Reklama

Wszystko robiłem dla kobiet

04/06/2012 12:05
Trzeba reformować sport od spodu po samą górę. Gdyby więcej sportowców miało taki charakter jak Małysz, to medalistów olimpijskich mielibyśmy więcej. Z wiceprezydentem Bydgoszczy rozmawia Karol Zabel

Sport taki jest - balansujesz na krawędzi

Jakim sportowcem był Sebastian Chmara?
Wszystkim się wydaje, że to, co sportowiec robi, jest takie sterylne, hermetycznie zamknięte, a tak nie jest. Żaden sportowiec nie jest sterylny i nie różni się od normalnych ludzi.

Na otwartym stadionie nie osiągnął Pan wielkich wyników - głównie przez liczne kontuzje lub inne zbiegi okoliczności. W hali natomiast zdobył mistrzostwo Europy i świata, co jest wyczynem wzbudzającym respekt.
Zacząłem szybciej odnosić sukcesy na hali z tego względu, że miałem taki układ konkurencji, który idealnie mi pasował. Odstawałem w rzucie oszczepem, tej konkurencji nie było na hali. Zrobiłem w wieloboju na stadionie otwartym rekord Polski 8566 punktów. Ten wynik dwa lata później gwarantował brązowy medal na olimpiadzie. Taki był plan, miałem jechać na Igrzyska i zdobyć medal, ale przytrafiła się poważna kontuzja (zerwanie ścięgna Achillesa), a to jedna z tych kontuzji, po której do sportu wyczynowego już się nie wraca na takim poziomie. Medal został już tylko w sferach marzeń. Sport taki jest, balansujesz na krawędzi.

Jednakże start na igrzyskach zaliczył Pan w Atlancie w 1996. Co prawda nie wyszedł tak jak zapewne oczekuje tego każdy sportowiec - zajął Pan dopiero 15 miejsce. Ambicje były pewnie znacznie większe.
Ostatecznie to było chyba 12, były jakieś dyskwalifikacje. Zresztą nie jechałem tam jako faworyt. Ustanowiłem rekord Polski (8239 pkt.). Był to najwyższy poziom w ostatnich latach. Teraz jak śledzisz zawody to jest to pewne miejsce w najlepszej ósemce. To był początek mojej kariery. Osiągnąłem mimo to najlepszy swój wynik właśnie na igrzyskach i to jest ważne, bo o to chodzi, żeby na najważniejszej imprezie bić swoje rekordy.

Co utkwiło szczególnego w pamięci z tych igrzysk?
Straszny przepych było widać na każdym kroku. Amerykańskie igrzyska dały początek takim, które są nastawione bardzo na komercję. Widać było tam miasteczka sponsorskie, był nacisk na ekspozycję logo. Na nas, reprezentantach kraju, który świeżo wchodził w kapitalizm robiło to wrażenie. Zetknąłem się wtedy z logo McDonald’s. Na terenie wioski olimpijskiej z uporem maniaka wsuwaliśmy te wszystkie fast foody. Potem zdawaliśmy sobie sprawę, że to jedzenie może niekoniecznie pomagać nam w odpowiedniej diecie (śmiech).

W każdej konkurencji królowej sportu osiągał Pan dobre wyniki, ale w żadnej nie mógł w pełni zabłysnąć. Tak zrodził się pomysł na uprawianie dziesięcioboju oraz jego halowej odmiany – siedmioboju?
Jakby prześledzić historię dziesięcioboju czy siedmioboju to wychodzi, że jeśli w jakiejś konkurencji nie jesteś wybitny, nie masz szans na pozycję medalową. Petra Kvitowa, Jackie Joyner-Kersee to zawodniczki, które zdobywały medale na mistrzostwach świata przechodząc z wieloboju do konkurencji indywidualnych. Naide Gomes przeszła z wieloboju i zdobywała medale w skoku w dal. Także większość wieloboistów, ale tych z górnej półki i moja skromna osoba, którzy skoncentrowaliby się na pojedynczych konkurencjach byłaby w czołówce bądź nawet wygrywała. Sam na mistrzostwach Polski stawałem w skoku o tyczce na podium. To są ludzie, którzy w indywidualnych konkurencjach mają to coś.

Która z konkurencji wieloboju jest najtrudniejsza?
Myślę, że dla każdego inna. Mnie najwięcej trudności sprawiał oszczep i dysk. Od początku byłem źle tego uczony. Moje warunki motoryczne i fizyczne przy odpowiednim wcześniejszym treningu pozwoliłyby na znacznie lepsze wyniki.

Jednak splendor częściej spływa na specjalistów od poszczególnych konkurencji. Rzadko gwiazdą światowej czy nawet krajowej lekkoatletyki staje się wieloboista.
Na pewno tak, coś w tym jest. Trzeba by spróbować w ogóle zdefiniować, co znaczy słowo gwiazda, jakie walory powinna posiadać. 100-metrowcy są poza jakąkolwiek konkurencją. To dyscyplina, która wywołuje najwięcej emocji w lekkoatletyce. Mieliśmy wiele gwiazd medialnych, które nie były wielkimi specjalistami jeśli chodzi o sport. Miały inne zalety i walory. Przykład Krzysztofa Hołowczyca, który nie jest najlepszym kierowcą w Polsce, ale wspaniale funkcjonuje medialnie. Krzysiek swoją inteligencją, wizerunkiem, aparycją, komunikatywnością - co tu dużo mówić - medialnie wygrywa. Definicja gwiazdy jest bardzo skomplikowana i dróg dochodzenia do statusu gwiazdy jest wiele i nie do końca wynik sportowy zawsze o tym decyduje. Ci, którzy mają to „coś” mimo nie najlepszych wyników - błyszczą.

Prezesował pan CWZS Zawisza Bydgoszcz, współorganizował halowy mityng Elite Pedros Cup, widać też Pana jako komentatora lub eksperta podczas zawodów, a teraz jest Pan wiceprezydentem Bydgoszczy. W jakiej roli czuje się Pan najlepiej?
Jeśli chodzi o Zawiszę całym sercem związany byłem od zawsze z moim macierzystym klubem, więc serce nie mogło inaczej postąpić. Przez pewien czas pracowałem społecznie. Najpierw zostałem rzecznikiem prasowym zarządu, potem członkiem zarządu. Założyliśmy grupę, która ratowała wtedy podupadający klub. Pomysł był pionierski w skali kraju. Klub, jeśli chodzi o lekkoatletykę, jest w tej chwili drugi w kraju. Przypomnę takie nazwiska jak Wojciechowski, Lewandowski, Michalski - to są zawodnicy, którzy stanowią o sile reprezentacji Polski. Natomiast od polityki odcinam się skutecznie. Nie wstąpię do żadnej partii. Wiele razy mnie łączono czy to z PiS, czy PO. Prezydentem Bydgoszczy jest członek PO. Ten polityk do pracy nie przyjął oprócz koalicjanta żadnego innego polityka, czyli uznał, że jeśli ma być silny samorząd, to należy go odciąć od polityki. Złożył mi propozycję jako osobie, która zrobiła dużo w sporcie i poza sportem. Pracowałem wówczas jako szef klubu Polska – Londyn 2012. Doradzałem w pewnym sensie ministrowi Gierszowi w zbudowaniu konstrukcji finansowania sportu zawodowego. W Polsce jest dużo pracy do wykonania, aby ten system zadziałał. Nie można reformować czegokolwiek, reformując tylko jego część. Trzeba reformować sport od spodu po samą górę. Zaryzykowałem i podjąłem się tej pracy, mając zupełną niezależność. Udało mi się, na dzisiaj zmiany skutkują tym, że Bydgoszcz jest czwartym miastem w Polsce w rywalizacji dzieci i młodzieży – mamy kilka najlepszych klubów w Polsce. Mam na myśli wioślarstwo, kajakarstwo. Jest ekstraliga siatkówki mężczyzn i kobiet. Za chwilę piłkarze mogą awansować do ekstraklasy, mamy ekstraligę żużla. Proszę zapamiętać jak mantrę: kluby zawodowe nie mogą być na utrzymaniu samorządu, bo zarządzają tym osoby, które z reguły są wskazywane przez samorząd, które - z całym szacunkiem dla tych ludzi - nie szanują cudzych pieniędzy. Szanuje się tylko własne, prywatne, dlatego najlepiej to robią ludzie, którzy włożą w ten klub własne zasoby pieniężne. Połączyłem system klas sportowych z klubami. Największym idiotyzmem było to, że o tym, gdzie powstawała klasa sportowa i jaka nie decydował szkoleniowiec czy szef klubu, tak żeby było to podstawowe narzędzie do preselekcji, tylko decydował o tym wydział edukacji i urzędnik, który nie ma o tym bladego pojęcia. I to są elementy, które funkcjonują w Polsce od lat. Decyzje o klasach sportowych podejmują w pewnym sensie resorty edukacyjne. Na moją prośbę zrobiliśmy komisję „grupę roboczą” - ponad wydziałową. Połączyliśmy mój decernat, czyli sport, z wydziałem edukacji, gdzie wiodącą rolę w tym zespole objęli trenerzy, nauczyciele. Osoby, które oprócz tego, że pracują w szkołach, pracują w klubach. Ci ludzie dokładnie wiedzą, czego potrzebują, jakich klas i oni mają zdanie ostateczne. Będąc sportowcem wiem, co najbardziej denerwowało mnie po drugiej stronie. Decyzje podejmowali często ludzie, którzy nie mieli pojęcia o tej dziedzinie. Mam teraz „Radę Sportu”, w której są przedstawiciele środowiska sportowego i ta rada opiniuje wszelkie decyzje podejmowane przez samorządy. To jedyna droga, żeby cokolwiek zrealizować, chociaż efekty czasami mogą być złe przez sam system. Może być kiepski rok, kiepskie nabory, słabszy rocznik.

Jaką rolę w Pana życiu odegrały kobiety?
Podstawową. Kobiety mam dwie: żonę, która siedzi obok i córkę, która jest już dorosła i jest na pierwszym roku studiów. Wszystko, co w życiu robiłem, robiłem dla tych kobiet, z którymi żyję. I pewnie gdybym ich nie miał, moje życie wyglądałoby inaczej. Może w wielu sprawach poszedłbym na skróty. Wielu decyzji nie podjąłbym, a mając kogoś z boku, takiego tonującego i wskazującego kierunki jest dużo łatwiej.

W prawie 720 imprezach w ramach akcji „Polska Biega” biorą udział tysiące osób. Co sprawia, że ludzie tak garną się do biegania. Jest jakaś sensowna odpowiedź?
Jest fala biegowa. Tych biegów w Polsce jest mnóstwo, ludzie chyba już nie chcą źle wyglądać. Dzisiaj bieganie to najprostsza forma ruchu. Buty, dres i biegasz. Dla niektórych to sposób, żeby żyć. Namawiam do biegania systematycznego. Będziemy o wiele lepiej się czuli.

Jesteśmy w Złotowie. Bieg Zawilca to już tradycja Złotowa. Jakie są Pana spostrzeżenia co do tej imprezy i samego miasta?
Sam Bieg Zawilca ma klimat. W moim przekonaniu te biegi, które mają klimat, będą się liczyć, będą zauważone. Poza tym biegi spełniają kilka form. To jest promocja dla samorządów. Zatem nie popieram biegów, które są schowane z boku, które nie promują niczego. Większość biegów powinna pokazywać walory okolic miasta. U was dokładnie tak jest, czyli parki, lasy, drzewa iglaste, liściaste. Przyznam, że jestem tu pierwszy raz i autentycznie zafascynowałem się tym miejscem. Właśnie ten klimat będzie was pozycjonował wyżej. Do tego dochodzą ludzie, którzy mają pasję i tworzą ten bieg, nie są przypadkowi, np. Darek Kowalski. Trafiliście na zwariowanego biznesmena, który nie żałuje pieniędzy i na przychylną gminę. Grzechem byłoby tych biegów tutaj nie robić, nie wykorzystywać, bo po pierwsze miejsce, po drugie ci, którzy tworzą ten biegowy klimat. Milej się przyjeżdża w takie miejsca, gdzie zawody mają swoją duszę. Jest po prostu coś ekstra.

Najwybitniejsza osobowość sportowa, z którą się Pan zetknął?
Nie znam go tak bardzo osobiście jak Roberta Korzeniowskiego czy Artura Partyki, ale największym polskim sportowcem jest Adam Małysz. Mieliśmy okazję spotkać się na rautach, na balach mistrzów, na których i tak rzadko bywa nasz skoczek. Szanuję sportowców, którzy pozostają sobą - Małysz taki jest. Kiedy widziałem zakończenie kariery Adama w telewizji to zakręciła mi się łezka. To jest sportowiec kompletny. Przeżył falę sukcesów, ale potem media niedouczone - że tak powiem - kiedy nie miał formy, go grzebały. Nie znając specyfiki sportu i problemów, które dotykają sport i sportowców, media wynosiły go w górę, by zaraz potem zakopać. Adam potrafił ponownie się wzbić, jak ptak, i zdobywać medale olimpijskie, a przy tym pozostał tym samym Adamem Małyszem co na początku kariery. Gdyby więcej sportowców miało taki charakter jak Małysz to medalistów mielibyśmy więcej.

Nie jest chyba Panu po drodze z Ireną Szewińską, naszą najsłynniejszą lekkoatletką, byłą prezes PZLA. Dlaczego?
Ja po prostu inaczej myślę niż ona. Irena Szewińska, jeśli chodzi o lekkoatletykę, jest najwybitniejszym polskim sportowcem. Osobą, która zdobyła wszystko co można było zdobyć. Jako osobowość sportowa osiągnęła na tę chwilę najwięcej. Jest wiceprezesem MKOL, była prezesem PZLA itd. Na pewnej płaszczyźnie nie było mi faktycznie po drodze z Ireną Szewińską. Miałem inną wizję Polskiego Związku Lekkoatletycznego. Związek powinien być dla zawodników, a nie związkiem Ireny Szewińskiej. Od początku gdy zacząłem udzielać się jako działacz sportowy nie podobało mi się podejście pani prezes. Fakt, że jest potężną osobowością, indywidualnością, ale będąc prezesem trzeba pracować dla związku. Związek pracuje na wizerunek prezesa, a prezes ma pracować dla federacji, dla zawodników. Gdy odeszła ze stołka miałem satysfakcję, że oficjalnie mówiłem w twarz, po której stronie stoję. Inni niestety nie mieli takiej odwagi. Większość działaczy przetacza się od władzy do władzy, kryjąc się i kamuflując. Sytuacja finansowa za czasów Ireny Szewińskiej była dramatyczna, spowodowała, że zastaliśmy związek z ogromnym długiem. Gdyby nie pewne decyzje, które podjęliśmy, nie udałoby się regularnie spłacać długu, bez sponsorów również byłoby bardzo źle. Chciałbym, żeby oddzielać takie wielkie sukcesy sportowe jakie miała Irena Szewińska od tego, co się potem dokona, piastując takie stanowisko.

Kiedyś Pan powiedział, że najsmutniejsi ludzie to tacy, którzy nie interesują się niczym głęboko, nie robią czegoś z prawdziwym oddaniem i pasją.
Jesteśmy w takiej epoce, w której jest moda na powierzchowność, koniunkturalizm, popularność. Moim zdaniem jak ktoś zna się na wszystkim to tak jakby na niczym. Najwięcej takich ludzi jest w polityce i tego nie trawię. Sporo polityków ma do powiedzenia wiele, na prawie każdy temat. To niebywałe. Jak można mieć głęboką wiedzę i zajmować stanowisko w każdym temacie? To oszustwo, kłamstwo. Można być specjalistą w jednej branży, można zgłębiać wiele dziedzin życia, ale uważam, że jesteśmy w stanie dobrze funkcjonować w jednej, w dwóch płaszczyznach. Dla mnie jak ktoś zna się na sporcie, medycynie i edukacji to opowiada pierdoły. Ci ludzie tworzą wokół siebie wizerunek, otoczkę, są gdzieś płytcy, nie sięgają głęboko.

A co z pasją?
W życiu człowieka najbardziej istotna jest pasja. Coś, co pozwoli Ci się zatracić, nie patrząc nawet czasami na konsekwencje. Wiele razy tak „wpadałem”, czy to walcząc w sporcie, czy o związek lekkoatletyki. Żona wołała mnie czasami na dywanik i mówiła: wydałeś już tyle i tyle pieniędzy i za chwilę, jak nie zajmiesz się pracą, nie będzie dobrze. Wiadomo, z biegiem lat pragmatyzm też jest potrzebny. Trzeba z czegoś żyć. Boję się jednak, że ludzi z pasją jest coraz mniej. Z drugiej strony może nażarliśmy się już tego kapitalizmu i zaczynamy myśleć trochę inaczej, że kult posiadania nie jest czymś dominującym. W Polsce jeszcze nie ma tej swobody, że ludzie chodzą do pracy, zarabiają godnie i po niej mogą realizować swobodnie pasje, ale męczy mnie marudzenie ludzi.

Bo to są czasy, w których nie jest łatwo.
Tak. Masz rację, ale kiedyś też nie było łatwo. Mój ojciec mi powiedział, że jakbyśmy cofnęli się w czasie to wtedy było naprawdę ciężko. Jako wiceprezydent mam obowiązek wręczać kwiaty i 1000 zł osobie, która skończyła 100 lat. I ostatnio byłem u Pana, który nie wyglądał na swój wiek, wyglądał dużo młodziej, był w pełni świadomy. I on powiedział mi coś, co utkwiło mi w pamięci - że ciężko to już było. Siedzimy sobie teraz tutaj, jest fajna pogoda, ciekawa impreza i taka refleksja nasuwa się, że nie jest wcale tak źle i można cieszyć się tym, co mamy.

Jakie cele stawia sobie Sebastian Chmara w życiu doczesnym?
Paradoksalnie, żeby przestać biegać (śmiech). Kiedy w życiu mam problem, nie ważne, w jakim jestem miejscu, zawsze patrzę do przodu i pędzę, wyznaczam kolejny cel. Zatracam się. Cały czas coś się dzieje, a traci na tym moja rodzina. Mój syn za chwilę mnie przerośnie. To wszystko za szybko się toczy.

Rada dla wszystkich młodych ludzi, którzy chcą zdobywać medale, czy to na mistrzostwach świata, Europy, na olimpiadzie; dla tych, którzy chcą osiągnąć nawet najmniejszy sukces.
Wierzyć od początku do końca i nigdy nie dopuścić, żeby w głowie pojawiła się myśl, że może się nie udać.
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Matka - niezalogowany 2023-08-22 20:40:11

    Szkoda, ze nie wspomniał Pan o matce, to tez kobieta, od niej wypadało by zaczać. P.S. Matka, żona, córka Pozdrawiam

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama