:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
Ludzie i ich pasje, Zenon Michalski opowiada robił słynną łobżenicką oranżadę - zdjęcie, fotografia
Portal zlotowskie.pl 18/04/2019 12:00

– Oprócz pracowników była w to zaangażowana cała rodzina. Zdarzało się, że dziennie produkowaliśmy nawet 6 tys. butelek – wspomina.

Podczas gali Łobżenickich Dzików, gdzie doceniono Pana dorobek, wspominano, że działalność gospodarczą prowadzi Pan od kilkudziesięciu lat. Kiedy się ona zaczęła?
Zanim poszedłem na swoje, od początku lat 70–tych pracowałem w GS Łobżenica jako kierownik zakładów gastronomicznych. Było ich wtedy trochę w mieście, od baru „Łobzonka”, przez kawiarnię „Wrzos”, na restauracji „Pod Dzikiem” kończąc. Odpowiadałem też za żywienie w Gródku Krajeńskim. To był czas, kiedy mocno zaczęło się rozkręcać tamtejsze letnisko, po tym, jak wcześniej „Towarzysze ze Wschodu” zrobili prowizoryczne plaże i pomosty. Działał tam też duży ośrodek harcerski, a zakłady pracy z województwa bydgoskiego zaczęły stawiać swoje domki letniskowe. To były złote czasy. Ludzie dostawali tam pełne pakiety urlopowe, ruch był niesamowity. Karmiliśmy nie byle kogo, bo swoje obozy sportowe pod okiem mjr Becka mieli tam np. ciężarowcy z czołowych klubów sportowych. Dziennie wydawaliśmy nawet 600 porcji jedzenia na śniadanie, obiad i kolację. Dowoziło się je nyską, jak droga rozmiękła po deszczu trzeba ją było zamieniać na traktor. Wtedy też zająłem się remontem restauracji „Pod Dzikiem”. Na tamte czasy to był lokal o bardzo wysokim standardzie. Parkiet na podłodze, wykończenie najwyższej jakości, neon od ulicy i bardzo dobra kuchnia. Zdobyliśmy nawet nagrodę za najlepszą salę w województwie bydgoskim. Był jednak pewien problem. W sezonie letnim notorycznie pojawiały się braki jeżeli chodzi o asortyment napojów chłodzących. Pomógł nam pan Topoliński z Wojewódzkiego Związku Gminnych Spółdzielni SAMOPOMOC CHŁOPSKA w Bydgoszczy, który wskazał, że jako GS powinniśmy otworzyć własną wytwórnię. Tak się też stało. Nasi ludzie pojechali na przeszkolenie do Bydgoszczy, a w pobliżu dzisiejszego, głównego sklepu GS, powstała wytwórnia. Produkowaliśmy tam wodę sodową i oranżadę, w którą zaopatrywana była cała sieć GS. Staliśmy się niezależni od zewnętrznych dostaw. Widząc moje zaangażowanie w to wszystko p. Topoliński zaproponował mi, żebym wziął w ajencję hotel z restauracją w Borach Tucholskich, niedaleko Tucholi. Twierdził, że na miejscu się marnuję, że mam potencjał i powinienem się sprawdzić w trudniejszych zadaniach. To nie była łatwa decyzja, bo na miejscu została rodzina. Pamiętam jednak, jak mój kolega Paweł Kozłowski powiedział mi wtedy: „Zenek, idź!”. Pojechaliśmy to obejrzeć i klamka zapadła. Wtedy jeszcze bardziej zrozumiałem, na czym polega organizacja w tym biznesie oraz że jeśli wszystko jest dobrze dopilnowane i zarządzane, to mogą być z tego niezłe pieniądze. To nie trwało jednak zbyt długo. W połowie lat 70–tych nastąpiły zmiany administracyjne jeżeli chodzi o województwa. Przyszli nowi ludzie i chcieli obsadzić się swoją ekipą. Z Tucholi trzeba było odejść. Wróciłem do Łobżenicy, gdzie zostałem kierownikiem GS–owskiej wytwórni wód. Wtedy jednak już ciągnęło mnie w stronę niezależności. Własną wytwórnię otworzyłem w 1978 roku, przerabiając prywatną piekarnię przy ul. Sienkiewicza i rozpoczynając biznes o nazwie: Wytwórnia Napojów Chłodzących Łobżenica.

Jak wówczas produkowało się oranżadę?
To nie była skomplikowana technologia, choć zdobycie maszyn do łatwych nie należało. Na zakładzie były: myjka do butelek, saturator, rozlewaczka i etykietownice. Zatrudniałem wówczas pięć osób. Dystrybucja szła głównie do Złotowa, Człuchowa. Nie mieszałem więc na rynku naszemu GS–owi. Pamiętam wyprawy z towarem do Złotowa. Oranżada schodziła wtedy na pniu. Dostawę woziłem żukiem na trzy razy. Gdy jechałem po raz trzeci, zastanawiałem się już, co mam ze sobą zrobić, tak dłużyła się ta droga. Potem kupiłem hanomaga, to już była ciężarówka, więc można było zapakować cały towar i zawieźć go za jednym razem. Pamiętam też, że zaczynaliśmy od drewnianych skrzynek. Później były druciane, a na końcu plastikowe.

Smak tej oranżady zapewne wiele osób pamięta do dziś. Zdradzi Pan po latach, z czego była robiona?
Skład był bardzo prosty i oparty w sporej mierze na naturalnych składnikach. Potrzebne były woda, cukier, kwasek cytrynowy, naturalne esencje i barwniki. Konserwantów nie było, bo były zbyt drogie. Poza tym nie było potrzeby ich stosować, bo ile byśmy nie wyprodukowali, to cały asortyment sprzedawał się od ręki. Bywało, że oprócz pracowników była w to zaangażowana cała rodzina. Dziennie produkowaliśmy nawet 6 tys. butelek. Co zabawne, w tamtych czasach, jako przedsiębiorca, miałem tzw. przydział cukru. 300 kg na miesiąc. Gdyby nie dobra wola nakielskiej cukrowni, gdzie kupowałem resztę, moglibyśmy produkować przez dwa, może trzy dni w miesiącu i przydział by się skończył.

Kiedy Wytwórnia Napoi Chłodzących Łobżenica zakończyła działalność?
Po siedemnastu latach. Wykończyły nas napoje w plastikowych opakowaniach. Dzisiaj mówi się o tym, że to nieekologiczne, jednak wtedy nikt o tym nie myślał.

To zainspirowało Pana rodzinę do otworzenia własnej restauracji?
Z pewnością to był jeden z powodów, trzeba było bowiem myśleć, co robić dalej, żeby się utrzymać. Z restauracją to było też tak, że miejsce, w którym dzisiaj rozmawiamy, niegdyś, jeszcze przed drugą wojną, należało do mojej rodziny. Późniejsze koleje losu sprawiały, że majątek stopniał niemal do jednego budynku, od ulicy. Marzeniem mojego śp. ojca Stanisława było, by odzyskać dawne nieruchomości. Krok po kroku je więc wykupywałem. Te budynki trzeba było jakoś zagospodarować. Zmiany w przepisach podatkowych na początku lat 90–tych oraz porada naszego księgowego sprawiły, że jeszcze bardziej przekonaliśmy się od uruchomienia restauracji. Nazwę wymyśliła żona. Podkowa wzięła się stąd, że m.in. jedna z sal służyła podczas pierwszej wojny światowej jako stajnia dla koni żołnierzy niemieckiej armii. Niektóre z poideł przetrwały do dziś – zachowaliśmy je jako element wystroju sali.

Malowidło, które zdobi jedną z sal bankietowych wykonał niepełnosprawny artysta. Wpisuje się ono w nazwę restauracji


Z początkiem maja będziecie obchodzić ćwierćwiecze istnienia restauracji. Jak wspomina Pan jej początki?
Zaczynaliśmy skromnie, od jednej sali, gdzie dziś jest bar. Z czasem otwieraliśmy kolejne skrzydła. Zapotrzebowanie było, bo w latach 90. lokal codziennie działał do północy. Klienci byli różni. Od osób, które przychodziły na tradycyjny, domowy obiad, po młodzież, która spędzała tu czas przed przyjazdem autobusu i zamawiała głównie napoje. Zawsze stawialiśmy na wysoką kulturę obsługi. Wyszkoliliśmy dziesiątki uczniów: kelnerów, kucharzy, jednak podstawowa załoga nie zmieniła się od ponad dwudziestu lat.

Porozmawiajmy jeszcze o menu. Opieracie się modzie na pizzę i kebab. Nie tracicie przez to klientów?
Pizzerii i kebabowni mamy w mieście kilka i sądzę, że to wystarczy. Nie narzekamy na brak klientów. W tygodniu są to głównie obiady abonamentowe. Dla wielu osób samotnych i ubogich, które mają je dotowane z MGOPS to często jedyny ciepły posiłek w ciągu dnia. W weekend nadal ludzie przychodzą na obiady, w tradycyjnej formie. Często wracają po wielokroć. Menu układam ja, choć nie gotuję, to myślę, że znam się na tym. Wiem, jak trafić w gust klienta.

Magda Gessler, którą uznaje się za autorytet w dziedzinie gastronomii lansuje m.in. modę na dziczyznę. Pan jest myśliwym – rozważał Pan kiedyś oparcie menu właśnie na tym rodzaju mięsa?
Nie śledzę kariery tej pani. Uważam, że telewizyjne show, gdzie wszystko dzieje się pod kamerę to nie drogowskaz dla mnie. Dziczyznę podajemy raczej okazjonalnie, pod klienta, kiedy organizujemy jakieś większe wydarzenie. W naszych realiach, w codziennym menu, to byłaby raczej niszowa sprawa. Myślę, że receptą na sukces w tym biznesie jest uczciwość, która przejawia się np. w świeżych produktach, od sprawdzonych dostawców bądź np. w przypadku warzyw czy owoców – z własnego ogródka, bo i tak robiliśmy. Do tego trzeba lubić to, co się robi.

Pan też lubi pszczoły.
Dlatego na barze można zobaczyć słoiki z miodem (śmiech). Pszczoły to moje hobby, które z sukcesami zaszczepiam już w trzecim pokoleniu. Tego fachu nauczyli się zięciowie, teraz czas na wnuki.

Wielokrotnie podkreślał Pan podczas tej rozmowy, że bez pomocy rodziny wiele by się nie udało. To kolejna recepta na sukces?
Zdecydowanie. Chociaż natrafialiśmy na wiele trudności, przeszkód, a nawet rodzinnych tragedii to zawsze trzymamy się razem. Chociaż każdy niby robi swoje, to wiem, że gdy powiem, że potrzebna jest pomoc – nie odmówią. Dadzą od siebie tyle, ile mogą. Do tej rodziny mogę śmiało też zaliczyć moich zaufanych od lat pracowników.

Rozmawiał Sz. Chwaliszewski

Reklama

Zenon Michalski opowiada jak robił słynną, łobżenicką oranżadę komentarze opinie

  • Gość - niezalogowany 2019-04-18 12:44:06

    Spędziłam tam najlepsze lata liceum mega fajne miejsce pozdrawiam

Dodajesz jako: |
Reklama

Ogłoszenia PREMIUM

Kupię Mieszkanie Bezczynszowe

Młode małżeństwo kupi mieszkanie w Złotowie! może być do remontu, min.3-pokojowe. Bezpośrednio!


Zobacz ogłoszenie

Kopanie stawów

Świadczymy usługi kopania i pogłębiania STAWÓW - w promieniu około 100 km od 89-300 Wyrzyska. Posiadamy własne koparki gąsienicowe oraz..


Zobacz ogłoszenie
Reklama


 Reklama


25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies

Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez zlotowskie.pl, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW.

Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono

Angelika Leszczyńska, Mariusz Leszczyński “Leszczyńscy” S. C. z siedzibą w Złotów 77 – 400, Wojska Polskiego 2

Cele przetwarzania danych

1.marketing, w tym profilowanie i cele analityczne
2.świadczenie usług drogą elektroniczną
3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań
4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach
5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług (cele analityczne)


Podstawy prawne przetwarzania danych


1.marketing, w tym profilowanie oraz cele analityczne – zgoda
2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi
3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych


Odbiorcy danych

Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, agencje marketingowe oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa.

Prawa osoby, której dane dotyczą

Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą.

Informacje dodatkowe

Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności"