Jeśli istnieje miejsce, którego naprawdę warto komuś życzyć na całe życie, to jest nim Mendoza — miasto wina, słońca i cienistych alei, w którym człowiek po dwóch dniach zaczyna przeglądać w myślach ceny nieruchomości. Tu powietrze pachnie winogronami, a Andy błyszczą śniegiem jak srebrne ostrza. Mieszanka Rzymu, Turynu, Cannes i Kalifornii, a wszystko skąpane w świetle, które prawie nigdy nie gaśnie.

Ostatni tydzień spędziliśmy w okolicach Mendozy. Po dwóch dniach pobytu w w samej Mendozie powiedziałem, że oprócz życzeń zdrowia, pomyślności i stu lat życia, od tej pory będę ludziom życzyć, by kiedyś zamieszkali w tym mieście. Nie wiem, co bardziej mnie urzekło – czy winnice okalające to miasto, czy wspaniałe domy, czy widok na górskie, ośnieżone szczyty, czy może przepiękne ulice, przy których rosły gigantycznych rozmiarów platany. Wszystko to czyniło z Mendozy mieszankę Rzymu, Turynu i Cannes, Kalifornii… I na dodatek ta pogoda – ciągle słońce, bezchmurne niebo.
Kilkanaście dni w roku pada tu deszcz, mimo wszystko wszędzie jest bajecznie zielono. Wszędzie parki, ścieżki rowerowe, szerokie aleje, place zabaw. Jakże inne to było miasto choćby od robotniczego Tucuman, gdzie zabudowa była zwarta i trudno było zobaczyć piękny dom.
W Mendozie zmieniły się także rysy twarzy Argentyńczyków. Nie przeważali już rdzenni mieszkańcy tych ziem – dominowali potomkowie osadników, którzy wybrali tę ziemię ze względu na jej urodzajność i dostęp do wody płynącej z wysokich gór. Wszyscy jakby przeniesieni żywcem z Europy. Woda, ziemia i klimat przygnały ich tu z różnych miejsc. Ze sobą przywieźli wiedzę i umiejętności. Okolice Mendozy szybko pokryły winnice i gaje oliwne, a system nawadniania gęsto poprzecinał pola. Obecnie w okolicach Mendozy produkuje się około 80 procent wszystkich argentyńskich win. Cabernet Sauvignon, Cabernet Franc, Pinot Noir – to odmiany, które tu królują. Winnice znajdują się w trzech dolinach. Te położone najwyżej są, zdaniem koneserów, najlepsze, dają najlepsze wino, przez co te osiągają też najwyższą cenę. Każda z winnic ma kilka linii win: wina orzeźwiające, wina premium i wina zwane tu standardowymi. W winnicy, którą odwiedziliśmy, produkowano około 20 różnych gatunków wina. Nie była to duża winnica – można by rzec: kraftowa. Win tu produkowanych nie można kupić w sklepach – jedynie w restauracjach, hotelach, w wyspecjalizowanych winiarniach. Cena? Najdroższe wino kosztowało w przeliczeniu na złotówki około 60 złotych – malbec z linii premium. Cena bez pośrednika.

Mendoza nie tylko winem stoi, ale również oliwą. Odwiedziliśmy jedną z najstarszych, a jednocześnie jedną z najbardziej uznanych na świecie tłoczni oliwy – Laur. Jadąc prowincjonalną drogą nikt nawet nie spodziewałby się, że mija właśnie tak renomowany zakład. Produkuje się tu kilka rodzajów oliwy, a także octy balsamiczne. Zakład otworzył się jakiś czas temu na turystów – ludzie po rejestracji przez internet mogą przyjechać, zobaczyć, jak wygląda produkcja, spróbować oliwy, biorąc udział w degustacji, posłuchać przewodnika. Można obejrzeć stare maszyny, zobaczyć, jak kiedyś tłoczono oliwę. Produkty z fabryki Laur regularnie zdobywają tytuł najlepszej oliwy na świecie. Litr oliwy, która takie miano zdobyła w ubiegłym roku, można kupić za około 500 złotych! Oliwa rozlewana jest w piękne butelki, te są natomiast włożone do specjalnych opakowań, niczym najbardziej wyszukany koniak lub whisky. Z oliwą, podobnie jak z winnicami, o tym, czy dany rok będzie udany, decyduje przede wszystkim pogoda. Co może sprawić, że będzie źle, skoro pada tak rzadko, a woda dostarczana jest kanałami bądź przy pomocy specjalistycznego nawodnienia? Okazuje się, że największym wrogiem jest grad, który potrafi zniszczyć dosłownie wszystko. Bliskość gór, a co za tym idzie wysoka amplituda temperatur sprawia, że grad potrafi pojawić się nagle. Dlatego plantatorzy nad swoimi uprawami bardzo często rozciągają tysiące metrów kwadratowych siatki. Wygląda to jak ochrona przed szpakami, ale służy czemuś zupełnie innemu.

A góry są w okolicach Mendozy najwyższe w całej Ameryce Południowej. Aconcagua (Kamienny Wojownik), najwyższy szczyt na półkuli południowej, ma 6.920 m n.p.m. Szczyt góry przez cały rok jest ośnieżony. Dla wielu alpinistów szczyt jest marzeniem, przetarciem przed Himalajami. Bardzo wiele ekip z Polski tu przyjeżdża. Pasqual, właściciel pralni chemicznej w Mendozie, błyskawicznie rozpoznał po naszej mowie, skąd jesteśmy. Kiedy zapytałem go, skąd wiedział, od razu odpowiedział, że wielu alpinistów z Polski po wyprawie korzysta z jego usług, oddając do prania kombinezony, śpiwory, odzież. Aconcagua wabi, czaruje swoim pięknem. Jest tak położona, że do pierwszej bazy wspinaczy, znajdującej się na ponad 4 tysiącach metrów, może dojść praktycznie każdy. Idąc, przez cały czas ma się widok góry przed swoimi oczami. W górę idzie się pięknym wąwozem, przez który przepływa jeden z dopływów rzeki Mendoza. Rzeka niesie ze sobą ogromne ilości materiału skalnego. Jest brązowa, momentami aż czerwona, kompletnie niezdatna do picia. W wąwozie, w okresie, kiedy topnieją śniegi, musi tworzyć się gigantyczna kipiel. By ruszyć w dłuższą wyprawę, trzeba dokonać rezerwacji online oraz opłacić bilet – około 10 dolarów amerykańskich. Do parku można wejść również bezpłatnie, ale na krótszy odcinek. My ruszyliśmy wczesnym rankiem. Nie spotkaliśmy nikogo na swej drodze, poza szerpami, którzy wracali z mułami z bazy, do której dostarczyli alpinistom ekwipunek. Muły znały tu każdy kamień, nawet wąskimi ścieżkami nad urwiskiem poruszały się pewnie, wiedząc, gdzie postawić nogę. Widoki? Niezapomniane – jedne z najpiękniejszych, jakie było dane nam zobaczyć. Bez okularów przeciwsłonecznych, filtrów do skóry, czapek, lekkich bluz z długim rękawem lepiej nie próbować. Słońce jest tu naprawdę zabójcze.

Główna baza wypadowa w góry mieści się w miejscowości Las Cuevas, bardzo wysoko w Andach, tuż przy granicy argentyńsko–chilijskiej. Tędy prowadzi też asfaltowa, szeroka droga, którą co chwila przejeżdżały wielkie ciężarówki, to w jedną, to w drugą stronę. Pokonując przełęcz i zjeżdżając w dół do Santiago de Chile, pozostawało raptem 200 kilometrów, a do największego portu Valparaíso – jeszcze bliżej. Nie wiem, czy na świecie jest jeszcze miejsce położone tak wysoko, gdzie ruch jest o takim natężeniu? A jeszcze kilkadziesiąt lat temu jeździł tędy również pociąg. W latach trzydziestych poprowadzono tędy linię kolejową. Niestety, natura po raz kolejny pokazała swoją siłę. Linia przez lata opierała się lawinom śnieżnym, ale nie dała rady kamiennej lawinie, która całkowicie zniszczyła najbardziej newralgiczny odcinek trasy – zmiotła tunel wykuty w skale. Nikt już nie chciał jej odbudowywać. Po dniach chwały jej budowniczych i kolejarzy pozostały piękne zdjęcia, liczne pamiątki oraz zniszczone tory i tunele ochronne, mające chronić je przed zasypaniem przez śnieżną lawinę.

Wysokie Andy były przedostatnim etapem naszej podróży. Przez ponad miesiąc odwiedziliśmy ogromną liczbę miejsc, poznaliśmy wielu ciekawych ludzi, zabraliśmy ze sobą ogrom zdjęć i wspomnień. Ostatnie trzy dni spędziliśmy w stolicy Chile, skąd rozpoczynaliśmy naszą wyprawę. Po miesiącu inaczej spojrzeliśmy na to miasto, gigantyczne, pełne życia, z bogatą historią. Coś czuję, że jeszcze tu wrócimy. W tym miejscu, Angelika, moja żono, bardzo Ci dziękuję, że to wszystko zaplanowałaś i zorganizowałaś. Widziałem, ile czasu poświęciłaś, ile nerwów Cię to kosztowało. Ale dopięłaś swego. Jesteś najlepsza – Reina.
Mariusz Leszczyński

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Taki wielki świat.Tata mówił mi,dbaj o to co płynie Ci w żyłach.
Pozazdrościć! To jest prawdziwy świat, żyjący w zgodzie z naturą bez nadęcia,bez narzucania ideologii bez zbędnego konsumpcjonizmu itd. Oprócz walorów wizualnych jest też inny wymiar..ludzie są wolni od nakazów, dyrektyw zakazów, mafii urzędników, tych nadludzi w białych kitlach czy mundurach. Cośmy zrobili z wolna Europą , za chwilę będziemy chodzić w kaskach po chodnikach, palić w piecu tofu i szprycowac się raz w miesiącu dla dobra klimatu i naszego bezpieczeństwa
Taki wielki świat.Tata mówił mi,dbaj o to co płynie Ci w żyłach.
Pozazdrościć! To jest prawdziwy świat, żyjący w zgodzie z naturą bez nadęcia,bez narzucania ideologii bez zbędnego konsumpcjonizmu itd. Oprócz walorów wizualnych jest też inny wymiar..ludzie są wolni od nakazów, dyrektyw zakazów, mafii urzędników, tych nadludzi w białych kitlach czy mundurach. Cośmy zrobili z wolna Europą , za chwilę będziemy chodzić w kaskach po chodnikach, palić w piecu tofu i szprycowac się raz w miesiącu dla dobra klimatu i naszego bezpieczeństwa