Sprawa domu przy okoneckiej ulicy Niepodległości 66 nie jest nowa – pochylało się nad nią już trzech burmistrzów, niewdzięczna rola wyprowadzenia naszych rozmówców z lokalu przypadła natomiast czwartemu. Szefująca gminie pierwszą kadencję Małgorzata Sameć, jak słyszymy, innego wyboru nie miała. - Samorządu nie stać na wykonanie remontu budynku o którym mowa – wyjaśnia burmistrz. - Muszę działać w takich warunkach i w ramach takich możliwości finansowych, jakie zastałam obejmując stanowisko – uzasadnia.
Nasi rozmówcy, nie godzący się z nakazem wyprowadzki, zaznaczają, że bieżący stan jest pokłosiem wieloletnich zaniedbań, winą za niego obarczają więc głównie poprzednich rządzących.
- Pierwsze podania o wykonanie remontu domu w imieniu braci pisałam do urzędu jeszcze za Romualda Duszary – wspomina Krystyna Miara, siostra Zbigniewa, Mirosława i Jana Misiaków. Kobieta zaznacza też, że wówczas małymi krokami zawsze udawało się coś naprawić czy wymienić. - Kiedy pan Duszara przestał być burmistrzem, wszystko się skończyło – zaznacza kobieta, dodając, że za czasów urzędowania Andrzeja Jasiłka sprawa stanęła w miejscu. [[pay]] W obawie o to, że przez kolejnego burmistrza (Mieczysława Raptę) również zostanie ona odłożona, o stagnacji w kwestiach remontowych poinformowała Powiatowy Inspektorat Nadzoru Budowlanego. Ten z kolei określił zakres niezbędnych prac i zobowiązał urzędników do ich wykonania. - Mimo tego znów nic się nie działo. Potem Mieczysław Rapta zwrócił się do PINB z wnioskiem o przedłużenie terminu, w jakim urząd miał zrealizować jego wytyczne. Inspektorat się do niego przychylił, mimo tego wciąż nikt nic nie robił, a potem pan Rapta przegrał wybory i tyle – podsumowuje Krystyna Miara. Kobieta jednak tematu nie odpuściła – ponownie interweniowała w PINB. W efekcie jej działań 10 września przeprowadzono kontrolę domu przy Niepodległości 66. „Stwierdzono zły stan techniczny w szczególności ugięcie stropu nad pomieszczeniem pokoju w lokalu mieszkalnym nr 1 grożące zawaleniem, liczne zawilgocenia, pleśń na ścianach i sufitach w lokalu mieszkalnym nr 3 oraz zły stan techniczny wiatrołapu, tj. częściowo zniszczony strop i luźne, spróchniałe elementy drewniane nad wejściem do budynku” - za tymi ustaleniami poszedł nakaz: właściciel obiektu, a więc gmina Okonek, została zobowiązana do opróżnienia go z rygorem natychmiastowej wykonalności. Na reakcję samorządu tym razem nie trzeba było długo czekać – lokatorzy otrzymali dokumenty nakazujące opuszczenie lokalu zawierające również informację, że w razie braku reakcji gmina wystąpi do sądu z pozwem o eksmisję. Tym samym rodzinom zaproponowano inne lokale. I tu pojawia się problem...
W domu przy Niepodległości mieszkało pięć rodzin. W czwartek, kiedy byliśmy w Okonku w budynku zostały już tylko dwie – bracia Misiak oraz Teresa Maciejewska z mężem oraz trójką dzieci. Dla pani Teresy i jej bliskich miały to być ostatnie chwile w starym miejscu, ponieważ propozycja innego lokalu złożona im przez gminę została przyjęta, stało się jednak inaczej. Maciejewscy ostatecznie we wskazanym terminie (który upłynął w sobotę) nie opuścili domu przy Niepodległości.
Panowie Zbigniew, Mirosław i Jan dom, w którym spędzili całe życie, muszą opuścić do 30 listopada. Na długo przed tym terminem jednak (9 października) teren wokół niego został przez pracowników Zakładu Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej ogrodzony biało-czerwoną taśmą, na murach zaś zawisły tabliczki ostrzegające przed przebywaniem w obiekcie i zagrożeniu z tym związanym. - Cały Okonek ma z tego ubaw – Krystyna Miara wytyka brak empatii pracowników ZGKiM. Jeszcze bardziej boli ją propozycja lokalu, jaką otrzymali jej bracia. - We trójkę, w podeszłym wieku, bo jeden ma 53 lata, drugi 58, a trzeci 60, mają się przenieść do maleńkiego mieszkania na poddaszu, z dwoma pokoikami i kuchnią, bez łazienki. Wszystko ma powierzchnię 35 m² – ubolewa kobieta. - Średni brat ma kłopoty z chodzeniem. Jak on tam raz po schodach wejdzie, to już stamtąd nie wyjdzie – prognozuje pani Krystyna. Pozostali bracia potwierdzają. Zresztą... - My tam nie pójdziemy – oświadcza pan Zbigniew. Powodów sprzeciwu jest kilka. Najważniejszy – dobytek braci w nowym mieszkaniu się nie zmieści. - Nawet nie mógłbym tych mebli zabrać – pani Zbigniew wskazuje na pokojową meblościankę – nie wejdzie tam na wysokość – tłumaczy. - A co zresztą? - pyta. - Mamy tu gołębie, psy, kozę.. - wylicza najmłodszy z czwórki rodzeństwa pan Jan, dodając, że zwierząt nie zostawi. Nie chce zostawiać też ogrodu, który w części został zagospodarowany na warzywniak, ani narzędzi. - Bracia pracują dorywczo, więc to wszystko jest im potrzebne – pani Krystyna mówi o sprzęcie gospodarczym. - W mieszkaniu, które im zaproponowano na pewno wszystkiego nie zmieszczą – przypomina. Ponad wszystko nie może jednak przeboleć jednej rzeczy: - Żeby starszym ludziom takie coś zaproponować... Przecież to niehumanitarne! - uważa.
Moi rozmówcy przyznają, że w rodzinnym domu nie chcą pozostać za wszelką cenę. - Możemy się przeprowadzić, ale w miejsce, gdzie będziemy mogli żyć normalnie – wyjaśnia pan Jan. Jego siostra potwierdza, że żadnemu z braci nie w głowie luksusy. - Wiem, że tu też nie mają wysokiego standardu, ale chyba o to w życiu chodzi, żeby ludziom polepszać, a nie pogarszać – uważa, za przykład podając 66-letnią Teresę Maciejewską, która żyje wraz z 75-letnim mężem i z trójką dzieci (dwoje z nich jest niepełnosprawnych). - Z dwóch pokoi pójdą na dwa. Starzy, chorzy, nadal będą musieli spać w kilku w jednym pokoju – zauważa pani Krystyna.
Jeden z pokoi nowego mieszkania ma 18 m², drugi – 6 m². Do tego dochodzą kuchnia, łazienka i przedpokój. - Żałuję, że zgodziłam się na to mieszkanie, ale wystraszyłam się sądu – przyznaje pani Teresa.
Nasi rozmówcy mają żal do władz gminy, głównie poprzednich, ponieważ sprawa o której piszemy, jak ciągle przypomina pani Krystyna, nie jest nowa. - Był czas na reakcję – zaznacza kobieta.
- I niech Pan zobaczy do czego doszło. Wyrzucą ich stąd jak śmieci... - urywa Krystyna Miara.
Burmistrz Małgorzata Sameć zaznacza natomiast, że lokal, który braciom zaproponowano nie jest pierwszym. - Wcześniej formułowaliśmy inne propozycje, ale panowie Misiak na żadną z nich nie przystali – wyjaśnia burmistrz, dodając, że składane one były w formie ustnej. Dodaje też, że lokale o których mowa zostały już zajęte przez inne rodziny. - Lokal, który zaoferowaliśmy panom Misiakom jest ostatnim wolnym, jaki posiadamy – tłumaczy Małgorzata Sameć. Innych propozycji zatem nie będzie. Burmistrz podsuwa przy tym inne rozwiązanie: - Lokalizacji przedstawionych przez gminę nie trzeba przyjmować. Każdy może poszukać lokalu na własną rękę – zauważa burmistrz. W przypadku nakazu opróżnienia alternatywy nie ma. Jeśli panowie Misiak oraz Maciejewscy, w tej chwili bezprawnie zajmujący mieszkanie, nie wyprowadzą się, gmina wystąpi do sądu z pozwem o eksmisję obu rodzin. [[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze