Błędna decyzja kierowcy ciężarówki życie państwa Naklickich zamieniła w koszmar. Odebrała zdrowie, sprawność, spokój i pracę. Przyniosła wielomiesięczne cierpienia, brak pieniędzy, przykuła do łóżka. Do dziś kładzie się na ich codzienność cieniem
Siedemnasty marca 2014 roku. Osobowy mercedes mknie w stronę Jastrowia. Za kierownicą siedzi Andrzej Naklicki, w fotelu pasażera jego żona Anna. Małżonkowie na stałe mieszkający w Niemczech cieszą się z urlopu spędzanego w Polsce. Donikąd się nie spieszą. Na wyjeździe z Górznej drogę zajeżdża im ciężarówka. Nie ma szans na reakcję. Mercedes czołowo uderza w bok drugiego samochodu. Rozlega się potworny huk, trzask gniecionej karoserii i tłuczonych szyb. Ułamki sekund ważą o ludzkim życiu. To już nigdy nie będzie takie samo.
Lot mimo woli
""Przepraszam, nie widziałem Pana!"". Słowa nerwowo wypowiadane przez kierowcę ciężarówki utkwiły w pamięci pana Andrzeja na dobre. Przez to wspomnienie przebija się ogromny ból, wymieszany ze strachem o żonę. – Słyszałem, jak strasznie krzyczała – opowiada mężczyzna, dodając, że właśnie dlatego to ją jako pierwszą polecił mężczyznom jadącym TIR-em wyciągnąć z samochodu. Sam, mimo strachu, zachował trzeźwość umysłu. Nim przyjechało pogotowie zdążył obdzwonić bliskich. - Wiedziałem, że jest niedobrze – wyjaśnia. - Musiałem to zrobić.
Ciemność przyszła kilka chwil później – już w helikopterze lotniczego pogotowia ratunkowego. - Zawsze bałem się latania. Nie raz mówiłem, że nawet jeśli ktoś da mi tyle złota, ile ważę, to nie wejdę do samolotu – uśmiecha się nasz rozmówca. Wtedy strach przykryła niepamięć. Pan Andrzej stracił przytomność. Oczy otworzył trzy tygodnie później. W prima aprilis. - Zadzwoniła pani ordynator z informacją, że mąż wraca do świata żywych. Zapytałam ją, czy aby na pewno nie robi nam kawału – pani Ania lekko się dziś uśmiecha.
Odruch na wagę zdrowia
Pani Anna moment uderzenia pamięta bardzo dokładnie. W jej głowie kłębiło się wówczas milion myśli. Była też obawa przed eksplozją – auto, którym jechała z mężem, częściowo uderzyło w zbiorniki z paliwem znajdujące się pod podwoziem ciężarówki. Na tyle mocno, że jego maska przybrała kształt harmonijki. Ułamki sekund przed kraksą pani Ania, chcąc osłonić głowę, odruchowo uniosła rękę. Jedna z wystrzelających poduszek powietrznych uderzyła ją w ramię. - Spojrzałam na dłoń, cała była w drgawkach. Krzyczałam, że wyrwało mi rękę... Niestety, jastrowianka się nie pomyliła. Doznała złamania kości ramiennej ze znacznym przemieszczeniem. Częściowo uszkodzony był też mięsień dwugłowy, wystąpiły liczne stłuczenia.
W dwie strony
Małżonków rozdzielono. Pan Andrzej, choć początkowo miał być przetransportowany do szpitala w Bydgoszczy, ostatecznie trafił na oddział intensywnej opieki medycznej w Pile.
Panią Annę zabrano do Złotowa. Tam została, choć proponowano jej, że skoro posiada niemieckie ubezpieczenie, może leczyć się na Zachodzie. Odmówiła, nie chciała zostawiać małżonka. Zawierzyła lekarzom w Złotowie – dziś tego nie żałuje. Szczególnie mocno zapadł jej w pamięć doktor Janusz Adamek, który operował uszkodzoną rękę. Z sukcesem – co prawda nasza rozmówczyni nie odzyskała pełnej sprawności, udało się jej jednak uniknąć amputacji.
Powrót do szkoły
Ocalona ręka była początkiem ciężkiej pracy. Anna Naklicka na nowo musiała nauczyć się m.in. pisać. Odebranie telefonu, utrzymanie w dłoni łyżki też nie od razu było możliwe. Trzeba było uporu i systematycznych ćwiczeń. Te dały efekt – jastrowianka dziś już potrafi notować. Wciąż ma jednak problem z dźwiganiem ręki. Na tym urazie się nie skończyło. - Po jakimś czasie zapytano mnie w szpitalu, czy mogę wstać. Nie mogłam. Brałam tyle środków przeciwbólowych, że nawet nie czułam urazu kolana – opowiada. Ten udało się zaleczyć.
Mąż pani Anny nie miał tyle szczęścia. - Dziś jest w takim samym stanie jak w dniu wypadku. Nie ma żadnej poprawy – streszcza nasza rozmówczyni. Pan Andrzej ma bezwładną nogę, krótszą od drugiej o sześć centymetrów (doznał urazu stawu biodrowego w postaci zerwania nerwu kulszowego miednicy powodującego bezwład nogi ). Wypadek przykuł go do łóżka. Ale żyje. Wcześniej sytuacja była dramatyczna. - Przez miesiąc przeleżał na OIOM-ie poza świadomością. Trzy razy się zatrzymywał, na szczęście go uratowali – cieszy się żona. Niestety, nie tylko w dobrych słowach może mówić o pilskim szpitalu. Ma żal do osób, które zaniedbały opiekę nad jej mężem. Efekt: głębokie odleżyny, których do dziś nie udało się pozbyć, i które skutecznie uprzykrzają i tak już niełatwe życie.
Anioł na ramieniu
Pierwsze wspomnienia ze szpitala w pamięci Andrzeja Naklickiego mają charakter wycinków. – Pamiętam, jak pielęgniarka myła mi włosy, polewając je wodą z miski. Pamiętam też jak mnie goliła. I anioły. Twarze widoczne jakby zza mgły czy przez chmury. Te duszki znajdowały się pod sufitem. Nieustannie się w nie wpatrywałem... - przyznaje mężczyzna. Jego małżonka miała wrażenie, że na jej ramieniu siedzi anioł stróż.
Bo mimo że spotkało ją tak wiele złego, cierpienia rozjaśniły dobre serca. Tych nie brakowało. Pierwszym dobrym duchem okazał się być Marcin Wiśnik, sąsiad państwa Naklickich, który – jakby tknięty przeczuciem – zjawił się na miejscu wypadku i udzielił ratownikom wszystkich niezbędnych informacji na temat pana Andrzeja. Pojechał też za sąsiadem do Piły, potem odwiedził panię Anię w Złotowie. Zawiózł ją też na pierwszą wizytę do męża. Najpierw była jednak operacja, a po niej szok. - Już po wszystkim wyjeżdżamy z sali, a na korytarzu siedzą nasi sąsiedzi. Pomyślałam: ""skoro ich widzę to najpewniej umarłam"". Tymczasem państwo Bocian i Czapla rzeczywiście przesiedzieli w szpitalu czterogodzinną operację naszej rozmówczyni, drugie tyle czekali, aż dojdzie do siebie. Zastąpili bliskich, których w okolicy państwo Nakliccy nie mają. - Bardzo im jestem za to wdzięczna – zaznacza pani Anna. Wdzięczna jest też córkom Alicji i Marysi, które przyjechały z Niemiec do rodziców w ekspresowym tempie. Pan Andrzej w szpitalu również spotkał przychylne sobie osoby – lekarzy z pilskiego oddziału ortopedii Piotra Ptaszyńskiego i Jacka Fotymę oraz pielęgniarkę Małgorzatę Sieradzką. - Oni okazali mu serce – wyjaśnia nasza rozmówczyni. Osób, którym należą się podziękowania jest więcej. Teresa Wiśnik – to ona opiekowała się trzema yorkami pod nieobecność właścicieli. Z propozycją pomocy wyszedł też prezes Spółdzielni Mieszkaniowej Właścicieli Kazimierz Zasada. Dalej – Roman i Krystyna Köenig. - Pani doktor w zasadzie pracowała na dwa szpitale – o życzliwej lekarce z Jastrowia mówi pani Anna.
Bez centa przy duszy
- Wypadek zrujnował nam życie – uważają małżonkowie. W jednej chwili oboje stracili nie tylko zdrowie, ale i rodzinę. - Dzieci, wnuczka, wszyscy mieszkają w Niemczech, my tam już nie wrócimy – wyjaśnia pani Anna. Zdjęcie małej Zosi, która w czasie wypadku miała zaledwie trzy miesiące, przez cały czas stało przy łóżku pana Andrzeja na OIOMie. Dalej – praca. Nasza rozmówczyni, na której powrót niemiecka szefowa długo czekała, w końcu została zwolniona. - Zostaliśmy niepełnoprawni i bez centa przy duszy – kobieta mówi wprost. Bo mimo że była ubezpieczona i w Polsce, i za granicą, dotąd nie otrzymała odszkodowania. - W Niemczech mówią mi, że skoro mieszkam w Polsce, to niech w Polsce mi płacą – referuje. Tymczasem w rodzinnym kraju też niczego, prócz zaliczek na poczet odszkodowania, nie udało się jeszcze wywalczyć, ponieważ w toku wciąż jest prowadzone przez prokuraturę śledztwo, a proces sądowy przeciwko sprawcy jeszcze się nie rozpoczął. Małżonkowie utrzymują się więc z renty pana Andrzeja, do której po wypadku dołożono 250 złotych oraz z zasiłku pielęgnacyjnego, co łącznie daje ponad 600 złotych na miesiąc. Jak za taką kwotę wyżyć? Bo o leczeniu nie ma co mówić. Zresztą ono również idzie opornie. Pan Andrzej, którego w Pile skierowano do ośrodka rehabilitacji w Choszcznie, dotąd nie spędził tam ani dnia. Powód? Odmówiono przyjęcia. W ubiegłym tygodniu (czyli niemal rok po wypadku!) zaczęła do niego przychodzić rehabilitantka. Wcześniej otrzymywał taką pomoc jedynie w szpitalu. Pani Anna przez długie miesiące korzystała z rehabilitacji w jastrowskim zakładzie rehabilitacyjnym.
[[reklama]]
To ona biega też po urzędach, dopełniając formalności niezbędnych do uzyskania odszkodowania (jako sprawcę wypadku biegły wskazał kierowcę ciężarówki). W jednym z urzędów, skarbowym, panie zmobilizowały ją do jeszcze jednej aktywności: zapoznania się z fundacją Złotowianka. Od stycznia państwo Nakliccy są jej podopiecznymi, dzięki czemu możecie, Drodzy Czytelnicy, wspomóc ich leczenie. Zachęcamy do przekazywania 1% podatku – niewielki gest, pomnożony przez liczbę dobrych serc, może przybrać naprawdę konkretną wartość. Droga jest prosta: wystarczy w zeznaniu podatkowym, w rubryce ""wniosek o przekazanie 1% podatku należnego na rzecz organizacji pożytku publicznego"", wpisać: Nakliccy Anna i Andrzej, N/23. nr KRS fundacji: 0000308316. Datki można też przelać na konto fundacji SBL Zakrzewo 25 8944 0003 0002 7430 2000 0010 z dopiskiem: N/23.
Patrycja Kajewska
Dyskusja pod artykułem została zamknięta.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze