Reklama

Zostałem skrzywdzony

17/12/2012 12:13
O naruszaniu godności, zakichanym obowiązku, demagogicznych osądach i autokratyzmie w najgorszym wydaniu z byłym burmistrzem Okonka, Andrzejem Jasiłkiem, rozmawia Patrycja Koplin

Zniknął Pan ze sceny politycznej, a co za tym idzie – z mediów. Po rezygnacji z funkcji burmistrza zaszył się Pan w Okonku i nie daje znaku życia. Co teraz pochłania Pański czas?
Wiele ciekawych rzeczy. Po pierwsze, pozostając wiernym wcześniej głoszonym poglądom, jestem teraz na nauczycielskim świadczeniu kompensacyjnym. Otwarcie mówiłem, że miejsca pracy trzeba zostawić ludziom młodym i tak też zrobiłem. Gdybym postąpił inaczej, wyszedłbym na głupka. Moje działanie to dowód na to, że nigdy nie wypowiadałem się pod publikę. Kiedy przestałem być burmistrzem, pytano mnie, czy wracam do szkoły. Wróciłem, ale tylko na chwilę, tylko po to, żeby odejść. Co z tego, że był dla mnie etat? Jestem konsekwentny. Zresztą świadczenie kompensacyjne to nie są złe pieniądze. Wypracowałem je sobie przez 39 lat, zgromadziłem w ZUS-ie ponad 660 tys. zł składek. Ta wielkość podzielona przez ilość miesięcy, które ZUS zakłada, że będę jeszcze żył, dało mi 2600 zł brutto miesięcznie, czyli 2100 zł „na rękę”. Nie jest źle, wielu ludzi chciałoby tyle zarabiać. Poza tym jestem skromnym człowiekiem, nie mam zbyt wielu wymagań, w związku z tym naprawdę jest mi dobrze. Nie chcę więcej, nigdy specjalnie o pieniądze nie zabiegałem, o czym świadczy fakt, że sam potrafiłem sobie obniżyć pensję z 9700 zł do 6800 zł. Niektórzy pukali się w głowę. Moi koledzy samorządowcy mówili, że żaden z nich nie zdecydowałby się na taki gest, by 2500 zł miesięcznie oddawać do budżetu gminy. Dla mnie jednak nie pieniądze są najważniejsze.

W takim razie co?
Zdrowie, dobre samopoczucie i hobby – mam ich kilka. Najważniejsze to moja hodowla ptaków i zwierząt, mam ich całkiem sporo. Wcześniej w zajmowaniu się nimi pomagał mi kolega, teraz sam wszystko robię. Spełniam się. Wychowałem się na wsi, a zatem do gospodarstwa, do hodowli bardzo mnie ciągnie. Drugie moje hobby to wędkarstwo, trzecie – zbieractwo, a więc grzyby. W tym sezonie sam uzbierałem ok. 150 kg kurek. Kiedyś jeszcze biegałem, ale ze względów zdrowotnych musiałem zarzucić ten sport, ale mogę się pochwalić, że teraz, kiedy byłem w sanatorium w Świeradowie Zdroju, codziennie po zabiegach, niezależnie od pogody, 3-4 godziny maszerowałem po górach.

Na twarzy niewiele się Pan zmienił – wąsy, Pański znak rozpoznawczy, i broda zostały. Ewidentnie jednak Pana ubyło.
Pochwalę się, że w ciągu miesiąca zgubiłem 12 kg. Co ważne, to nie była katorga, tylko efekt zmiany nawyków żywieniowych i regularnych wędrówek. Zyskałem dobre samopoczucie, przypomniałem sobie, jak ważne są ruch, uśmiech i życzliwość. Zdałem też sobie sprawę z tego, że pewne etapy po prostu się w życiu mijają i w końcu trzeba znaleźć czas, żeby zająć się sobą.
[[reklama]]
Zmieniając temat, w powiecie o Andrzeju Jasiłku przestało się mówić. W Okonku również?

Chyba też, a co do starostwa, to dość często tam bywam, cały czas utrzymuję też kontakty z kierownikami jednostek organizacyjnych powiatu, którzy są mi bardzo życzliwi, przez co czasami udaje mi się komuś pomóc. Nie drogą protekcji, ale dobrą radą. Nakierowuję, podpowiadam, gdzie można się udać, czasami kogoś polecę bądź przedstawię czyjś problem. Ludzie, przyzwyczajeni do tego, że przez 12 lat byłem w powiecie, ciągle przychodzą do mnie z różnymi sprawami. Może jestem na uboczu jeśli chodzi o politykę, ale to się nie przekłada na kontakty – cały czas porozumiewam się ze starostą Ryszardem Goławskim czy z wicestarostą Tomaszem Fidlerem. Dzieje się tak chociażby z tego względu, że beze mnie ta koalicja rządząca być może by nie powstała. Dla nich wciąż, choć nieformalnie, jestem członkiem Porozumienia Samorządowego.

Nie jest tajemnicą, że bardzo się Pan ze starostą lubi. Czy Ryszard Goławski dzwoni czasem do Pana z prośbą o radę, w ramach konsultacji?

Czasami tak. Jeśli ma chandrę albo jakiś problem to dzwoni. Nie na zasadzie, że Jasiłek ma być teraz jakimś wielkim doradcą, po prostu korzysta z mojego doświadczenia. Muszę Pani powiedzieć, że w starostwie czuję się tak dobrze jak u siebie w biurze.

Kiedy Pan był jeszcze burmistrzem nad Okonkiem przetaczała się burza za burzą: likwidacja szkół, lustracja, procesy sądowe... Czy ludzie jeszcze do tych spraw wracają?

Być może o nich rozmawiają, ale ja tego nie słyszę, ponieważ jestem daleko od otwartego życia publicznego czy politycznego. Wystąpiłem z SLD, więc nie biorę już udziału w pracach politycznych czy zebraniach. Oczywiście gdzieś tam czasami ktoś przebąkuje, że zbyt radykalnie chciałem gminę reformować. Mimo wszystko myślę, że z biegiem czasu ci, którzy mocno na mnie – kolokwialnie mówiąc – najeżdżali, mogą w duchu przyznać, że miałem sporo racji.

[[nowa_strona]]

W jednym z wywiadów powiedział Pan: „nie spodziewałem się, że potrafię tyle znieść od własnego środowiska”. O jakie nieprzyjemności chodziło?

Na myśli miałem przede wszystkim środowisko nauczycielskie. Wcześniej byłem prezesem Związku Nauczycielstwa Polskiego, dlatego kiedy przyszło mi porządkować oświatę, znalazłem się w bardzo ciężkiej sytuacji. Dopiero kiedy zostałem burmistrzem przekonałem się, jak naprawdę wygląda sytuacja w szkolnictwie, wcześniej nikt o tym nie mówił. Aby być w zgodzie z własnym sumieniem i aby dbać o finanse gminy, o jej przyszłość, cięcia musiałem zacząć od oświaty. I wtedy środowisko nauczycielskie w większości się ode mnie odwróciło, co odczuwałem na każdym kroku, nie tylko ze strony ZNP, ale również ze strony szkół. Przestano mnie, jako burmistrza, zapraszać na różne uroczystości, odizolowano mnie od oświaty.

Złożył Pan legitymację ZNP, bezsprzecznie zostało to Panu zapamiętane...

Tak, ale proszę wziąć pod uwagę, że rezygnację złożyłem 27 stycznia 2012 roku, a burmistrzem zostałem w 2010. Nie złożyłbym rezygnacji gdyby nie to, że naruszono moją godność. Kiedy byłem burmistrzem, przedstawicielem władzy lokalnej, wyobrażałem sobie, że jeśli do Okonka przyjeżdżają przedstawiciele wojewódzkiego ZNP to dobrym obyczajem jest rozmowa z burmistrzem, który mógłby wiele spraw wyjaśnić, naświetlić problem. Mnie wystawiono jako „chłopca do bicia”. Podczas spotkania, w którym brałem udział i na które zaproszono duże grono ludzi, nie tylko nauczycieli ale i mieszkańców rejonu lotyńskiego i Okonka, a także władze ZNP, nie dopuszczono mnie do głosu. Co rozpoczynałem wypowiedź, zaraz były śmiechy, oklaski i krzyki, więc w którymś momencie jeden z wiceprezesów zarządu wojewódzkiego (jesteśmy po imieniu) zadał mi takie pytanie: „Andrzej, przecież ty masz wyrok, po co ty to robisz?”. Wówczas uznałem, że partykularne interesy i obraz osobisty są ważniejsze niż idea, niż konieczność reformy oświatowej. Nawet ZNP powinno zrozumieć, że jeśli jest źle to trzeba reformować, jeśli nie ma pieniędzy – to trzeba podjąć jakiś kroki. Złożyłem legitymację w ramach protestu. Skoro mnie, wtedy jeszcze członka ZNP, potraktowano w ten sposób, uznałem, że jest to co najmniej nieeleganckie. Etyka nakazuje inaczej. Wystąpiłem też z SLD. To nie jest tak, że Jasiłek coś sobie ubzdurał albo że zmieniły mu się poglądy polityczne. W momencie kiedy miałem kłopoty lustracyjne jeden z prominentnych działaczy, chcąc mi dopiec, powiedział na forum rady: „SLD w Okonku nie ma innego problemu jak Andrzej Jasiłek”. Pomyślałem wtedy, że jeżeli ja mam być dla mojego ugrupowania problemem, to muszę wystąpić.
[[reklama]]
Mimo wszystko po rezygnacji z funkcji burmistrza wrócił Pan do szkoły. Jak nauczyciele przyjęli tę wiadomość?

Nie wiem, ponieważ nie przepracowałem w szkole ani jednego dnia. Byłem zbyt zmęczony. Nie dawałem tego po sobie poznać, ale kłopoty lustracyjne, fakt, że ktoś mi założył teczkę, o której nie wiedziałem, sprawiły, że czułem się wyczerpany. Musiałbym zacząć się tłumaczyć, wiedząc, że nie wszyscy dadzą wiarę moim słowom. Poza tym od razu rozpoczęły się problemy z gminą – zostałem burmistrzem i odziedziczyłem prawie 2 mln zł deficytu bieżącego, więc musiałem zacząć intensywnie myśleć, co z tym zrobić. Obie sytuacje mocno mnie obciążyły. Po tym wszystkim miałbym wrócić do szkoły, wysłuchiwać docinków i narażać się na uśmieszki? Uznałem, że nie wracam i że tak będzie lepiej dla wszystkich.

Jest to decyzja ostateczna czy być może wróci Pan jeszcze do nauczania?

Nie będę już uczył, chociażby z tego względu, że chcę dać świadectwo swoim słowom. Naprawdę uważam, że starsi powinni ustąpić młodym miejsc pracy. Mój problem polegał na tym, że połowa pracowników urzędu to byli moi uczniowie. Z jednej strony to było fajne, ale z drugiej strony, jeśli wykonywałem jakieś radykalne posunięcia, to był to dla mnie ból. Musiałem jednak zrobić porządek w oświacie. Dbanie o rozwój gminy to był mój zakichany obowiązek.

Na kim najbardziej się Pan zawiódł?

Na kilku ludziach. Powiem oględnie, żeby nie mówić o nazwiskach, ponieważ nie chcę nikogo skrzywdzić. Na pewno zawiodłem się na kierownictwie ZNP, dlatego że zawsze byłem do dyspozycji i jeśli tylko chciano by mnie słuchać, mogłem rozmawiać o szkolnictwie każdego dnia. Zawiodłem się też na niektórych kolegach samorządowcach, z którymi wiele lat pracowałem w powiecie, a którzy później mocno mnie atakowali. Czasami wręcz obśmiewali mój program naprawczy, co nie licowało z godnością uczciwego człowieka. Mam żal do ludzi, którzy chcieli przy mnie wypłynąć.

A wypłynęli?

Starają się. Praca w samorządzie mimo wszystko wiąże się z dietą, czyli w pewnymi dochodami, czasami więc ludzie, walcząc o stołki, nie przebierali w środkach.

Powiedzmy szczerze o kogo chodzi.

Powiem tak: o mojego kolegę radnego z powiatu, który oficjalnie ogłosił, że się na mnie zawiódł. Z wzajemnością. Nie spodziewałem się, że zostanę osądzony w sposób tak demagogiczny.

A czy pojawiły się osoby, które po pierwszych doniesieniach prasowych próbowały dociec, jak z tym oświadczeniem lustracyjnym faktycznie jest?

Tak, wiele osób udzieliło mnie wówczas wsparcia. Nawet ci, którzy później mnie atakowali, na początku deklarowali: „jesteśmy z tobą”, „podam ci rękę na ulicy”. To mnie podtrzymywało.

Z wyrokami orzekającymi o Pańskiej współpracy z SB, z osądem społecznym, który w dużej mierze był dość ostry, nigdy się Pan nie zgodził.

Czy osąd społeczny był ostry – nie wiem, ponieważ był taki moment, kiedy przestałem czytać gazety. Nie chciałem się denerwować. Wyroki musiałem uznać, bo taki mamy porządek prawny, ale nigdy się z nimi nie pogodziłem. Cały czas sądzę, że zostałem skrzywdzony. Nie tylko przez ludzi, którzy w tamtym systemie działali, ale i przez tych, którzy dziś mnie ocenili. Podczas rozpraw moje argumenty, wnioski dowodowe nie były brane pod uwagę. Od początku wiedziałem, jaki będzie wyrok sądu okręgowego.

Ale wie Pan, że ciągle są jeszcze ludzie, którzy mówią o Panu „Cezar”?

Tak, to są ludzie, którzy nigdy mi nie sprzyjali. Część z nich z natury jest złośliwa, odczuwa satysfakcję z tego, że może komuś dokuczyć. Trudno, przechodzę obok tego obojętnie. Mój charakter się nie zmienił, moje podejście do ludzi się nie zmieniło i moja życzliwość również.

[[nowa_strona]]

Na pewno przygląda się Pan samorządowemu życiu. Dopiero co przebrzmiała Pańska historia, a już pojawiła się nowa – wiceprzewodnicząca rady została uznana kłamcą lustracyjnym. Deja vu?

Nie wiem, z czego to wynika. Może z tego, że gmina Okonek została w jakiś sposób szczególnie potraktowana przez IPN i tutaj weryfikacja oświadczeń postępuje szybciej, szczegółowiej? To jest zastanawiające. Zastanawiające jest też, ilu jest ludzi, którym bez ich wiedzy w poprzednim systemie założono teczkę. Mogę powiedzieć tylko tyle, że po 30 latach mało kto kojarzy, że coś tam kiedyś podpisał. Prosty przykład z góry – Wałęsa przyznał, że dali mu jakiś kwit, który podpisał, a dziś sam nie wie, co to było. Nikt go jednak nie uznał za kłamcę lustracyjnego. Józef Oleksy też chodził po oficerach SB i ustalał, jak ma podpisać oświadczenie, bo gdzieś kiedyś był na szkoleniu i teraz nie wiedział, co i jak. Wielu ludzi, których posądza się o współpracę z SB, nie zrobiło nic złego. Mi nikt nigdy nie wskazał osoby, którą skrzywdziłem. Ale tak to już jest. Sąd zajmuje się faktami, nie zważa na okoliczności.

Obecnie Okonek żyje sprawą skarbnik Sabiny Wielgus, którą rada na wniosek burmistrza odwołała. Pan także z nią pracował – czy skarbnik rzeczywiście nie do końca się w swojej roli sprawdzała?

Gdyby się nie sprawdzała, na pewno bym z niej zrezygnował. Współpraca między nami układała się dobrze, a nawet jeśli miałem jakieś drobne pretensje, staraliśmy się je ugodowo eliminować.

Tak czy inaczej na tę chwilę skarbnika nie ma. Gmina Okonek już raz weszła w nowy rok bez budżetu. Myśli Pan, że w tym roku również może być on zagrożony?

Myślę, że tak, ale mam zbyt małą wiedzę na ten temat. Nie wiem, na jakim etapie jest konstrukcja budżetu, czy ma on już jakiś szkielet, jak wyglądają prognozowane dochody, wydatki. Nie wiem, czy w tym roku burmistrz jest w stanie przedstawić radzie budżet i czy rada będzie w stanie go zatwierdzić. My nie weszliśmy w nowy rok z budżetem tylko dlatego, że razem, bardzo demokratycznie, chcieliśmy go skonstruować. Miały nastąpić cięcia w oświacie i wszystko dokładnie chcieliśmy przedyskutować. Co do Pani skarbnik – według mnie, nawet jeśli współpraca nie układała się tak jak powinna, to można było najpierw skonstruować i przyjąć budżet, a dopiero potem się z nią pożegnać. Ja najpierw znalazłbym zastępcę. By zapewnić ciągłość, na tej samej sesji odwołałbym, „starego” i powołał nowego skarbnika. W tej chwili burmistrz bierze na siebie bardzo dużą odpowiedzialność.

[[reklama]]

Zmieniając temat, Pan i Romuald Duszara to zagorzeli wrogowie. Ucieszył się Pan, kiedy wybory wygrał Mieczysław Rapta?

Tak. Nie ukrywam zresztą, że podczas wyborów udzieliłem M. Rapcie poparcia. Nie dlatego, że go bardzo miłuję, ale dlatego, że nigdy nie mieliśmy zatargów, nigdy sobie nie wadziliśmy – to po pierwsze. A po drugie, nie wyobrażałem sobie, aby pan Romuald Duszara został ponownie burmistrzem. Znając jego charakter, mściwość, bezwzględność, zdolność do dążenia do celu po trupach byłem przekonany, że pierwsze co by zrobił, to czystki w gminie. Do gminy wróciłby autokratyzm w najgorszym wydaniu.

Otwarcie nazywał Pan R. Duszarę „dyktatorem” i „tyranem”.

Tak, i teraz muszę to potwierdzić. Podczas ostatnich wyborów na burmistrza, w których startowałem, ale kiedy jeszcze nie byłem na ten krok zdecydowany, otwarcie powiedziałem R. Duszarze, że wiem, jakie są nastroje ludzi i że on nie wygra. Zaproponowałem mu wówczas, żebyśmy wytypowali jednego, wspólnego kandydata. Nie Jasiłka i nie Duszarę, ale kogoś całkowicie innego.

R. Duszara nie chciał na nią przystać?

Nigdy, obśmiewał mnie tylko, że chyba mi się przewróciło w głowie. Cóż, uważam, że i A. Jasiłek i R. Duszara mają już swoje lata, mają swoje za uszami, sporo przeszli, podziałali, gdzie tylko mogli, więc proponuję koledze to samo co ja zrobiłem: odejść od pewnych rzeczy, dać szansę młodym.

Podsumowując naszą rozmowę proszę powiedzieć jak i gdzie widzi siebie Andrzej Jasiłek za 10 lat?

Myślę, że w dalszym ciągu wypoczywającego, dbającego o zdrowie, pomagającego ludziom, jeśli tylko będą tego potrzebowali. Jestem otwarty na współpracę. Nie wykluczam, że zaangażuję się w działalność jakiegoś stowarzyszenia, do pracy politycznej wracać nie chcę.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama