- Książka jest moim rachunkiem sumienia, pokazuje mój szacunek dla miasta i ludzi. Pisząc ją chciałem spłacić dług wobec Złotowa i jego mieszkańców - z prof. Andrzejem Kokowskim o książce o Złotowie rozmawia Łukasz Opłatek
Niedługo odbędzie się promocja Pana książki „Złotów. Opowieść o małym miasteczku” (Wydawnictwo UMCS 2012). Na co dzień pisze Pan książki o archeologii, a tu nagle maluje Pan obraz Złotowa lat 60-tych i 70-tych. Skąd ten pomysł?
Obserwując zmiany jakie tu zachodzą dostrzegłem w pewnym momencie, że to już nie jest moje miasto. Nie ma domów, nie ma ludzi, których pamiętam. Zrobiło mi się tego autentycznie żal. Pomyślałem, że dopóki pamiętam, powinienem napisać o tym Złotowie, jaki on kiedyś był.
Z Pańskiej książki wynika, że był piękny, romantyczny, niemal bez skazy. To obraz bardzo wybiórczy.
To rzeczywiście jest obraz wybiórczy, pogodny, ale ja tak zostałem ukształtowany przez moją rodzinę, że patrzę na życie optymistycznie. Ja na prawdę nie pamiętam złych rzeczy. Niech to nie zabrzmi jak założona metoda, taki jest mój sposób na życie. [[reklama]] Jeden z rozdziałów poświęca Pan językowi. To fascynującej jakim tyglem w latach powojennych był Złotów.
Nasz język był wielowarstwowy. W szkole wymagano, żebyśmy mówili poprawnie po polsku. W domu mówiliśmy po naszemu – taką mieszaniną...
...żeście godoli.
No (śmiech). Ale był też obok nas język niemiecki, do znajomości którego wstyd było się przyznać. Mój sąsiad przyjechał z kieleckiego i jego babcia staruszka mówiła kieleckim dialektem. Mama mojego przyjaciela była warszawianką i mówiła tak, jak na filmach przedwojennych. A jego ojciec był spod Zaleszczyk. Turlaliśmy się ze śmiechu jak on do nas przemawiał.
Podobnie było z tradycją kulinarną. Mieszały się nie tylko gwary, ale i przepisy.
Na przykład my długo nie jadaliśmy na wigilię barszczu. U nas się jadło zupę rybną. I kiedy szedłem do mojego przyjaciela i oni częstowali barszczem, to ja nie wiedziałem czy ja grzeszę, czy też nie. [[reklama]] Podobno pokolenie, które Pan reprezentuje zostało stracone. Zniszczył je komunizm.
Nieprawda! Myśmy tę naszą młodość przeżywali na swój sposób. Myśmy tę młodość rwali radośnie. Miasto było wtedy szare, biedne, zapracowane, malutkie i siermiężne, ale dla nas to było miejsce szczęśliwego dzieciństwa. Tą książeczką chciałem zawalczyć o honor mojego dzieciństwa.
Tak, jak w 1970 roku, gdy w liceum wystawił Pan przedstawienie z okazji upadku Powstania Warszawskiego?
Niektórzy nauczyciele byli niespecjalnie przychylni pomysłowi. Znaleźliśmy jednak takiego, który nas wspomógł, ale nie dopilnował do końca, bo zrobiliśmy dekorację na całą ścianę w sali gimnastycznej z wielkimi literami AK. Na premierze oczywiście w pierwszym rzędzie siedział komitet powiatowy. Widziałem jacy są nabuzowani. [[nowa_strona]] Wyobrażam sobie, co się działo w szkole po tej demonstracji...
Tym opiekunem był profesor Władysław Gołębiowski i to jego komitet opierdzielał na korytarzu. Podszedłem do nich z pytaniem o co ta awantura? No bo tutaj „AK” jakieś, a to „AL” przecież było – oni na to. A je, że to „AK” oznacza Andrzej Kokowski, bo ja byłem reżyserem. Oni to kupili, bo to była dla nich zapewne jakaś deska ratunku. Może sprawozdając gdzieś dalej napisali, że kretyn uczeń taki i taki napisał swoje inicjały.
Dużo miejsca w książce poświęca Pan ludziom. Bez nich nie byłby Pan tym, kim jest dzisiaj.
Zetknąłem się z cudownymi, zaangażowanymi nauczycielami, ale też wspaniałymi sprzedawcami w sklepach, szewcami, krawcami, czy niewidomymi, którzy robili szczotki. Oni wszyscy nas kształtowali. I zazwyczaj szlachetnie. Dzisiaj to brzmi nieprawdopodobnie, ale ci wszyscy ludzie czuli się jakoś nieprawdopodobnie odpowiedzialni za naszą przyszłość. [[reklama]] To zupełnie inaczej niż dzisiaj. Dziś liczymy się tylko my i nasze sprawy.
Dzisiaj miasto jest dostatnie, ale kiedyś ludzie na rynku chodzili z grosikami i starali się jak najtaniej kupić podstawowe produkty. Ja sam też stawałem przed lekcjami w szeregu sprzedających i sprzedawałem wyhodowane przez rodziców kalafiory. To są rzeczy, które dzisiaj nie mają miejsca również dlatego, że ludzie zdobyli inny stosunek do rzeczywistości. Dzisiaj się ludziom należy, a wtedy trzeba było zdobyć.
Ale nie wszyscy złotowianie z Pana wspomnień są tacy kryształowi. Był pewien „zbój”...
„Migoń” Senska. Wiecznie tak samo wyglądał, w tym samym płaszczu, wiecznie „lekko” pijany. Zbój. Wokół niego rosła legenda, że on każdemu przywali. Jesienią zawsze znikał, a myśmy myśleli, że poszedł do aresztu przeczekać zimę. Rzeczywiście – wracał jakoś tak z bocianami.
Tacy ludzie też tworzyli atmosferę miasta, która Pan pokochał?
Oczywiście. Ale przede wszystkim inni. Był taki gitarzysta – Andrzej „Śliwa” Śliwiński. Talent niemierzalny, inteligencja – nieprawdopodobna. Ale on ten swój talent zmarnował w alkoholu. Natomiast był moment, gdy on wokół siebie budował pewną strategię przyjmowania kultury europejskiej. To on decydował jakiej muzyki słuchaliśmy. [[reklama]] W jaki sposób? Mówił co jego zdaniem, jest dobre?
On był naszym idolem, grał w zespole Czarne Koszule, ale też lubił siąść z gitarą na skwerze i grać. Myśmy zbierali się wokół niego, a on pytał: czego słuchacie? No To Co.
Dno – mówił. A słyszeliście o Davisie? No nikt nie słyszał. I on wtedy grał. On nas mobilizował do szukania „innego brzmienia” i innych wrażeń.
Były też w mieście rzeczy niezmienne, jak choćby figura jelenia.
W moich czasach był on większy, ładniejszy i kolorowy, bo miał rzeczywiście barwy jelenia. Stał między dwoma choinkami (najbardziej popularne drzewo iglaste w Polsce to rzecz jasna choinka) i jak ktoś miał urodziny, to szedł się sfotografować z jeleniem. Umawiało się z kimś przy jeleniu. [[nowa_strona]] Dziś jeleń stoi na rondzie. To już nie jest ten sam jeleń?
W momencie przeniesienia stracił to, co było dla niego najważniejsze – „królewskie miejsc” i przestał być punktem odniesienia.
Jeździł profesor na nim? Niektórzy wciąż próbują go dosiąść.
Jeleń był miejscem męskiej inicjacji. Chłopak jak dojrzał, to musiał posiedzieć na jeleniu. Jak ktoś go dosiadł, to już mógł pić wino z Lipki. Pamiętam też jak raz szliśmy do kościoła, a na jeleniu wisiały wielkie, różowe, damskie gacie. Oczywiście „wszyscy wiedzieli” czyje to były gacie. [[reklama]] Nie wierzę, że młodość w Złotowie upłynęła Panu pod znakiem beztroski. A co z pogmatwaną historią miasta? Musiał profesor się z nią stykać.
Myśmy nigdy o tym nie tylko nie rozmawiali, ale nawet nie myśleli. Dla nas ten Złotów był taki, jakim go widzieliśmy – nasz! Dopiero po dziesiątkach lat spadła nam łuska i zaczęliśmy dostrzegać, że np. nasze liceum zbudowali Niemcy. Podobnie było z Górą Żydowską. Myśmy tam palili pierwsze papierosy i pili pierwsze wina, ale wtedy nie kojarzyliśmy tego miejsca z cmentarzem. Leżały tam jakieś kamienie. No leżały.
A szacunek do przeszłości, do przodków? Pisze profesor, że zapalał świeczki na cmentarzu wojennym, ale na ewangelickim już nie.
Na to się rodzice nigdy nie zdobyli, natomiast przechodząc obok wieczorem widywałem na nim zapalone świeczki. Zastanawiałem się, kto tym „szkopom” świeczkę zapalił? Kto się odważył? Staraliśmy się nie zapuszczać na ten cmentarz, bo nad nim wisiały jakieś czarne chmury. Wiedzieliśmy że tam w grobowcach chłopcy z zawodówki piją wino, bo nas pędzili stamtąd. Opisałem też w książce jak przyjechała ciężarówka i wywiozła płyty nagrobne z tego cmentarza.
Chodzi profesor popatrzeć na pomnik Piasta? Był Pan świadkiem jego powstawania.
Chodzę! On jest mój! Pamiętam, że po mszy świętej obowiązkiem było pójść całą rodziną zobaczyć jak tam wygląda postęp budowy. Pod wiatą leżały trzy kloce, bo chyba z trzy wersje przygotowywali tego pomnika. Ktoś zawsze opowiadał jak będzie wyglądał. Pamiętam dzień jego odsłonięcia, jakież to było święto dla tego miasteczka. [[reklama]] Dla Pana miasteczka. Trudno było się z nim rozstać?
Myśmy wręcz sobie ślubowali, że tu wrócimy. Po maturze całe miasto było nasze poszliśmy na plażę i na Górę Żydowską. A tam stado chłopów stało i ryczało, bo trzeba będzie wyjechać. Tak się żegnaliśmy z miastem.
Książka kończy się na roku 1972, gdy wyjeżdża Pan na studia. Kto powinien sięgnąć po tę pozycję?
Szczerze mówiąc pisałem ją dla mojego rocznika, który wtedy „konsumował” miasto. Dla ludzi, którzy rozpoznają miejsca, ludzi i sytuacje. Ale profesor Buchwald powiedział do mnie, że najlepszymi odbiorcami tej książki będą ludzie, którzy dzisiaj mieszkają w Złotowie. Oni są w stanie skonfrontować zmiany. [[nowa_strona]] Zaskoczyło to Pana?
Mnie zdumiało ogromnie stwierdzenie, że książka zrobi większą „karierę” wśród ludzi, którzy urodzili się po okresie, o którym ja piszę. Jestem ciekaw jak to będzie.
Myśli Pan, że zrozumieją o czym Pan pisze?
Chyba nie do końca, bo to będzie dla nich egzotyka. To co ja opisuję jest już spoza rzeczywistości. Dla wielu ludzi to będzie – może nie jak bajka o żelaznym wilku, ale bajka o czymś, co nie wróci. [[reklama]] Co dało Panu napisanie tych 250 stron o Złotowie?
To jest także mój rachunek sumienia. Ta książka pokazuje mój szacunek do miasta i jego mieszkańców. Pisząc ją chciałem spłacić dług wobec nich i Złotowa. Chciałbym też, by ta książka wywołała potrzebę konfrontacji wspomnień.
Coraz częściej wraca Pan do Złotowa. Dlaczego to miasto tak Pana przyciąga?
Zawsze byłem i ciągle jestem dumny ze Złotowa. Bycie złotowianinem to coś znaczy! Jak tu wracam, to w Blękwicie zwalniam, jadę 10 km na godzinę, bo chcę opóźnić moment kiedy wjadę na górkę i zobaczę miasto. To jest najpiękniejszy moment.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze