W Kujankach odpoczywa wśród najbliższych, w Legnicy realizuje się zawodowo. Najważniejszy jest teatr, ale ostatnio popularności przysporzyła mu reklama. To on jeździ w pociągu z Beatą Tyszkiewicz, Markiem Kondratem, Edytą Górniak i Jackiem Braciakiem, któremu mówi, że lubi ziemniaki w mundurkach
Kilka miesięcy temu, podczas sztuki, byłeś świadkiem tragedii na widowni. To prawda, że to Ty kierowałeś akcją reanimacyjną?
Tak, to stało się w styczniu. To była bardzo ważna premiera, pomysł jej realizacji wyszedł od nas, aktorów. Przygotowaliśmy spektakl, reżyserował jeden z nas, wszystko było dopięte na ostatni guzik, po wszystkim przygotowany bankiet itd. Ledwo się zaczęło, raptem druga scena, a tu pada komunikat dyrektora, że ktoś zasłabł na widowni. Większość ludzi sądziła, że to część spektaklu, a to działo się rzeczywiście. Reanimacji podjąłem się dlatego, że mam odpowiednie kursy, a nikt za to się nie zabierał, więc zacząłem. Próbowaliśmy do końca, do przybycia karetki, ale mężczyzna już nie żył, to był rozległy zawał serca.
Takie wydarzenia wpływają na pracę aktora?
Oczywiście. Tym bardziej, że to w ogóle był bardzo ciężki okres, bo tydzień później zmarł mój tata. Od dłuższego czasu wiedziałem, że nie jest z nim dobrze. Gdy ten człowiek na widowni zmarł, odwołaliśmy premierę, przesunięto ją na kolejny tydzień, przedstawienia zaplanowano na sobotę i niedzielę kolejnego weekendu. W sobotę była premiera, z soboty na niedzielę zmarł tata, a w niedzielę było kolejne przestawienie, w którym też trzeba było zagrać. To był bardzo traumatyczny okres.
Byłeś w stanie grać?
Z wielkim trudem, tym bardziej, że grałem wesołego, uradowanego życiem gościa. Niestety, premiery nie można było odwołać. To wpłynęło oczywiście na jakość mojej gry, byłem totalnie rozkojarzony. Ale widownia nie widzi takich rzeczy, ludzie sądzą, że tak ma być.
Za pierwszym razem nie udało Ci się dostać do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej we Wrocławiu. Zrobiłeś w tym czasie dwuletnie studium masażu i pracowałeś w teatrze jako szatniarz-bileter. Dlaczego po dwóch latach spróbowałeś ponownie?
Bo chciałem mieć zawód, bo wiedziałem, że miałem szansę dostać się już za pierwszym razem. W gronie około 700 osób byłem wśród 32 wybranych, z czego później w gronie dwunastu, którzy odpadli, bo na rok przyjmują 20 osób. Byłem zatem bardzo blisko.
Aż tylu jest chętnych na aktorstwo?
W tym roku chętnych było chyba 1400. Wychodzi średnio jakieś 1000 osób każdego roku.
Wielu chętnych, ty w gronie 20 wybrańców, musisz być całkiem dobry...
(Uśmiech) Muszę być, bo tam nie ma przypadku. Egzaminy składają się z etapów. W jednym oceniają zdolności ruchowe, to tam są słynne na całą Polskę etiudy, gdzie otrzymujesz zadanie zagrania np. plamy jogurtu czy skwaśniałego mleka. W drugim etapie oceniają predyspozycje do aktorstwa, twój aparat mowy, dykcję, wymowę, nośność głosu, zaglądają w zęby, czy nie ma jakiś krzywizn itd., bo takie rzeczy czasami można skorygować. W trzecim etapie chodzi o interpretację tekstów.
Może być tak, że powiedzą: proszę wyrwać trzy, cztery zęby, a może pan się nada?
Jasne, aczkolwiek chętnych jest tylu, że jak widzą kogoś z aparatem na zębach z reguły od razu dziękują. Lepiej rzeczywiście przyjść już z krzywymi zębami, ale aparatu nie zakładać.
Jaką Ty miałeś do odegrania etiudę?
Gdy zdawałem pierwszy raz musiałem udawać, że przechodzę z maczetą przez dżunglę. Za drugim razem odgrywałem wieśniaka z siatką, atakującego wielkiego rycerza w ciężkiej zbroi. Musiałem też odegrać broniącego się rycerza.
Dlaczego aktorstwo?
Przez długi czas chciałem być lekarzem, ale zdałem sobie sprawę, że przedmioty ścisłe i przyrodnicze niekoniecznie są dla mnie. Z kolei od drugiej klasy szkoły podstawowej wyjątkowo bawiło mnie recytowanie i odnosiłem w nim pierwsze sukcesy, miałem też za nie bardzo dobre stopnie. Naprawdę byłem w tym dobry. Kropkę nad i postawiło napotkanie w liceum Marka Biskupa, polonisty, który prowadził u nas kółko teatralne. Sam też zresztą ma na koncie dwa lata w szkole aktorskiej. Już pod jego skrzydłami, jako uczeń drugiej klasy liceum, byłem swego czasu trzeci w Polsce na Ogólnopolskim Konkursie Recytatorskim. Marek Biskup nigdy nie powiedział mi, żebym zdawał do szkoły teatralnej, nigdy nie zachęcał, jedynie sugerował, że się nadaję. Zrobił swoje, zaszczepił we mnie to zamiłowanie. Dyplom już obroniłem, złożyłem też pracę magisterską, teraz czekam na jej obronę. Z perspektywy czasu nawet cieszę się, że nie dostałem się do PWST za pierwszym razem.
Dlaczego?
Nie miałbym przyjaciół, których mam, nie poznałbym żony i nie mielibyśmy naszej córeczki, a poza tym uważam, że do takiej szkoły trzeba być dojrzałym człowiekiem. Uważam wręcz, że błędem jest pójście do takiej uczelni zaraz po maturze. Tę tezę potwierdzają zresztą osiągnięcia poszczególnych roczników. Z naszego zdecydowana większość ma dzisiaj pracę w teatrach. Młodsi, ci, którzy dostali się za pierwszym podejściem, często zawodowo robią co innego, bo przekonali się, że aktorstwo jednak nie jest dla nich. Ja jestem dzisiaj przekonany, że to jest to i nie wyobrażam sobie innego życiowego zajęcia.
Pracujesz w teatrze, ale w twoim krótkim dorobku było już miejsce na epizody w serialu, filmie, a ostatnio jest nawet reklama. Największą popularność przyniosła ci w ostatnich miesiącach właśnie reklama banku ING, słynna seria Wi-Fi Express, których akcja dzieje się w pociągu.
Jak się okazuje, w reklamie też można zaistnieć. Do dzisiaj słyszę na chodniku: o, Wi-Fi Express albo ING idzie. Nawet autografy rozdaję. Pracę nad serią tych reklam zaczęliśmy w grudniu ubiegłego roku, łącznie zaplanowano 24 odcinki, a czy wszystkie będą zrealizowane, tego nie wiem. To z reguły są dwa, trzy dni zdjęciowe co kilka miesięcy, podczas których realizujemy kilka odcinków.
To jest jakieś wyzwanie dla aktora?
Oczywiście, i to duże. Cała trudność polega na niebywałej precyzji, bo na 30-sekundową reklamę pracujemy kilka czy kilkanaście godzin. To musi być idealne, zaledwie półminutowe połączenie tego, czego oczekuje producent, co robi reżyser i co grają aktorzy, a co najważniejsze, wszystko musi być dopasowane pod oczekiwania klientów. Niekiedy trzy słowa powtarzamy setki razy. Są ludzie, którzy się na tym dobrze znają, my mamy po prostu wykonywać ich polecenia.
[[nowa_strona]] Na planie tych reklam miałeś okazję obcować z czołówką polskich aktorów, m.in. Beatą Tyszkiewicz, Markiem Kondratem i Jackiem Braciakiem. Można było podejrzeć warsztat, coś wynieść?
Podpatrzeć można, ale w tak krótkim czasie trudno wyciągnąć dla siebie coś więcej. To raczej poznawanie samego człowieka z zupełnie innej strony niż zna się go z telewizji. Akurat z Markiem Kondratem spędziłem mniej czasu, ale już Beatę Tyszkiewicz miałem okazję bardziej poznać. Naprawdę niesamowita kobieta. A przy tym bardzo fajna, pomimo całej sławy, jaka jej towarzyszy, i potrafiąca podejść z dystansem nie tylko do życia, ale przede wszystkim do siebie. Choć przy tym wszystkim widać, że to hrabianka, widać te arystokratyczne zachowania, nawet gdy bywa trochę wulgarna.
Są z reklam fajne pieniądze?
Bardzo fajne. Na takim cyklu reklam zarobię więcej niż przez rok pracy w teatrze. Prawda jest taka, że gdyby nie ta reklama, na dzisiaj nie miałbym z czego dokładać.
Praca nad reklamą za chwilę się skończy.
Wiem, trzeba będzie kombinować w inny sposób. Bo prawda jest taka, że pracując w teatrze o pieniądze trzeba niestety się martwić.
Ale można chyba godnie zarobić?
Różnie z tym bywa, to są widełki uzależnione od wielu czynników. Najmniej zarabia się w teatrach prowincjonalnych, a takim jest niestety teatr Heleny Modrzejewskiej w Legnicy, w którym od stycznia pracuję na etacie. Przy czym należy dodać, że pod względem wartości artystycznej, w mojej ocenie, to absolutnie czołowy teatr w Polsce. Pomimo że jeszcze 20-30 lat temu mówiło się, że jak nie będziesz się uczył, pójdziesz grać do teatru w Legnicy. Od 1992 roku nieprawdopodobnie stawia go na nogi dyrektor Jacek Głomb, robiąc w nim istną rewolucję.
Łapie się do pierwszej piętnastki w Polsce?
Do pierwszej piątki. Wskazując miejscami mamy Bydgoszcz, Wałbrzych, Wrocław, Kraków i Legnicę – oto miejsca z najlepszymi teatrami w Polsce. Generalnie powiedziałbym, że najlepsze teatry w Polsce to te na Dolnym Śląsku. Cały ten region to na dzisiaj teatralna stolica Polski. Mówiąc o najlepszych, mam na myśli pewną średnią, na którą składa się podejmowana w nich tematyka, ideologia działania, wizja dyrektora, poziom reżyserów no i oczywiście aktorów. Dlatego na razie nie mam planów zmieniać miejsca zatrudnienia. Chyba że dostałbym lepszą ofertę finansową.
Nie wymieniłeś Warszawy.
Bo nie jest pod tym względem tak dobra.
Pracując w teatrze spełniasz swoje zawodowe marzenie?
Tak. Teatr to jest zupełnie inny poziom. Trudność polega przede wszystkim na tym, że jesteśmy na żywo oglądani przez widza. Każdy spektakl, mimo że o tym samym i grany po raz setny, będzie inny niż pierwszy. Teatr zawsze jest żywy, tutaj wszystko zawsze rodzi się na nowo, tworzenie trwa, a nie jak w filmie, coś zostaje raz zrobione i jest jedynie odtwarzane.
Trudno trafić do teatru?
Tak, tym bardziej, że jest coraz więcej aktorów, a raczej ludzi, którzy uważają się za aktorów. Licząc absolwentów uczelni i naturszczyków, rocznie przybywają w branży setki nowych osób. Tymczasem teatrów jest tyle ile jest, zawód jest wykonywany praktycznie dożywotnio, więc dla młodych miejsca zaczyna brakować. I dlatego o robotę na rynku teatralnym jest niezwykle trudno. A tylko tam aktor w pełni się rozwija.
[[nowa_strona]] Zagranie jednej sztuki to odpowiednik ilu miesięcy nauki w szkole?
(Głośny śmiech) Szkoła a teatr to dwa zupełnie inne światy. Zawód aktora jest naprawdę trudny, bo wszystko, co robimy, dokonujemy tak naprawdę na prywatnych emocjach. To takie ciągłe rozdrapywanie naszego ja, a ten ekshibicjonizm jest piekielnie trudny. Niektórzy nie potrafią z tym sobie poradzić, stąd sięgają po używki itd.
Kto to jest aktor?
To jestem ja (uśmiech). Ale całkiem poważnie: aktor to ktoś, kto ma albo skończoną szkołę teatralną, albo zagrał dużo spektakli w teatrach i ma duże doświadczenie i dzięki temu może być dopuszczony do egzaminu eksternistycznego. Mówiąc krótko, aktorem jest ktoś, kto ma dyplom, bo dla mnie aktorstwo to po prostu zawód. Nie uważam, by ktoś, kto przyszedł z ulicy i wystąpił w filmie czy serialu, był aktorem. Nawet jeśli zrobił to rewelacyjnie. Jeśli nie masz dyplomu, nie jesteś aktorem, jesteś co najwyżej adeptem sztuki aktorskiej. Ja też w pewnym sensie jeszcze nim jestem, bo chociaż mam dyplom, to pracy magisterskiej jeszcze nie obroniłem. Jak się obronię, będę mógł powiedzieć, że jestem aktorem pełną gębą. W każdym razie nie mogę powiedzieć, że zgadzam się z tym, iż aktorami są na przykład bracia M.
Mówisz tak, bo rzeczywiście tak myślisz czy zwyczajnie bronisz grupy zawodowej przed napływem naturszczyków, którzy zabierają wam chleb.
Jedno i drugie. Oczywiście, że jako aktorzy obawiamy się, iż zabiorą nam chleb. To normalne, zwłaszcza że to my mamy odpowiednie kwalifikacje, na które latami pracowaliśmy.
Co jest zatem najważniejsze: dyplom, doświadczenie, kontakty-znajomości czy talent?
Talent.
Ale bez dyplomu, w Twojej ocenie, nie masz prawa wykonywać tego zawodu?
Masz, ale nie masz prawa nazywać się aktorem.
Aktorzy to aż tak bardzo trudne środowisko?
Generalizować nie można, ale tak. Co nie zmienia faktu, że mam wśród tych ludzi prawdziwych przyjaciół.
Jak na co dzień wygląda Twoja praca?
Lipiec i sierpień to „sezon ogórkowy”, więc zawsze mamy wakacje. Sezon trwa od września do końca czerwca. Licząc próby i spektakle, jest to normalne 8 godzin pracy dziennie, w godzinach 10.00-14.00 i 18.00-22.00. Legnica to niewielkie miasto, ma jakieś 100 tys. mieszkańców, w tygodniu są to przedstawienia z reguły dla szkół, a w weekendy normalne, dla widza. Dla ludzi, którzy mają chęć na chwilę teatru. Wbrew pozorom tych ludzi trochę jest. Niektórzy są świadomi, czego oczekują, inni mniej, są też tacy, którzy w ogóle nie wiedzą, po co przyszli, ale są. Często widownie są pełne. Poza tym wiele jeździmy ze spektaklami po całej Polsce.
[[nowa_strona]] Są granice w aktorstwie, których nigdy nie przekroczysz?
Tak.
Jakie i dlaczego?
Rozebranie się przy scenie erotycznej. Z zasady.
A jeśli ktoś będzie chciał ci kiedyś za to bardzo dobrze zapłacić?
To nie ma znaczenia.
Były propozycje?
Ja nie miałem, ale np. koledze zaproponowano udział w filmie pornograficznym. 20 dni zdjęciowych, 5 tysięcy złotych za każdy, w trzy tygodnie 100 tys. zł. Też się nie zgodził.
Film pornograficzny to już ekstremum. Mówię o przyzwoitych scenach, w normalnym filmie.
Nie. Są zasady, których nigdy nie złamię. Owszem, przejść nago przed kamerą to lekki kaliber, ale scena erotyczna z obcą kobietą w łóżku to już co innego, jak dla mnie, o krok za daleko. Paradoksalnie to właśnie w teatrze można pewne rzeczy zatuszować, w kinie, choćby z racji zbliżeń kamery, jest dużo trudniej.
Ponoć nie ma w tym wiele autentyzmu, tak przynajmniej bronią się aktorzy, kiedy są pytani o takie kwestie.
Wiem, że się bronią, ale w rzeczywistości to naprawdę wygląda różnie. Znam przykład polskiego filmu, gdzie podczas kręcenia takiej sceny omal nie doszło do zbliżenia między aktorami. Dobrze, że reżyser interweniował. Żeby było śmieszniej, mąż aktorki stał za drzwiami. Tak czy inaczej uważam, że mogłoby to być nie w porządku wobec mojej żony i nie będę podejmował się takich ról. Poza tym to nie jest tak, że spotykają się aktorzy i mogą na planie wszystko. Oni często, szczególnie, gdy się nie znają, najpierw się dogadują. Rozmawiają, ustalają, na co mogą sobie pozwolić, a czego im nie wolno. Nikt nie dotknie sobie od tak aktorki za pośladki.
Z żoną i córką mieszkacie w Legnicy, ale każdego roku wiele czasu spędzacie w Kujankach, gdzie masz brata i mamę. Ponoć Kujanki są Ci bardzo bliskie.
To miejsce to dla mnie drugi świat. Zawsze żyłem w dwóch światach. Tym legnickim, a więc pełnym pracy i zawodowego oraz życiowego poukładania, a także w Kujankach, gdzie jest świat totalnego luzu, ciągłych wakacji, bo tutaj od wielu, wielu lat co roku przyjeżdżamy na dwa miesiące właśnie na wakacje. Kujanki to odskocznia, odpoczynek, życie z naturą, a także niemal wszystkie wspomnienia dzieciństwa: babcia, ciocie, wujkowie, kuzynostwo, a od jakiegoś czasu także mama, brat, no i tata, którego kilka miesięcy temu pożegnaliśmy.
W piłce nożnej mamy Ekstraklasę, pierwszą ligę, drugą, trzecią, czwartą, ligę okręgową itd. W której aktorskiej lidze Ty obecnie jesteś?
Na pewno nie w Ekstraklasie, bo do takich ludzi jak Janusz Gajos czy śp. Gustaw Holoubek wiele mi jeszcze brakuje. Ale sądzę, że do drugiej ligi spokojnie mogę się zakwalifikować.
Zawodowe marzenie...
Już je spełniam, bo zawsze chciałem grać w teatrze. Natomiast zerkam w kierunku kina. Chciałbym zagrać w jakimś naprawdę dobrym filmie. Jestem jeszcze młody, mam dopiero 25 lat, więc wierzę, że wiele jeszcze p
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze