Chile – tam, gdzie pustynia spotyka niebo, a luksus biedę

31/10/2025 19:01

Podróż, która miała mnie zaprowadzić do Buenos Aires, niespodziewanie skończyła się w Chile — kraju kontrastów, gdzie luksus styka się z biedą, a piękno natury przeplata się z codziennością pełną wyzwań. Wyruszyłem w pełną barw, zapachów i emocji wędrówkę przez Santiago, Valparaíso i Atacamę, odkrywając miejsca, które zaskoczyły mnie bardziej, niż mógłbym przypuszczać.

Gdy wylądowaliśmy w Santiago de Chile, powiedziałem do swojej żony, Angeliki, że jest coś takiego, co sprawia, że bardzo lubię tę część świata. Przez rok przygotowywała tę podróż. Siedziała do późna w nocy, zadrukowując kartki z kolejnymi etapami podróży. Kiedy wydawało się, że już jest idealnie… znowu zmiany, bo jeszcze to trzeba zobaczyć, tam pojechać, tam spróbować. Mieliśmy lecieć do Buenos Aires. Ceny biletów lotniczych poszybowały jednak tak mocno, że wylądowaliśmy w Santiago. Jak to mówią – nic się nie dzieje bez przyczyny. Dziś dzięki temu zobaczyliśmy miejsca, które nas oczarowały swoim pięknem.

Miasto o dwóch twarzach

W Santiago z lotniska wiozła nas taksówka. Na samym początku ustaliliśmy z kierowcą kwotę, tak by nie było żadnych wątpliwości. Tysiąc chilijskich peso to jakieś cztery złote. Powiedział, że za dziewięć tysięcy nas zawiezie. To lekcja sprzed roku, kiedy w Buenos Aires kierowca podał kwotę, ale po kilku minutach okazało się, że w dolarach amerykańskich. Kazaliśmy mu się natychmiast wysadzić. Fakt, nie było nam do śmiechu, stojąc z torbami na poboczu trasy szybkiego ruchu. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło.

 ▲ Rdzenni mieszkańcy Chile potrafili mumifikować ciała zmarłych 6 tysięcy lat przed naszą erą. Mumia znajduje się w Muzeum Historii Naturalnej w Santiago

Jadąc przez Santiago po zmierzchu, miasto nie wyglądało najpiękniej. Jedna z dzielnic była całkowicie zasypana śmieciami. W którymś momencie jakby wszystko się skończyło – ponownie zrobiło się czysto i jakoś milej. Na drugi dzień Monika Trętowska wyjaśniła nam, że Santiago dzieli się na dzielnice: te lepsze i te niebezpieczne.

Mieszkańcy tych lepszych, często z dobrymi nazwiskami, mającymi swój rodowód wśród włoskich, niemieckich czy hiszpańskich emigrantów, raczej nigdy nie zapuszczają się do centrum ośmiomilionowego Santiago. Ci z biednych dzielnic raczej nigdy nie zobaczą dzielnic położonych na kilku wzgórzach, otaczających stolicę. Chyba że kobiety, które sprzątają luksusowe wille. Tak tu jest – różnice w standardzie życia są ogromne.

 ▲ Valparaiso, chilijska stolica murali

Do tego doszli emigranci z Peru, Wenezueli, Kolumbii, Haiti. Na głównym placu Santiago, w biały dzień, spotkaliśmy emigrantki zajmujące się prostytucją. Na ulicach – wielu bezdomnych. Kiedy miejscowi widzieli nasze wyciągnięte telefony, wiele razy dawali nam znak, byśmy uważali, byśmy ich nie wyciągali. Kradzieże to w Ameryce Południowej normalność. Tu, w tak zróżnicowanym społecznie Santiago, szczególnie radzono nam, byśmy uważali. W wielu publicznych miejscach do krzeseł zamontowane były paski ze sprzączkami – by przypinać do nich swoje bagaże czy torebki, tak by nikt nie podbiegł i nie wyrwał. Na jednym ze straganów sprzedawczyni uczyła Angelikę, jak składać pieniądze, by nie wyciągać całego pliku banknotów. Kobiety noszące telefony komórkowe w biustonoszu… Na początku się dziwiłem, potem zrozumiałem, że to bezpieczne miejsce – zresztą łatwo telefon wyjąć, jak ktoś zadzwoni. Wydawało nam się, że potrafimy ustrzec się niebezpieczeństwa. Okazało się jednak, że cały czas jest coś nowego.

Valparaíso – tu czuć nie tylko marihuanę

Santiago nie powala architekturą – daleko mu do boskiego Buenos Aires. Ale w tym kraju zawsze było stabilniej niż w Argentynie, ludziom lepiej się żyło. Argentyńczycy zawsze z zazdrością patrzyli na sąsiadów zza Andów. Monika, która przez lata była korespondentką dla polskich mediów z Chile, mówi, że Chile było inne głównie dlatego, że ciężko było się tu dostać. Od wschodu broniło jego tajemnic wysokie pasmo gór, od północy – najsuchsza pustynia świata, a od południa – surowa Patagonia, z całym swym pięknem, ale i surowością klimatu.

Monika mieszka w Chile od siedemnastu lat. Angelika poznała ją przez internet, zapytała, czy nie oprowadziłaby nas po Santiago pierwszego dnia pobytu. By opowiedziała nam o mieście, ludziach, kuchni. Monika jest autorką książki o Chile, która doczekała się w Polsce trzeciego wydania. W Chile poznała swojego przyszłego męża i tak już została. Kiedy Angelika pytała, jacy są chilijscy mężczyźni, Monika mówiła, że to nie są typowi macho, którzy rzucają kobiety na kolana. Są bardziej oszczędni w okazywaniu emocji, czasem nawet nieśmiali. Ale też bardziej odpowiedzialni.

– No i jak się bawią… to na całego. Nie ma wtedy tematu pracy, rodziny – śmieje się.

Santiago nie jest turystyczną atrakcją. To stąd raczej turyści ruszają dalej, by zobaczyć cuda tego kraju. Valparaíso – miasto leżące nad Oceanem Spokojnym, półtorej godziny jazdy autobusem od stolicy – należy do jednego z nich. Miasto to jednocześnie największy port w Chile. Kiedy nie było Kanału Panamskiego, tędy płynęli wszyscy ci, którzy w Kalifornii chcieli znaleźć złoto.

Turyści lubią tu przyjeżdżać ze względu na artystyczne dzielnice miasta, położone na wzgórzach. W Chile wszystko jest na wzgórzach – większych lub mniejszych. Tu jednak robotę robią przepiękne murale, które pokrywają elewacje niezliczonej liczby domów. Wszystko w żywych, najróżniejszych kolorach. Nie ma praktycznie niczego, czego nie dotknęłaby ręka artysty – łącznie z wąziutkimi uliczkami, przesmykami pomiędzy domami, ogrodzeniami, schodami. Jeśli ktoś choć przez chwilę chciałby poczuć się w lepszym świecie, koniecznie powinien tu przybyć.

Angelika mówi, że czuć tu hipisowskiego ducha. Fakt – dzielnice Valparaíso przypominały San Francisco ze swymi uliczkami wiodącymi z góry i pod górę. Do tego niezliczona liczba restauracji, barów, knajpek i wszędzie zapach marihuany, którą można nabyć w coffee shopach.

Do Valparaíso dostaliśmy się autobusem. Chilijczycy do perfekcji opanowali komunikację autobusową pomiędzy miastami. Faktem jest, że to najbardziej popularny środek transportu. Autobusy są wygodne, wysprzątane, nigdy się nie spóźniają, a kierowcy w białych koszulach, często pod krawatem.

Gdzie gwiazdy witają się ze śmieciami

Następnego dnia pożegnaliśmy się ze stolicą, ruszając samolotem do Calamy – miasta położonego na Pustyni Atacama. Wielu zna Atacamę głównie ze względu na tajemnicze rysunki widoczne z lotu ptaka, doszukując się w tym nieziemskiej ręki. My pojechaliśmy tam zobaczyć gejzery, pelikany, najpiękniejsze gwiaździste niebo na Ziemi (70 procent całego nieboskłonu widać z tego miejsca).


 ▲ Dolina księżycowa na Pustyni Atacama

San Pedro de Atacama, gdzie się zatrzymaliśmy, to miasteczko urządzone na styl meksykańskiego pueblo. Parterowe budynki z gliny, poprzetykane gałęziami. W środku wszystko zrobione pod turystów – dziesiątki barów i sklepików. A rzesza turystów, chcących zobaczyć ten zakątek świata, z roku na rok rośnie. Trzeba dobrze sprawdzać ceny. Jak wszędzie, łatwo przepłacić.

My zapytaliśmy, gdzie dają dobrze i tanio zjeść, w jednym ze sklepików. Kobieta o ciemnej karnacji, z kruczoczarnymi włosami, bez namysłu powiedziała, że u Carlittosa. Poszliśmy tam. Plastikowe krzesełka, buda skleciona z pilśniowych płyt, w środku jednak czysto, a miejscowi, którzy najczęściej całymi rodzinami prowadzą swój mały gastronomiczny biznes, mili i uczynni. Tu jedli także miejscowi pracownicy.

 ▲ Santiago, tu znajduje się jedno z najciekawszych targowisk na świecie

Skoro mowa o nich – w tej części świata większość mężczyzn pracuje w górnictwie. To tu, pod Calamą, znajduje się odkrywkowa, największa kopalnia rudy miedzi na świecie. Wykopana dziura, do której zjeżdżają potężne samochody, których koła mają wielkość domów jednorodzinnych, ma blisko 900 metrów głębokości. Nie udało nam się jej zwiedzić, a szkoda, bo to podobno niezwykła atrakcja.

 ▲ Pustynne laguny mamią niezwykłymi barwami

 ▲ Gejzery na wulkanie El Tatio, na wysokości 4300 m n.p.m

Atacama urzekła nas – jest surowa, lecz miejscami przepiękna. Prawie zawsze tu mocno wieje. Calama, gdzie lądowaliśmy, położona jest na wysokości 2200 m n.p.m. Później jest już tylko wyżej, a na niebie ani jednej chmurki. Samolot, którym tu przybyliśmy, kiedy za pierwszym razem praktycznie już lądował, dostał takiego podmuchu wiatru, że pilot musiał zwiększyć moc i odlecieć, by zrobić kolejny nawrót. Delikatnie mówiąc – nie było to przyjemne uczucie.

Chilijka, która siedziała obok mnie, nawet powieką nie drgnęła. Oczy otworzyła dopiero, kiedy samolot dotknął pasa startowego – za drugim podejściem. Pomyślałem, że takie samolotowe harce to dla niej standard. Kiedy ruszyliśmy przez pustynię, szybko zapomniałem o samolocie, nie mogąc oderwać wzroku od gigantycznych wulkanów, widniejących na horyzoncie. Potem dopiero zauważyłem tysiące ton śmieci, wysypanych na pustyni za miastem przez miejskie służby komunalne...

Mariusz Leszczyński

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 31/10/2025 19:09

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Wandzia - niezalogowany 2025-10-28 21:26:01

    Leszczyński za ,,wykup dostęp'' zwiedzał Chile

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • do powyżej - niezalogowany 2025-10-29 01:11:34

    u Leszczyńskiego jeśli nawet nie ,,wykupisz dostępu'' to musisz skasować kilkanaście nachalnych stron z reklamami włącznie za które Leszczyński też zbiera kasę na wyjazd do Chile

    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Daś - niezalogowany 2025-10-28 22:43:41

    Wandzia; jak jesteś atrakcyjna i też dasz " wykupić dostęp", to na Chile też zarobisz i nie będziesz zazdrościła!

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.