Od tamtej zbrodni minęło 18 lat. - Panowała grobowa atmosfera, po tylu latach trafiłbym w to miejsce z zamkniętymi oczami – opowiada Kazimierz Wiebskowski. Śledztwo lata temu utknęło w martwym punkcie

Niebawem minie osiemnaście lat od morderstwa 28–letniej Moniki N. Przypomnijmy. Mieszkankę Jastrowia zabito 26 listopada 2003 roku. Wielu mieszkańców wciąż pamięta ówczesne poczucie zagrożenia, szczególnie wśród kobiet, które w tamtych czasach częściej jeździły „na stopa”. Jak pisaliśmy na naszych łamach miesiąc po zbrodni, na ulicy Jastrowskiej nikt nie czekał na przysłowiową okazję…
Monika N. urodziła się w 1975 roku w Okonku. Miała siedmioro rodzeństwa. Za mąż wyszła w wieku 20 lat, osiedliła się w Jastrowiu. W 2000 roku podjęła zatrudnienie w Złotowie, w szwalni, jako krawcowa. Do pracy dojeżdżała różnie, najczęściej korzystała z komunikacji PKS, zdarzało się jednak, że była podwożona przez znajomych z Jastrowia, a odwożona do domu przez właściciela zakładu. Tragicznego dnia do pracy podwieźli ją znajomi. Po godzinie szesnastej do kobiety zadzwonił mąż, pracujący jako magazynier w jednej z okoneckich firm. Monika powiadomiła go, że właśnie kończy pracę i do Jastrowia wróci autobusem, który ze Złotowa wyjeżdżał o 16:51. Kierowca autobusu zeznał później policji, że nie widział o tej porze Moniki na przystanku, a z pewnością by ją rozpoznał, bo często z nim jeździła.
W międzyczasie mąż kobiety wrócił do domu. Około 17:40 miał rozpocząć jej poszukiwania, zaczynając od rodziny i znajomych. Kobieta miała co prawda telefon komórkowy (samsung SGH–N500), jednak ten milczał.
Gdy mężczyzna zorientował się, że żony nie ma u nikogo z bliskiego otoczenia, o zaginięciu poinformował złotowską policję. Rozpoczęto poszukiwania w mieście i okolicy. Około godziny 23 mąż postanowił wrócić ze Złotowa do domu. Dyżurny miał mu poradzić, aby w drodze powrotnej przeszukiwał rowy, pobocza i drogi wjazdowe do lasu. Na wysokości rezerwatu torfowisk za Nowinami zobaczył na asfalcie ślady wyjeżdżającego z lasu samochodu. Poinformował służby. Po północy, w towarzystwie trojga znajomych, policji oraz psa tropiącego, rozpoczęto poszukiwania. Około godziny 1:45, w zagajniku przy leśnym dukcie, w miejscu odległym około kilometr od drogi asfaltowej, pies odnalazł zwłoki dziewczyny.

Monika N. urodziła się w 1975 roku w Okonku
Sekcja wykazała, że kobieta zginęła od mocnego uderzenia w okolice splotu słonecznego bądź silnego ucisku w to miejsce. Doszło do zatrzymania akcji serca. Ustalenia mówiły m.in. o tym, że morderca próbował utopić ciało w pobliskich bagnach topolowych. Teren jest wprawdzie bardzo miękki, ale trudny do ukrycia czy zatopienia czegokolwiek. Ślady na zwłokach świadczyły też o tym, że chciał je spalić. Gdy znaleziono ciało, było przykryte gałęziami. Ofiarę obrabowano, zginęła jej biżuteria, telefon, ubranie. Część garderoby znaleziono kilka dni później koło mostu na Gwdzie przy drodze w kierunku Jastrowia. Stwierdzono też, że ofiara została zgwałcona, a dzięki pobraniu materiału z nasienia, udało się ustalić DNA mężczyzny. W tamtym czasie nie istniała jeszcze baza takich informacji – polski zbiór danych DNA zarejestrowano w kwietniu 2007 roku.
Długo poszukiwano świadków, którzy mogli widzieć Monikę po wyjściu z pracy. Udało się dotrzeć do mężczyzny, który około godziny 16:40 widział młodą kobietę podobną do zamordowanej, wsiadającą do samochodu. Według relacji świadka, mogło to być zagraniczne kombi, czerwone lub bordowe. Policja miała kontakt z kolejnymi osobami, które jechały w następnych godzinach drogą przez Nowiny. Około godziny dziewiętnastej niektórzy mieli widzieć w pobliżu miejsca, gdzie z drogi Nowiny–Górzna zjeżdża się w las, w odległości około dwudziestu metrów od asfaltu, nieoświetlony, czerwony samochód. Jego początkowe numery mogły się zaczynać od liter PIT, a po nich mogły występować cyfry 88. Rozważano również wersję, że dziewczyna została zamordowana w innym miejscu, a w lesie tylko porzucono jej ciało.
Pomimo medialnego nagłośnienia sprawy i wytypowania przez policję kilku podejrzanych, przez lata nikomu nie udowodniono zbrodni. Rodzina zwróciła się o pomoc do słynnego jasnowidza z Człuchowa, który stwierdził, że morderca ma na imię Michał, jeździł wówczas czerwonym samochodem i jest mundurowym. Niektórzy z przymrużeniem oka podchodzą do tego, że policja korzysta w takich sprawach z pomocy jasnowidzów, ale przynajmniej przez niektórych funkcjonariuszy takie podpowiedzi nie są wcale bagatelizowane. W sprawie śmierci Moniki N. przesłuchano kilku podejrzanych, jednak w każdym przypadku, z czasem, wykluczano ich sprawstwo. Głównie na bazie tego, że nie zgadzało się DNA. Policja przypuszczała, że zabójstwa dokonał mężczyzna lub mężczyźni, dobrze znający Monikę, którzy znali też topografię Złotowa i okolic. Od kilku lat sprawą zajmuje się policyjne Archiwum X.
W ubiegłym tygodniu skontaktowaliśmy się z jednym z braci zamordowanej kobiety, emerytowanym policjantem. Pytany po latach o szanse i nadzieje na odnalezienie sprawcy, wymowną mimiką daje do zrozumienia, że nie liczy na rozwiązanie tragicznej zagadki. Chociaż przyznaje, że teoretycznie szansa zawsze jest. Przy nadziei zdają się go trzymać podobne sprawy, które nawet po wielu latach, dzięki działaniom, jakie daje coraz nowocześniejsza technika, pozwalają doprowadzać sprawy do końca. Jest jednak świadomy, że po takim czasie sprawca może już nie żyć.
– Tyle było w tej sprawie wątków, które miały być niby pozytywne – wspomina.
– Nikt nie może odpowiadać, jeśli nie jest sprawcą. Jest zabezpieczone DNA i jeśli się nie zgadza, to trudno z tym dyskutować – podkreśla. Przyznaje, że w trakcie śledztwa wydawało się, iż zabezpieczone ślady są mocne i od złapania sprawcy policjantów dzieli krok. Brat ofiary nie wierzy w to, że dalsze nagłaśnianie sprawy przyniesie jakiekolwiek efekty. Podkreśla, że również nagroda, którą jakiś czas temu za wskazanie sprawcy wyznaczyła mama zamordowanej, nie wpłynęła na posunięcie sprawy. Nie pojawiły się żadne prawdziwe informacje, które pomogłyby przybliżyć policjantów do znalezienia sprawcy morderstwa. Po nagrodę dzwonili tylko ci, którzy chcieli wyłudzić pieniądze.
W ostatnich dniach udało nam się też porozmawiać z mieszkańcem naszego powiatu, który był jednym z podejrzanych w tej sprawie. Był brany pod uwagę m.in. z uwagi na kolor samochodu, jaki miał w tamtym czasie. Choć przyznaje, że to, iż w ogóle rozpatrywano go jako potencjalnego sprawcę było tym bardziej niedorzeczne, że gdy dokonano zbrodni był w areszcie. I to od kilku tygodni, podejrzany o dokonanie innego czynu. W tej sprawie też był zresztą niewinny – po czasie, gdy niesłusznie przesiedział w areszcie aż 28 miesięcy, wyszedł na wolność, a osoba, która stawiała mu oskarżenia, miała przyznać się, że nie były prawdziwe.
Dlaczego policja brała w ogóle pod uwagę to, że mógłby mieć cokolwiek wspólnego ze sprawą śmierci Moniki N.?
– Że niby wcześniej mogłem tego dokonać, zanim trafiłem do aresztu. Ubzdurali sobie, że to mogłem być ja – opowiada.
– Do Torunia wywieźli mnie na wykrywacz kłamstw. Dwa razy, bo mówili, że za pierwszym razem fisiowała aparatura. Wyszła lipa i zrobili wielkie oczy. Podobnie wtedy, gdy pobrali DNA i też nie pasowało. Na 99% byli przekonani, że to ja – po latach jest mu o tym łatwiej mówić, choć przyznaje, że wtedy niesłuszne podejrzenie kosztowało go wiele zdrowia.
– To było straszne przeżycie – opisuje.
– Będąc w areszcie o tej sprawie nawet nie wiedziałem. Dowiedziałem się z gazety, którą dostałem – podkreśla niedorzeczność tego, że był w ogóle wśród podejrzanych.
Kazimierz Wiebskowski był jednym z dwóch strażaków, którzy pracowali w miejscu znalezienia zwłok Moniki N. Strażacy oświetlali policjantom teren działań.
– Przez wszystkie lata, przejeżdżając obok zjazdu w ten las, nie zdarzyło mi się, żebym nie spojrzał w tę drogę. Więcej jednak tam nie wjechałem, jakoś nigdy się na to nie odważyłem – emerytowany strażak sądzi, że oddalone około kilometr od asfaltu miejsce dzisiaj wygląda inaczej.
– To kraniec lasu, dalej zaczynają się łąki. Wtedy były tam niskie drzewa, miały może ze dwa metry, typowy niski zagajnik. Dzisiaj pewnie są już wysokie. Nawet teraz, po latach bez problemu wskazałbym miejsce, w którym leżało ciało. Nawet po tylu latach trafiłbym w to miejsce z zamkniętymi oczami. Tak ten obraz utkwił mi w pamięci – przyznaje.
– Pogoda była deszczowa, było też mgliście. Pani leżała na plecach, przy niskich drzewkach, prawie naga. Ciało było okopcone, barwa skóry była już wyraźnie zmieniona. Nie spalona, ale osmolona. Była bardzo szczupła, wręcz drobna. I było widać, że bardzo młoda – wspomina Kazimierz Wiebskowski. Doskonale pamięta też mroczną atmosferę.
– Była bardzo posępna, okropnie przybijająca, wręcz grobowa. Leśna cisza. Nasze rozmowy były ograniczone do minimum – przyznaje, że przy takim zdarzeniu był pierwszy i ostatni raz.
– Wyczuwało się też nerwowość, napięcie. Policjanci chcieli ustalić jak najwięcej i jak najlepiej. Myślę, że dla nich to też było znaczące zdarzenie.
Wśród pracujących pod Nowinami policjantów był Krzysztof Sypniewski, technik kryminalistyki. Potwierdza, że atmosfera miejsca była wyjątkowo przybijająca.
– Tym bardziej, że była to młoda, niewinna dziewczyna. W oczy od razu rzucała się jej uroda. Do tego siostra naszego kolegi… – opisuje, że ciało leżało w lesie, ale blisko gruntowej drogi.
– Zwłoki były obnażone. Nie było widocznych żadnych innych zewnętrznych obrażeń, tylko ślady okopcenia – opowiada.
– Żal, wściekłość, złość, rozpacz, że tak młoda osoba w taki sposób straciła życie. I chęć odwetu na sprawcy – wspomina odczucia, jakie nim targały.
– Byliśmy całkowicie zaangażowani. Pracowaliśmy, nie patrząc na godziny. Byliśmy tam bardzo długo i jeszcze wielokrotnie powracaliśmy w to miejsce. Czynności jeździliśmy wykonywać nawet poza czasem pracy. Nie było limitu godzin. Byliśmy bardzo skupieni na rzetelnej pracy u podstaw. Drobiazgowej – będący obecnie w stanie spoczynku policjant mówi, że w miejscu znalezienia zwłok, przez kilka dni, nieustannie, naprzemiennie pracowało około trzydziestu policjantów.
– W pierwszych dniach to były ciągłe, nieustające działania – Sypniewski wspomina, że jeszcze tydzień po znalezieniu zamordowanej jeździł w to miejsce i dokładnie je oglądał.
– Pomimo tego, że czynności związane z oględzinami zostały zamknięte. Jeździłem, żeby coś znaleźć. Cokolwiek, szczegół, nawet najdrobniejszy, który mógłby nas przybliżyć do znalezienia sprawcy – przyznaje, że działania policjantów realizowane były w promieniu kilku kilometrów od miejsca znalezienia ciała.
– W miejscu, gdzie znaleziono zamordowaną, nie było żadnego pobojowiska, które świadczyłoby, że coś tam się wydarzyło – podkreśla.
– W tamtym czasie to było chyba dziesiąte morderstwo w mojej karierze, ale towarzyszące mi odczucia były zupełnie inne niż w poprzednich przypadkach – Krzysztof Sypniewski ma też w pamięci rozpacz rodziny.
Dlaczego, pomimo tego, że zabezpieczono wiele śladów i policja dysponuje sporą ilością dowodów, przez tyle lat nie udało się ustalić zabójcy?
– Policja wykonała tam ogrom dobrej, rzetelnej pracy. Byli powołani eksperci różnych dziedzin, nie mówiąc już o technikach kryminalistyki, takich jak ja. Otrzymaliśmy wtedy duże wsparcie z komendy wojewódzkiej – wspomina, że było kilka podejrzeń, rozważano różne scenariusze, które kierowały sprawę w stronę różnych osób, potencjalnych sprawców, jednak rzeczy ustalone w miejscu znalezienia ciała zaprzeczały, aby mogli to być oni.
– Zawsze przyjmuje się różne wersje śledcze, które w toku postępowania są weryfikowane – jak wyjaśnia, w ten sposób wykluczano kolejnych, potencjalnych sprawców. Niemniej wierzy, wręcz jest pewny, że sprawca zostanie ustalony.
– Technika daje coraz większe możliwości, kryminalistyka z roku na rok coraz bardziej się rozwija. Jestem przekonany, iż jest tylko kwestią czasu, że sprawca zostanie ustalony, zidentyfikowany i ukarany. Jeśli oczywiście żyje – mówi Sypniewski.
W ostatnich dniach kontaktowaliśmy się też z jasnowidzem z Człuchowa, który osiemnaście lat temu współpracował z policją przy tej sprawie, ale do zamknięcia tego wydania AL, nie udało nam się uzyskać od niego informacji.
Policja nie udziela bardziej szczegółowych informacji o tym, co dotychczas udało się ustalić i na jakim etapie jest sprawa, którą od kilku lat zajmuje się wspomniane policyjne Archiwum X.
– Takich szczegółów nie ujawnia się w niewykrytych sprawach, bo trzeba pamiętać, że zabójca jest na wolności. Zakładając oczywiście, że żyje – wyjaśnia rzecznik prasowy Komendanta Wojewódzkiego Policji w Poznaniu, młodszy inspektor Andrzej Borowiak. Podkreśla warunek, że sprawca żyje, bo poznańska policja miała już sprawę, w której po latach ustalono sprawcę morderstwa, ale okazało się, że w międzyczasie mężczyzna zmarł. Policja zawsze zakłada jednak, że sprawca żyje i jest na wolności.
– Funkcjonariusze jakiś czas temu analizowali tę sprawę. Aktualnie nie jest przedmiotem ich działań, ale policjanci podkreślają, że jest jedną z tych spraw, do których będą wracać – wyjaśnia Andrzej Borowiak, przyznając, że na razie nie pojawiły się nowe przesłanki, które mogłyby powodować, aby właśnie teraz policjanci Archiwum X mieli się nią intensywniej zająć.
Zabójstwo Moniki N. jest jedną z około stu niewyjaśnionych spraw w województwie wielkopolskim, w których doszło do morderstwa, a nie wykryto sprawcy. Dane te dotyczą ostatnich trzydziestu lat, a więc okresu, w którym nie nastąpiło przedawnienie spraw. Tylko w ostatnich trzech latach w Wielkopolsce popełniono 111 morderstw: w 2020 roku było ich 33, w 2019 roku – 46, a w 2018 roku – 32.
– Jeśli są osoby, które pamiętają tę sprawę, gdyby miały informacje, które mogłyby się wydawać istotne, oczywiście prosimy o kontakt – podkreśla Andrzej Borowiak.
Piotr Steffen, Hubert Nowak
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!