Zaczęło się i skończyło w Nairobi. Miały być Kenia–Tanzania–Uganda, słowem podróż wokół Jeziora Wiktorii. Na miejscu doszliśmy do wniosku, że turlanie się nadbrzeżnymi okolicami wprawdzie jest ciekawe, ale zmieniliśmy swoją pierwotną koncepcję i postanowiliśmy naszą uwagę skupić jedynie na dwóch krajach: Kenii i Tanzanii. Zapewniło nam to większą zmienność krajobrazu. Dojechaliśmy do Jeziora Wiktorii i nawet – pomimo ostrzeżeń – wzięliśmy w nim relaksującą kąpiel. Dojechaliśmy też do Parku Narodowego Serengeti, ale ze względów bezpieczeństwa nie dało się tamtędy przejechać jednośladami. Wcześniej rdzenni mieszkańcy, w tym wojsko i policja zapewniali nas, że taka przeprawa jest możliwa i bezpieczna, na miejscu okazało się jednak, że plany znowu trzeba zmienić.

Przez miejscowych byliśmy postrzegani bardziej jako ciekawostka niż intruzi
Miejscowości resortowe ze swoimi hotelami i atrakcjami przygotowanymi pod białego turystę wyglądają zupełnie inaczej niż pozostała część Afryki. Można kupić pizzę, płacić kartą, prąd jest czymś oczywistym. Przepaść jest ogromna. Nie jechaliśmy jednak oglądać resortów, hoteli, basenów. Chcieliśmy Afryki dzikiej i prawdziwej. Z blisko trzech tysięcy przejechanych kilometrów jedna czwarta to były tereny pustynne, królowały drogi gruntowe, częstokroć takie, których próżno szukać na mapie. Zresztą, po co na mapach umieszczać drogę, która przejezdną jest jedynie przez pewien czas w roku! Kamienie, dziury, głęboki piach, góry, sawanna. Przejeżdżaliśmy przez ciągle działające kopalnie złota, gdzie na sitach ręcznie przesiewa się urobek. Zdarzało się i tak, że jechaliśmy do miejscowości, których w rzeczywistości już nie było, jedynie punkcik na mapie. Czasem w błąd mógł wprowadzić tubylec, który z absolutną pewnością wypowiadał mało zborne z rzeczywistością sądy i okazywało się, że dwa kilometry to faktycznie dwadzieścia. W wyjątkowych sytuacjach korzystaliśmy też z pomocy – podwózki na stopa lub autobusem.

Każda wyprawa jest ciężka, ale w Afryce ciągle nas coś zaskakiwało
W Kenii język angielski jest językiem urzędowym, w Tanzanii i na terenach pustynnych było już dużo gorzej. Pomocny okazał się sporządzony przez siebie, jeszcze przed wyjazdem, słowniczek suahili, który nie raz wyciągał nas z opresji. Translator nieraz zawodzi, zatem, nauczeni doświadczeniem, mieliśmy trochę notatek w formie analogowej. W rejonach, które przemierzaliśmy turyści są trochę jak kosmici: niby wszyscy wiedzą, że są, ale jak już się pojawią, to jest to nie do uwierzenia. Barierę komunikacyjną stanowił również strach. Z tym że nie nasz strach, a obawa przed nami. Kiedyś przez kilka dni przedzieraliśmy się przez pustynny pagórkowaty teren, nasza nawigacja widziała nas już częściowo poza drogą. Po kilkudziesięciu kilometrach samotnego pedałowania zauważyliśmy na rowerze „lokalsa” zjeżdżającego z wysokiego wzgórza. Chcieliśmy zapytać o drogę, zeszliśmy z rowerów i zaczęliśmy machać rozłożoną mapą. Jegomość zaczął zwalniać i zjechał na pobocze drogi, gwałtownie zahamował, rzucił rower i począł uciekać w kierunku pustyni. Opamiętał się dopiero, kiedy usłyszał nasz śmiech spowodowany tą sytuacją.

Wiele razy biegły za nami grupki dzieci, machając i krzycząc dopóki miały z nami kontakt wzrokowy
Jeszcze nigdy nie mieliśmy tak ciężko. Jak kończył się piach, to zaczynało się ostro pod górę i pod wiatr, a jak już było w dół, to na hamulcach, bo dziura na dziurze... Każda wyprawa jest ciężka, ale w Afryce ciągle nas coś zaskakiwało. Pustynia, góry, wiatr, deszcz, upały, każdego dnia trzeba było sprostać kolejnym przeciwnościom losu. Najpierw były płacz i złość, a potem już tylko śmiech z sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy. Nagrodą były cuda, które spotkaliśmy po drodze. Oszałamiające okolice Jeziora Wiktorii, plantacja herbaty o poranku, marsjańskie pejzaże, wyschnięte koryta rzek, ludzie pustyni... Rzeczy ciężkie do opisania. Tam prąd wciąż jest rzadkością, ludzie siedzą wieczorem przy ogniskach, lampach naftowych, świecach, brak wody w kranie, łazienek. Poranek każdej kobiety zaczyna się od pójścia kilometrami po wodę, najczęściej z osiołkami, a jak już przyniesie się wodę, to trzeba pójść po gałęzie, na których się gotuje i tak w kółko.
Przez miejscowych byliśmy postrzegani bardziej jako ciekawostka niż intruzi. Zaznaliśmy wiele bezinteresownej życzliwości, nie brakowało też sytuacji, gdzie traktowano nas jak atrakcję sezonu. Wiele razy biegły za nami grupki dzieci, machając i krzycząc dopóki miały z nami kontakt wzrokowy. W osadach całe wioski przychodziły zobaczyć jak pijemy wodę, jemy, odpoczywamy. Początkowo przyjmowaliśmy takie zachowania z entuzjazmem, natomiast z czasem odbieraliśmy je jako coraz to bardziej męczące. W Tanzanii na nasz widok ludzie wprost pękali ze śmiechu. Na początku to nas bawiło, ale gdy przy kolejnych napotykanych osadach powtarzał się ten sam scenariusz, zaczęło to już być deprymujące. Kiedy odpowiadaliśmy na pytania, gdzie jedziemy, ludzie śmiali się do rozpuku. Ze śmiechu ryczały całe osady, musieli nas mieć za kompletnych szaleńców. Panujący tam stereotyp białego człowieka to podróżujący samochodem z kierowcą bogacz, zaś my na rowerach, pokryci grubą warstwą pustynnego pyłu, musieliśmy być dla nich nie lada zagwozdką. Nie raz pytali nas, czy nasza podróż to jakaś forma osiągnięcia, rekordu, gdzie mamy ukryte silniki itp. Niepojęte było dla nich, że ktoś może w ten sposób spędzać wolny czas. Byliśmy bardzo ciekawi Afryki, ludzi, których spotkamy, tego jak żyją, jak funkcjonują. To co tam zobaczyliśmy uzmysłowiło nam, jak nienaturalne życie wiedzie zagoniony za pieniędzmi biały człowiek, w świecie bez uśmiechu, gdzie sąsiad nie zna sąsiada. Tam człowiekowi bliżej do drugiego człowieka.

W Afryce człowiekowi bliżej do drugiego człowieka
Czy mieliśmy stracha? Każdego dnia, każdej minuty, każdej sekundy naszej podróży. Wszędzie czytaliśmy o kwestiach własnego bezpieczeństwa, np. o nie piciu tamtejszej wody. Niestety jak było trzeba, to się ją piło. Bywały różne sytuacje. Któregoś razu podwózkę zaproponowali nam ludzie z rozpadającej się półciężarówki. Wskoczyliśmy na naczepę i cieszyliśmy się z trafionej okazji, do czasu. Gdy zapadła ciemność kierowca skręcił z trasy w bezdroża. Jeden kilometr, drugi, trzeci... Nawet nie mogliśmy wymienić słów – tylko trzymaliśmy się, by nie wypaść. Z nami na naczepie było z pięciu chłopa, dwóch w środku i już wiedzieliśmy – rabunek, jest po nas. Jedno z nas strasznie płakało – drugie próbowało uzbroić się w nóż. Dookoła ciemność, na nieumówiony znak sygnał wszyscy kucali, by uniknąć spotkania z ciernistymi gałęziami. Koniec końców chłopaki jechali tylko zrzucić złom. Na dodatek, gdy wróciliśmy do głównej drogi pojechaliśmy w zupełnie inną stronę. Po jakichś 20 km wróciliśmy na naszą trasę i dojechaliśmy tam, gdzie mieliśmy, obiecując sobie – nigdy więcej podwózki. Była też okazja albo konieczność kilku noclegów na pustyni i do natknięcia się na przedstawicieli afrykańskiej fauny. Ponoć spotkanie z hienami do najprzyjemniejszych nie należy, my natknęliśmy się jedynie na martwe okazy na poboczu, ale ich rozmiary dały nam mocno do myślenia – jak się później okazało, słusznie, bo te bestie potrafią podejść bliżej do osady i zaatakować, a co dopiero przez namiot. Najbardziej baliśmy się jednak szalonych kierowców. Afryka to drogi bez poboczy, nawet przy asfalcie, drogi na których „duży może więcej”. W trosce o swoje bezpieczeństwo często musieliśmy po prostu zjechać z drogi i poczekać. Lepsze to niż narazić się na szwank w starciu z szarżującą ciężarówką. Szybko musiało nam to wejść w krew.

Wyprawa na Czarny Ląd to była wielka szkoła charakteru
Dostępne jedzenie jest tanie, choć monotonne, królowała fasola, placki chapati, ugali – czyli bezsmakowa pożywna papka z mąki kukurydzianej, sporo mięsa. Większość jedzenia to niestety potrawy po jedynie podstawowej obróbce termicznej. Gotuje się tam głównie na ogniu: gałęzie, węgiel drzewny. To kuchnia bez przypraw, jedynie sól ma wzięcie, natomiast pieprzu nie używa się prawie wcale. W odróżnieniu od doświadczeń zdobytych w Azji rzadko była okazja do delektowania się czymkolwiek, choć grillowana kukurydza, nacierana limonką „maczaną” w mieszance soli morskiej i sproszkowanej piri–piri wyrywała z butów. W restauracjach w miejscowościach resortowych menu jest oczywiście odpowiednio dostosowane do potrzeb podniebienia białego turysty, ale unikaliśmy tych przybytków jak tylko mogliśmy. Poza jadłodajniami o lichym standardzie higienicznym (zwanych tam hotelami) na straganach lub u obnośnych sprzedawców kupić można było banany, pomarańcze, ziemniaki i inne ziemniakopodobne bulwy, pomidory, cebulę, no i monstrualne avocado! Czasami nieznane u nas owoce. Niezbędna była jednak woda, której spory zapas staraliśmy się mieć zawsze ze sobą.
Wyprawa na Czarny Ląd to była wielka szkoła charakteru, moc przeciwności, ale jak zwykle nasz dwuosobowy team zdał wymagający sprawdzian. Bywały trudne chwile i było ich całkiem sporo... Na szczęście mamy słowo klucz, coś na kształt hasła bezpieczeństwa, które wypowiada się w najcięższych momentach. Wówczas zawiesza się chwilowy konflikt i można dalej wspólnie stawiać czoła wyzwaniom. Ciężko tylko przejść do porządku dziennego. Rzeczywistość, w której tkwiliśmy przez ponad pięć tygodni wciąż silnie w nas rezonowała i okres adaptacji do „normalnych” warunków był naprawdę ciężki.
Kolejny cel naszej rowerowej eskapady to Gujana w Ameryce Południowej.
Rozmawiał Leszek Chełmowski[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Świetny materiał i niesamowicie ludzie GRATULACJE DLA WAS i czekamy na wiecej :)
No i to jest streszczenie wyprawy marzeń, które chce się czytać, a nie jak jakiś czas temu można było przeczytać artykuł o podróży marzeń pociągiem po Rosji i ciągłym braku toalety
Świetny materiał i niesamowicie ludzie GRATULACJE DLA WAS i czekamy na wiecej :)
Ale Wam zazdroszczę :) i gratuluję odwagi.
No i to jest streszczenie wyprawy marzeń, które chce się czytać, a nie jak jakiś czas temu można było przeczytać artykuł o podróży marzeń pociągiem po Rosji i ciągłym braku toalety