Najwyraźniej inwazji morsów nie da się już powstrzymać. Pojawiają się znikąd, szczelnie wypełniając dostępne przeręble, gdzie z lubością przeżywają swoje mroźne katharsis. O przygodzie z morsowaniem opowiedziało nam pięciu niezależnych ekspertów. Czytajcie na zdrowie!
Morsy z Lipki zmuszone są korzystać z jezior w pobliskim Debrznie. Niektórzy wybierają inne akweny, ale ja jeżdżę tam, gdzie najbliżej. Woda jest przecież wszędzie taka sama. W moim przypadku zaczęło się rok temu, aczkolwiek korciło mnie od dawna. Lubię od czasu do czasu opuścić swoją strefę komfortu. Obserwowałam morsy i chciałam sama spróbować, ale chyba nie byłam jeszcze gotowa. Nie wiedziałam do końca, że jest taka moda, po prostu moja sąsiadka zaczęła morsować, zobaczyłam gdzieś jej zdjęcia i pomyślałam: kurczę! Może w końcu się odważę i spróbuję.

Dopiero kiedy sama zaczęłam, zobaczyłam, że stałam się częścią mody [śmiech]. Przełamałam się, gdy zmógł mnie Covid. Kiedy doszłam do siebie, zastanawiałam się jeszcze długo, czy powinnam, aż wreszcie, bodajże w Mikołajki, weszłam do wody pierwszy raz. Kto nie ryzykuje, nie pije szampana [śmiech]. Za to od tamtej pory nie imają się mnie przeziębienia, katary. Przez calusieńki rok byłam zdrowa jak ryba. Namawiałam też swoją 12–letnią córkę, która choruje na zapalenie stawów. Dwa razy weszła do wody, ale nie sprawiało jej to wielkiej frajdy, a jak nie ma z tego przyjemności, to nie ma też sensu się zmuszać.
Zaczęło się od wypraw z większą grupką, ale czasem ciężko mi zorganizować się na wyznaczoną godzinę. Niektórzy wolą wcześniej, ja wolę sobie pospać w niedzielę, więc teraz jeżdżę jak najdzie mnie ochota. Taki ze mnie autsajder, ale chyba nie było takiej sytuacji, żebym kogoś na miejscu nie spotkała. Często są to zupełnie nieznajome osoby. Pierwszy raz był bardzo zachęcający, była grupa fajnych ludzi, trochę presji, trochę wsparcia i stwierdziłam, że to jest to. Mam do wszystkiego taki słomiany zapał i myślałam, że może szybko mi przejdzie. Tylko że to jest bardzo wciągający nałóg. Mi ciężko czasem przysłowiowe śmieci wyrzucić, ale przychodzi niedziela, wsiadam w samochód i jadę nad wodę. Ciężko to nawet wytłumaczyć komuś, kto tego nigdy nie robił. Nigdy nie udało mi się przesadzić czy odczuwać jakiegoś strasznego dyskomfortu termicznego, a morsowałam nawet przy –14 stopniach. Z drugiej strony mi przyjemność potrafi sprawiać nawet robienie tatuażu [śmiech]. Pięć minut to dla mnie maks, nie siedzę w wodzie dłużej i nie wchodzę więcej niż raz. Kiedyś spróbowałam i nie było to fajne. Najbardziej lubię to uczucie zrelaksowania po zimnej kąpieli, wyjątkowo przyjemne i kojące.

Marta Gram to typowy morsowy outsider
Nie hartuję się zimnymi prysznicami, a paradoksem jest fakt, że latem nie wchodzę nawet do wody, bo jest dla mnie za zimna. Myślałam, że odkąd zaczęłam morsować, kąpiel latem w morzu będzie dla mnie pestką. Okazało się, że nie. Moim zdaniem sukces tkwi w psychice i ja na pewno nie jestem jeszcze gotowa na morsowanie w morzu [śmiech]. Trzeba coś sobie w głowie przestawić, skojarzyć to z czymś pozytywnym, bo inaczej ani rusz. Za to odczuwanie zimna poza wodą zmieniło się diametralnie. Zawsze ubierałam się na cebulkę, idąc do szkoły potrafiłam włożyć spodnie i dwie pary rajstop. Teraz niemal zawsze mi ciepło, do tego stopnia, że często zapominam kazać dziecku włożyć czapkę [śmiech].
Pięć lat temu, na jednym ze szkoleń, przekonał mnie do tego dobry znajomy, który od dawna morsuje i ceni sobie ekspozycję na zimno. Był już późny październik, dość chłodno i pierwsze wejście do jeziora naprawdę nie było dla mnie łatwe. Powiedziałbym, że szokujące. Najważniejsze było jednak to, co zaczęło się dziać po wyjściu z wody, taka... rześkość.
Jak wszyscy zaczynałem w czapce i rękawiczkach, co generalnie jest błędem. Specjaliści od ekspozycji na zimno (nie od morsowania) wskazują, że dłonie i twarz też powinny być zamoczone. Niepotrzebne są także neoprenowe buty, najlepiej, żeby całe ciało miało kontakt z zimnem. Ręce to nasze tak zwane „termostaty”, zauważmy, że kiedy jest nam zimno, pocieramy dłonie o siebie, aby się ogrzać i wytworzyć więcej ciepła. W zimnej wodzie dadzą nam sygnał, kiedy jest najlepszy moment do wyjścia.
U niektórych będzie to 30 sekund, u innych dwie minuty. Nie chodzi o to, żeby było długo, chodzi o efekt końcowy. Wchodzimy i już jest bodziec, wystarczy uspokoić oddech zanurzyć się i właściwie można wychodzić. Czasami ktoś widzi, że teraz pływam, skaczę z pomostu , natomiast robię to już naprawdę długo. Znam swoje możliwości i wiem, na co mogę sobie pozwolić. Nie o to chodzi, żeby mierzyć sobie czas i bić kolejne rekordy, bo łatwo tu przedobrzyć. Niektórzy, wychodząc, mają zaburzenia równowagi, a to już oznaka hipotermii.

Kamil Sambor w mroźnym żywiole
Jeśli chcemy morsować, polecam zacząć od zwykłych zimnych pryszniców. Najpierw ciepły i kończymy zimnym. Wystarczy od dwóch do czterech minut przy temperaturze 10 stopni, to już zrobi robotę. Z czasem powinniśmy wejść o szczebel wyżej i np. zacząć od razu od zimnego. Jeśli komuś rano nie wystarcza kawa, to proponuję właśnie zimny prysznic. Do jeziora też najlepiej nie wchodzić od razu samemu. Mile widziane jest towarzystwo kogoś bardziej doświadczonego. Sam też popełniałem wiele błędów, wychodziłem z wody i biegałem albo przesadzałem z rozgrzewką i wchodziłem spocony. W ten sposób łatwo się zrazić, bo wrażenia mogą być bardzo nieprzyjemne. Z czasem to się stabilizuje, ja już właściwie wcale się nie rozgrzewam.
Kontakt z zimną wodą to zawsze jest szok, nawet dla zaprawionych i zahartowanych organizmów. Zawsze wiąże się to z mniejszym lub większym stresem. Na pewno warto zwrócić uwagę na stan swojego zdrowia. Przeciwwskazaniem do morsowania są choroby układu sercowo–naczyniowego, żylaki czy nadciśnienie. Ekspozycja na zimno ma niebagatelny wpływ na autonomiczny układ nerwowy, który unerwia narządy wewnętrzne. Z kolei układ nerwowy ma ogromny wpływ na nasz układ odpornościowy. To rodzaj domina zależnego od częstotliwości morsowania, ale też trybu życia, jaki prowadzimy. Regularnie morsującym ludziom nie jest zimno na co dzień. My mamy w domu maksymalnie 20 stopni, w sypialni 16, do tego wszystkie okna są uchylone. Co ciekawe, nasze dzieci też świetnie się z tym czują. Odkąd morsujemy z żoną, temperatura powyżej 20 stopni jawi się nam jako katastrofa.
Ludzie robią sobie zdjęcia i dowartościowują się w ten sposób. Niektórzy z tego kpią, ale ja uważam, że jeśli coś nas utwierdza w poczuciu własnej wartości, to jest dobre. Jeśli moda pokazuje, jak żyć zdrowiej i lepiej, to jest to dobra moda. Najważniejsze, żeby robić to z głową, szukać wiedzy, informacji i korzystać z nich. Nasza grupa zawsze jest liczna, mimo że niektórzy przychodzą raz i nie wracają. W ich miejsce przychodzą następni. Spotykamy się raz, dwa razy w tygodniu, na nowej plaży przy Jeziorze Zaleskim. Mamy grupę na messenger’ze, spisujemy się i kto może, ten przychodzi. Grupa daje poczucie bezpieczeństwa i radości kontaktu z innymi. Na piwo można iść z każdym, ale już do przerębla nie wejdzie się z byle kim. Ta „elitarność” nas wiąże, pozwala lepiej się poznać, otworzyć przed sobą. Ponad wszystko stawiam właśnie taką integrację z ludźmi.

Samotne morsowanie to dla Kamila praca z układem nerwowym, wyciszenie się, medytacja, oderwanie od wszystkiego, co go otacza
Czasami jest też mały minus, że jeśli chcemy maksymalnie wykorzystać ekspozycję na zimno, to powinniśmy kontrolować swój oddech. Nasze tętno przyspiesza, naczynia krwionośne kurczą się i musimy się właściwie dotleniać. W grupie, kiedy są śmiechy, chichy i totalne szaleństwo, ciężko to odpowiednio skontrolować. Raz w tygodniu chodzę morsować z grupą, bo po prostu uwielbiam tych ludzi, ale lubię też wchodzić do wody sam. To wtedy praca z układem nerwowym, wyciszenie się, medytacja, oderwanie od wszystkiego, co mnie otacza. Pozbycie się natłoku myśli i skupienie na tym jednym, konkretnym bodźcu.
Ekspozycja na zimno wspomaga przyrost brunatnej tkanki tłuszczowej, która naturalnie występuje już u noworodków, ale z biegiem czasu i przegrzewaniem organizmu zaczyna jej ubywać, co nie jest dobre. W dzisiejszym świecie króluje biała tkanka tłuszczowa, a właściwie jej nadmiar, który nie jest zdrowy. Morsowanie może być świetnym uzupełnieniem zdrowego odżywiania i aktywności fizycznej w skutecznej walce z nadwagą. Brunatny tłuszcz wręcz opływa w duże ilości mitochondriów, zwanych piecami energetycznymi, produkującymi energię i ATP (adenozynotrifosforan). Współcześni ludzie mają spory problem z gospodarką mitochondrialną, którą osłabia osiadły tryb życia, niezdrowe nawyki. Zaczyna nam zwyczajnie brakować energii, jesteśmy niedotlenieni i częściej chorujemy. Jeśli uświadomimy sobie, jak ważne są dla nas mitochondria, to będziemy wchodzili do tej wody, nie ważne, jak by była zimna.
Podczas morsowania wydziela się w naszym organizmie dopamina, przez niektórych zwana przekaźnikiem przyjemności, ale też naturalne kannabinoidy czy serotonina. Organizm przy pomocy koktajlu hormonów sam broni się przed bólem. Te procesy można wspomagać odpowiednim jedzeniem i właściwą dawką snu. Badania potwierdzają, że morsy, dzięki wzmożonej produkcji melatoniny, łatwiej zasypiają i śpią lepiej. Wśród zbawiennych wpływów morsowania trzeba też wymienić wzrost możliwości treningowych, szybkość regeneracji organizmu czy redukowania stanów zapalnych.
Czy ten biochemiczny rollercoaster nie sprawia, że powoli stajemy się ćpunami morsowania? Latem jest ciężej, ale zimne prysznice pozwalają podtrzymywać ekspozycję na zimno przez cały rok. To jest rodzaj uzależnienia, bo człowiek dobrze się po tym czuje, kiedy trzeba – pobudza się, kiedy trzeba – wycisza, ale lepiej chyba mieć takie uzależnienia niż inne. [śmiech]
Namówili mnie znajomi, jest tu taka mała grupka w Górznej. To było zimą 2019 roku, jechali morsować nad Zamzę i pomyślałam, że zabiorę się z nimi, popatrzę sobie, jak to wygląda. No i pojechałam. Na miejscu zobaczyłam mały zlot, bo były też morsy z innych miejsc. Spodobało mi się, bo panowała tam fajna atmosfera, była wspólna rozgrzewka i kupa śmiechu. Jak tak stałam z boku, patrząc, jak wchodzą do lodowatej wody i jak się przy tym świetnie bawią, to aż mnie skręcało z zazdrości. Miałam się niby tylko przyglądać, ale jakimś dziwnym trafem zabrałam strój kąpielowy i buty [śmiech]. Przebrałam się szybko i poleciałam za nimi. Weszłam do wody zwyczajnie, jak gdyby nigdy nic. Wszyscy byli w szoku. Ja też byłam trochę zdziwiona, bo w ogóle się nie stresowałam, wręcz przeciwnie – bardzo mi się spodobało.

Okazało się, że Marzena Lewicka ma do morsowania naturalny talent
Nasza grupa ma różne rozmiary: ktoś odchodzi, ktoś przychodzi. Trzon grupy to jakieś pięć osób. Najbardziej zapalonym i doświadczonym morsem jest oczywiście Mirek Mrozik. To w sumie jemu dałam się namówić, on zresztą wszystkich do tego przekonuje, wspiera i radzi, jak zacząć. Nasz wybór padł na Zamzę, bo lubimy to miejsce i ten klimat. Poza tym jest tam bardzo bezpiecznie, bo płytko i można sobie spokojnie stopniować zanurzenie. Czasem wchodzimy drugi raz, bywa, że bierzemy sobie saunę lub robimy ognisko. Angażujemy się też w akcje charytatywne. Przebieramy się, morsujemy na wesoło, a przy okazji robimy zbiórkę na Wielką Orkiestrę. W związku z natłokiem obowiązków rzadko mogę się dopasować czasowo do grupy, jeżdżę więc sobie wieczorem, we dwójkę, trójkę. Zawsze znajdzie się ktoś chętny. Na brzegu zawsze też czeka mąż, który co prawda nie morsuje, ale jak będzie trzeba, to uratuje.
Odkąd zaczęłam morsować, nie choruję. Ludzie się dziwią, a ja chodzę sobie w krótkim rękawku nawet zimą. W domu wszyscy mieli jakieś mniejsze lub większe infekcje, a mi nie było nic. Nie miewam nawet kataru, nic mnie nie boli. To coś takiego jak kriokomora, tylko że za darmo.
Wszystko jest w głowie, do tego potrzeba mocnej psychik i silnej woli. Mi wystarczy krótka rozgrzewka, wchodzę na 5 minut, niektórzy wchodzą nawet na 10. Im dłuższy morsowy staż, tym więcej można sobie pozwolić. Z wody wychodzę, kiedy zaczyna mnie już mocno szczypać. Wtedy trzeba odpuścić, żeby uniknąć delirki. Najgorszy jest pierwszy kontakt z wodą, ale to tylko chwila, organizm szybko się przyzwyczaja. Najfajniej jak jest porządny lód, wtedy woda wydaje się jeszcze przyjemniejsza. Wchodzę zawsze tak do szyi, tyle póki co mi wystarcza. Moda modą, ale to zwyczajnie trzeba też lubić. Morsowanie rozluźnia mnie po całodziennej rutynie. Czuję się potem zrelaksowana i wyciszona, odpoczywam. Po prostu czuję się dużo lepiej fizycznie i psychicznie. To taka moja chwila dla siebie. Polecam wszystkim, którzy by chcieli, ale coś ich przed tym powstrzymuje. Tej zimy sama jeszcze nie morsowałam, ale po Nowym Roku muszę się wreszcie wybrać.
Zawsze ciągnęło mnie do sportu. Od dzieciństwa grałem w piłkę nożną i ręczną, niestety, jako 16–latek doznałem dwóch poważnych kontuzji kolana. Potem były jeszcze następne urazy i tak moja przygoda ze sportem się skończyła. Zaczęła się natomiast przygoda z rehabilitacją i walką z bólem. Po kilku latach zajęć i zabiegów dolegliwości nie ustawały, wciąż dając mi się we znaki. Szukałem różnych rozwiązań. Kuzyn podpowiedział mi, że warto spróbować morsowania i krioterapii.
Pierwszy raz skusiłem się 12 lat temu i od tamtej pory regularnie korzystam z tej formy relaksu. Moje dolegliwości są dużo mniejsze, a często w ogóle już nie występują. Poprawę odczułem od razu, więc kontynuowałem tę przygodę z przyjemnością. Dodatkowym „skutkiem ubocznym” morsowania jest wysoka odporność, którą buduje się samemu, bez potrzeby używania szczepionek na rozmaite choroby. Nie przeziębiam się, nie choruję przewlekle, nawet jeśli pojawia się jakaś infekcja, to organizm sam szybko sobie z nią radzi.
Do lodowatej wody zawsze jest ciężko wejść, organizm w takiej sytuacji zawsze reaguje w identyczny sposób, wydzielając mnóstwo energii i próbując się „ratować”. W rzeczywistości do przełamania wystarczy odpowiednie nastawienie. Nie powinno się morsować, kiedy jest się osłabionym, nie można też spożywać alkoholu, który tylko „udaje”, że nas dodatkowo rozgrzewa. Jest wiele czynników, które trzeba wziąć pod uwagę, ale jakaś forma morsowania dostępna jest praktycznie dla każdego. Ja morsuję raz w tygodniu, czasem częściej. Maksymalnie przebywam w zimnej wodzie do 10 minut. Na początku wystarczy nawet minuta, potem sami będziemy wiedzieli, ile czasu potrzebujemy. Im dłużej jesteśmy w wodzie, tym bardziej wydaje się nam, że jesteśmy w stanie to wytrzymać.

Dawid Krzyk morsować zaczął z powodów zdrowotnych. I tak mu zostało
Jak ze wszystkim, trzeba jednak zachować umiar, bo organizm może zrobić nam psikusa, co może się zakończyć przykrym wstrząsem. W pewnym momencie można poczuć swego rodzaju błogość, ale to wcale nie jest dobry sygnał. Nie bez powodu mówi się, że „najprzyjemniejsza” śmierć to ta przez zamarznięcie. W wodzie najlepiej trochę się ruszać, co dodatkowo pobudza jeszcze krążenie. Pływanie jest dla prawdziwych twardzieli, bo organizm wychładza się szybciej, a morsowanie staje się... jeszcze bardziej bolesne [śmiech]. Głowę zdarza mi się zanurzać, ale na krótko i tylko na zakończenie. To bardzo indywidualna sprawa, ale też kwestia doświadczenia i znajomości swojego organizmu. W takich okolicznościach przyrody niczego nie powinno robić się pochopnie. Po wyjściu z wody czuję się jak po intensywnym bieganiu, przyspiesza mi tętno, a energia wręcz rozsadza. Taki „zastrzyk” wystarcza na dwa, trzy dni. Organizm jest wypoczęty i ma tym samym większe możliwości, powiedziałbym nawet, że można takie zabiegi stosować antydepresyjnie.
Mieszkam nad samym jeziorem Borówno, wychodzę z domu w ręczniku i już jestem na miejscu. Zawsze też mogę podejść do sąsiedniej „Poziomki” i skorzystać z dobrodziejstw sauny, która fajnie dopełnia uczucia płynące z morsowania. To moje ulubione miejsce, ale nie mam problemów z morsowaniem w terenie czy to w morzu, czy w górskim strumieniu. W skład lokalnej grupy wchodzą ludzie z różnych środowisk, są lekarze, nauczyciele, głównie ludzie świadomi swojego ciała, jego potrzeb i możliwości. Spotykamy się dość często, ale skład bywa naprawdę różny. Ustalamy konkretną godzinę – najczęściej 11:00 w niedzielę i kto może, ten przychodzi. Nie mam też żadnych problemów z morsowaniem w samotności, jak to u muzyka – wiele zależy od nastroju. To naprawdę nie jest nic nadzwyczajnego. Pokonanie psychicznej bariery daje mnóstwo satysfakcji, ale nikt cię do tego nie przekona, musisz chcieć tego sam. Jeśli czujesz, że to nie dla ciebie, nie rób tego. Z własnego doświadczenia wiem, że naprawdę nie ma się czego obawiać.
Morsować zaczęłam pięć lat temu, w Nowy Rok, ale myślałam o tym już dużo wcześniej, kiedy jeszcze nie było to takie trendy jak teraz. Nie chciałam iść z grupą, wolałam najpierw sprawdzić, jak to jest. Za pierwszym razem poszłam z koleżanką, która już morsowała. Miałam pożyczone skarpetki neoprenowe, ale poza tym nie przygotowywałam się do tego praktycznie wcale, nie doczytywałam o zdrowotnych właściwościach czy przeciwwskazaniach. Najważniejsze były dla mnie te emocje i próba zmierzenia się z samą sobą. Teraz ze skarpetek korzystam tylko przy trzaskającym mrozie.
Za pierwszym razem było naprawdę fajnie, duża adrenalina. W wodzie byłam może z trzy minuty, nie pamiętam. Wiem, że mi się spodobało i morsowałyśmy dalej dość regularnie. Zazwyczaj robię małą rozgrzewkę przed, ale nie jest to regułą. Morsowanie jest motywacją do tego, żeby się przebiec. Podobno nie powinno się wchodzić do wody spoconym, ale ja te „mądrości” biorę w cudzysłów, bo każdy organizm reaguje inaczej. Może kiedyś się przekonam, że jajko wcale nie jest mądrzejsze od kury, ale póki co, nie miałam żadnych kryzysowych momentów. Teraz wychodzę, kiedy zaczynam czuć przenikliwe zimno, bo zdarzyło mi się przerabiać temat delirki i choć podobno zdrowe, to nie było to jednak miłe uczucie. Kolejnym stopniem wtajemniczenia było dla mnie zamoczenie dłoni i pływanie. Mam problemy z krążeniem w dłoniach i liczyłam, że morsowanie może tu coś poradzić. Niestety, jak dotychczas nic to nie pomogło. Jak fisiuję, to zdarza mi się zamoczyć głowę, choć początki do łatwych nie należały.

Sylwia Mróz w morsowaniu nie jest zbyt systematyczna, ale za to... dokładna
Jest sporo grup morsów, ale nie wszyscy się ujawniają. Na plaży przy ulicy Jeziornej spotykam się z sobotnią grupą wyjadaczy i niedzielną, nastawioną na dobrą zabawę, przebieranki i tematyczne morsowanie. Powoli przechodzę jednak do samotnych kąpieli. Cenię sobie niezależność, nie lubię się umawiać, idę, kiedy mam ochotę, wskakuję do wody i już. Chociaż podobno nie jest to zbyt mądre. Teoretycznie nie wiadomo, co może się zdarzyć podczas morsowania, ale ja takie metodyczne podejście mam raczej w głębokim poważaniu. Nie mam żadnej filozofii, interesuje mnie dobra zabawa. Najfajniejsze jest morsowanie z saunowaniem, takich atrakcji nigdy dość. Mój ukochany przerębelek jest nad Jeziorem Zaleskim, mam blisko działkę, gdzie mogę się schować i dogrzać przy kominku. Zdarzyło mi się raz morsować w Bałtyku i byłam zdziwiona, że jest cieplej niż w jeziorze.
„Po” zawsze buzuje we mnie ogromna energia. Przyjeżdżam do domu i mój partner jest przerażony, bo mnie aż roznosi. Karol sam miał chwilowy przebłysk, że może by spróbować, ale już tydzień później stwierdził, że nie jest to dla niego naturalne środowisko i nie da się już raczej przekonać. Tym bardziej teraz, kiedy wybuchła na to prawdziwa moda i „każdy głupi” może morsować. Ja ogólnie też jestem zmarzluchem, w wannie lubię naprawdę ciepłą wodę, ale zauważyłam, że z czasem coraz mniej przegrzewam swój organizm. Moja odporność faktycznie się zwiększyła, a bariera komfortu przesunęła o kilka stopni w dół. Ten sezon mam trochę kryzysowy, byłam w wodzie dopiero kilka razy, ale miewałam sezony, że morsowałam bardzo namiętnie. Potrafiłam pojechać nad jezioro po pracy, w weekendy, ale systematyczna w tym nie jestem. Uporządkowane życie troszeczkę mnie męczy i tak samo mam z morsowaniem. Mimo wszystko zimno nie jest dla mnie stresujące, nazwisko przecież zobowiązuje. Tylko dłonie chyba mam po mamie [śmiech].
Leszek Chełmowski; fot arch. prywatne rozmówców

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!