych. Mile widziane doświadczenie przy pracach na budowie. Zimową porą praca na hali. Miła..


Zobacz ogłoszenie

WYKOP POD WĄŻ DRENARSKI -

ROLNIKU - ZALEWA CI POLE ? TA OFERTA JEST DLA CIEBIE ! OFERUJEMY WYKOP POD WĄŻ DRENARSKI PRZY UŻYCIU NIWELATORA LASEROWEGO DZIĘKI CZEMU WYKOP JEST..


Zobacz ogłoszenie
Reklama



25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies

Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez zlotowskie.pl, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW.

Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono

Angelika Leszczyńska, Mariusz Leszczyński “Leszczyńscy” S. C. z siedzibą w Złotów 77 – 400, Wojska Polskiego 2

Cele przetwarzania danych

1.marketing, w tym profilowanie i cele analityczne
2.świadczenie usług drogą elektroniczną
3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań
4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach
5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług (cele analityczne)


Podstawy prawne przetwarzania danych


1.marketing, w tym profilowanie oraz cele analityczne – zgoda
2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi
3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych


Odbiorcy danych

Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, agencje marketingowe oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa.

Prawa osoby, której dane dotyczą

Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą.

Informacje dodatkowe

Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności"