Reklama

Agnieszka Witkowska - kobieta renesansu

15/11/2018 08:39

Maluje, fotografuje, tworzy instalacje artystyczne, projektuje, podróżuje, realizuje się w wielu dziedzinach. Na koncie ma wystawy. Niebawem rusza na studia do Hiszpanii

Śledząc Twoje dokonania, zwłaszcza w kontekście ostatnich wystaw w Krajeńskim Ośrodku Kultury oraz w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Złotowie, nie sposób nie zapytać: jak to się zaczęło?
Moja mama często wspomina, że byłam cichym i spokojnym dzieckiem. W momentach, gdy dostawałam pudełko kredek albo farbki oraz kartkę papieru potrafiłam się całkowicie wyłączyć z otaczającej mnie rzeczywistości na długie godziny. Rysowałam, malowałam więc dość często, chyba jeszcze zanim zaczęłam chodzić. Ciekawostką jest, że moja ciocia zachowała „obraz”, który namalowałam, mając dwa lata. Kiedy przyjrzałam mu się po latach, mając już wiedzę na temat sztuki, malarstwa, jego rodzajów, muszę przyznać, że to była całkiem niezła abstrakcja. Ten dziecięcy malunek miał sporo cech, które pozwalały go zaliczyć do tego gatunku. Zresztą obraz ten można było zobaczyć, gdy kilka lat temu miałam swoją wystawę malarską.

 

Reklama

 

Agnieszka i jej okno na świat - gdzieś na Malcie


A kiedy zaczęłaś się zajmować fotografią?
To było mniej więcej dwa lata temu. Studiuję architekturę na Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, fotografię odkryłam właśnie tam. W ramach zajęć musieliśmy poznać techniki tej dziedziny sztuki, głównie by nauczyć się fotografować architekturę. To jest potrzebne, gdy np. chcemy wkomponować wizualizacje w istniejące otoczenie. Wcześniej nie zdawałam sobie jeszcze sprawy, że to tak ciekawa, pełna możliwości dziedzina.

Reklama

Na tyle ciekawa, by zająć się tylko nią? Działasz na kilku różnych polach. Myślałaś o tym, by ukierunkować się tylko na jedno z nich?
Nie jestem typem osoby, która może zajmować się tylko jedną rzeczą. Zainteresowań mam dużo, od malowania, przez fotografię, tworzenie instalacji artystycznych, architekturę i wzornictwo, po grafikę komputerową. Wbrew pozorom one wszystkie mają jeden mianownik – powstaje coś kreatywnego. Często jest tak, że robiąc jedno, odpoczywam od drugiego. Gdy zmęczy mnie fotografia, siadam do sztalugi. Gdy powstanie obraz, mam ochotę coś zaprojektować. Od jakiegoś czasu zbieram flakony po perfumach, z których powstanie instalacja. Jej ostateczny kształt ciągle ewoluuje w mojej głowie. Najpierw miało to być 99 flakonów, teraz myślę o liczbie 999. Gdy przybywa do mnie wena – wykorzystuje ją.  Architekturę wybrałam z tego względu, że daje ona możliwość zmieniania świata na lepsze od tej wizualnej strony. Architekci mają misję, by „otwierać ludziom oczy”, pokazywać możliwości, które drzemią w danym miejscu. Niedawno zaprojektowałam przestrzeń na Przymorzu Małym w Gdańsku. Chodziło o pas terenu pomiędzy dwiema ruchliwymi ulicami. Zaaranżowałam go w taki sposób, by dać ludziom wybór. Ci, którym się spieszy mogą iść prostą, betonową, najkrótszą drogą. Jest też jednak opcja dla tych, którzy chcą tam odnaleźć spokój, odstresować się. Ich ścieżka wykonana jest ze żwiru, gliny i drewna, czyli naturalnych materiałów. Biegnie ona w nieoczywisty sposób, często skręcając, tak by nie było widać, co jest za rogiem. Elementy z naturalnych materiałów mają organiczne kształty zainspirowane pobliskim piaskiem na plaży oraz morzem. Uzyskaną w ten sposób opływowość przełamują formy nawiązujące do geometryczności trójkąta, w których ukryty jest szereg funkcji. One z kolei nawiązują do architektury otaczającej plac, będąc równocześnie przełamaniem jej kubiczności. Całość zaprojektowanej kompozycji tworzy grę pomiędzy formami geometrycznymi – agresywnymi, a organicznymi – miękkimi. Jest to interpretacja zastałej przestrzeni którą tworzą brutalne bloki w sąsiedztwie łagodnej plaży. Jeden ze zdegradowanych, nieużywanych polskich placów publicznych ma szansę stać się w pełni funkcjonalną strefą miejską.

Reklama

Wizualizacja Przymorza Małego według pomysłu i projektu Agnieszki


Jest coś, co chciałabyś zmienić na lepsze w architekturze w swoich rodzinnych stronach?
Chęci są, pytanie czy ludzie są na tyle odważni, by uwierzyć, że architekt chce zrobić dla nich coś dobrego. W architekturze bowiem nie chodzi o to, żeby kopiować pewne rozwiązania 1:1, lecz się inspirować. Dla przykładu punktem wyjścia mogą być ład i harmonia zachowane w surowym skandynawskim budownictwie. Ścieżka projektowa nie może być krótka i prosta. Musi opierać się o abstrakcyjne myślenie, analizę krajobrazu, rozmowy z mieszkańcami. Dopiero gdy znamy funkcję, możemy myśleć o formie. Jeżeli chodzi o Krajenkę, to przydałoby się w niej więcej zieleni. Ciekawym rozwiązaniem byłby jakiś element charakterystyczny, intrygujący, który sprawiłby, że przejeżdżający chcieliby się w tym mieście zatrzymać, by je zobaczyć. To mogłaby być cała historia, zaczynająca się od jakiejś formy przy znaku wjazdowym, poprzez kolejne „drogowskazy”, prowadzące do celu. Uważam też, że przydałyby się ludziom warsztaty dotyczące architektury. Wówczas wiele rozwiązań stałoby się bardziej oczywistymi. Niestety często w Polsce panuje jeszcze kompleks „mój dom musi się wyróżniać”. To sprawia, że przestrzeń pełna jest nie pasujących do siebie form, które w całości tworzą chaos. Kolejna misja architektów to uświadamianie – drobnymi kroczkami, bez narzucania się.

Reklama

Przejdźmy do tematu wystaw, które odbyły się w Krajence, a obecnie w Złotowie. Swój fotograficzny dorobek ujęłaś w słowie „Gęby”. Jednak nie na wszystkich zdjęciach dominują twarze. Co chciałaś przekazać oglądającym?
Gęba dla mnie to nie tyle twarz człowieka, co jego charakter, dusza, która kryje się za uśmiechem, zmarszczkami, bliznami, sposobem mówienia... Historie te miałam okazję poznawać przy okazji organizowania sesji. Było to bardzo ciekawym doświadczeniem. Okazało się, że moje pomysły sprawiały czasem, iż bohaterzy zdjęć musieli przełamywać swoje pewne obawy. To w sumie tak jak w architekturze czy malarstwie. Na fotografiach widzimy chwilę ujętą w kadrze, jednak jak ona powstawała? Jeden z fotosów prezentuje moją siostrę Weronikę, która w bieli kładzie się w błocie nad brzegiem rzeki. Ciężko było ją przekonać do tego pomysłu. Uparcie twierdziła, że nie lubi pozować, że to nie dla niej. W końcu się zgodziła, zastrzegając jednak, że te zdjęcia nigdy nie ujrzą światła dziennego. Gdy obejrzała efekt finalny zmieniła zdanie. Z kolei mój mąż Miłosz, którego na wystawie można zobaczyć owiniętego w firanę, czuł się przed obiektywem jak ryba w wodzie. Dla niego mój odjechany pomysł był okazją do wykazania się. Dwie sesje powstawały w kościele, należącym do Nadbałtyckiego Centrum Kultury w Gdańsku. Zdobyłam wszystkie pozwolenia na fotografowanie, gdy okazało się, że sporą przeszkodą dla modeli był pomysł walki w obiekcie sakralnym. Zrobili to jednak, też przełamując swoje bariery. Zahamowania miał też kot, który był jednym z pierwszych modeli, gdy zaczynałam przygodę z sesjami fotograficznymi. Mieliśmy zadanie na uczelni, by wykonać zdjęcia ukazujące „białe na białym”. Pomyślałam, że świetnym modelem będzie kot mojej kuzynki. Okazało się, że źle się czuł na białym tle, był niespokojny i ciągle nam uciekał. Powstało kilkaset zdjęć, ale tylko kilka nadawało się do dalszej obróbki. Jeżeli chodzi o plenery to wiele zdjęć wykonywałam w moich rodzinnych stronach, np. w lesie w Wąsoszkach, czy na polu truskawek mojego dziadka. Zdjęcie wieńczące wystawę „Gęby” przedstawia krąg butów. Większość z nich jest powiązana sznurowadłami. Niektóre wybijają się z regularności okręgu, tracą też fizyczne dotkniecie z innymi butami. Całość tworzy brak „Gęb”. Symbolizuje to relacje pomiędzy ludźmi w dzisiejszym świecie. Więzi czasem są mocne, czasem słabsze. Faktem jest, że często jedynym sposobem komunikacji jest Internet. Kontakt jest więc zachowany, ale tylko w ograniczonym zakresie. Nie da się w ten sposób ukazać innym w pełni swojego oblicza. Dlatego też na tej fotografii przedstawione są tylko buty, nie ma żadnej twarzy. Osobną kwestią jest to, że zdjęcie zostało wykonane na posadzce kościoła. Z moich dotychczasowych obserwacji życiowych wynika, że wiara w cokolwiek jest dla wielu ludzi tylko teoretyczna.

Reklama

Zdjęcie w lustrze, Londyn


Zaczęłaś od trudnego tematu, który ciężko będzie przebić. Masz już pomysł na kolejną wystawę?
Być może będzie się on wiązał z podróżami i obserwacjami, które rejestruję za pomocą aparatu, wyjeżdżając gdzieś w świat. Ostatnio policzyłam, że średnio raz na dwa miesiące jestem w jakimś innym państwie. Żeby było jasne to są studenckie, niskobudżetowe wyjazdy z polowaniem na najtańsze bilety, z pomocą których możliwe będzie dostanie się do jak najciekawszych miejsc. Każda wyprawa to inna historia, nowe przygody, ciekawe wyzwania. Nie boję się nocować na lotnisku, czy na plaży. Dzięki temu będę miała co opowiadać kiedyś swoim wnukom. Czasami zdarzają się krytyczne sytuacje, ale przeważnie wystarczy pozytywne podejście do zastanej rzeczywistości i samego siebie, aby znaleźć właściwe rozwiązanie. Wracając jednak do wystaw. Miło było wrócić w rodzinne strony, zaprezentować swój dorobek, który może kogoś zainspiruje. Lubię zaskakiwać i nie wykluczam, że przygotuję jeszcze jakąś wystawę na terenie naszego powiatu, prawdopodobnie dotyczącą architektury. Zauważyłam, że sporo osób z moich rodzinnych stron zna mnie tylko z rysowania i malowania. Za pomocą wystawy „Gęby” pokazałam, że zajmuję się też fotografią. Odkąd studiuję najwięcej energii poświęcam architekturze przestrzeni kulturowych i myślę, że warto o tym opowiedzieć przy najbliższej okazji.

Reklama

Autoportret, zdjęcie w oknie i lustrze, Kraków


Przed Tobą Sevilla. To będzie spełnienie marzeń jeżeli chodzi o rozwijanie zainteresowań?
Wyjeżdżam tam na studia w ramach programu Erasmus, na okres jednego semestru. Czuję wyzwanie, nadchodzące przygody, a przede wszystkim motywację do nauki hiszpańskiego. Będzie to język wykładowy na zajęciach, a ja zaczęłam się go uczyć od podstaw dopiero kilka miesięcy temu. Ale podobno dobrze sobie radzę… Zamierzam wyciągnąć z tego wyjazdu jak najwięcej wniosków. Będę analizować tamtejszą architekturę, sztukę. Ogólnie rzecz ujmując – postaram się wczuć w hiszpański klimat oraz sposób życia. Nie wiem jak to się potem przełoży na moje projekty, czy fotografię. Nie wiem też w jakim stopniu mnie to nowe środowisko życia zainspiruje. Wiem natomiast, że będę otwarta na nowe  doświadczenia, ludzi i kulturę najbardziej jak tylko potrafię.

Reklama

Rozmawiał Sz. Chwaliszewski

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Gość - niezalogowany 2018-11-16 10:57:50

    Czy w ZŁotowie nie ma się oczym pisać?kogo to obchodzi???

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Gość - niezalogowany 2018-11-16 12:28:53

    Prymityw zlotowski

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    gość 2018-11-17 10:28:08

    To wszystko na pokaz,jak zwykle .Bez komentarza

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama