Zawsze marzyło mi się, żeby zagrać w prawdziwym teatrze, dostać chociaż rolę statysty. Nierealne. Więc mówiąc żartem, ponieważ żaden teatr nigdy nie chciał mnie zatrudnić, sam go sobie stworzyłem. Mówiąc serio, po prostu chciałem się w tym sprawdzić. Żeby wiedzieć, czy jestem dobry, czy nie.
Nie wiem. Gdy robiliśmy pierwszy spektakl w ogóle nie było pomysłu, że ma powstać teatr. Chciałem jedynie zrobić „Męża i żonę”. Gdy po studiach zaczynałem pracę w Szkole Podstawowej nr 1, pojechaliśmy z nauczycielami na ten spektakl z udziałem Krystyny Jandy, Piotra Machalicy i Janusza Gajosa. Sama ekstraklasa. Jak zobaczyłem ich na scenie, byłem oczarowany grą, dykcją, ruchami, wszystkim. Zrobili z tego rewelacyjną komedię. Przeczytałem sobie tę książkę i później sam dla siebie, dla własnej satysfakcji zacząłem uczyć się roli. To było osiemnaście lat temu. Wtedy zaczęło chodzić mi po głowie, że muszę zrobić kiedyś taki spektakl. Tyle że nigdy nie byłem aktorem ani nie reżyserowałem, miałem opory i najzwyczajniej nie chciałem się splamić. Dlatego przez lata nie miałem odwagi, ale też mówiąc obiektywnie – czasu. Teraz mam więcej czasu i wiary w siebie, więc się odważyłem.
Reklama
To był kompletnie przypadkowy wybór. Znajomi też się mnie o to pytali, i to niejednokrotnie, a to był całkowity zbieg okoliczności. Jak powiedziałem, pierwsza sztuka już wiele lat temu przypadła mi do gustu. Chciałem ją zrobić raz, jedną jedyną i nie myślałem o teatrze. Okazało się jednak, że miałem intuicję i znakomicie dobrałem aktorów. Wyszło na to, że jakoś tam potrafię kierować tą amatorską grupą artystów i zrobić coś, co spodobało się ludziom. Stąd postanowiłem zabrać się za kolejne przedstawienie. W telewizji zobaczyłem akurat spektakl „Nikt mnie nie zna”. Tematyka faktycznie była podobna, bo tutaj mąż, który jest bardzo zazdrosny, a tam sztuka o tym, że zdrada zdradę zdradą pogania. Z kolei w „Bogu mordu”, czyli w naszym najnowszym spektaklu, ponownie jest mowa o relacjach międzyludzkich w oparciu o małżeńskie konfrontacje. Tak wyszło, ale to czysty przypadek.
O tak. Nie raz słyszałem: co ty Wojtek robisz? Teatr? Wuefista? Nieee. Dlatego tak pozytywnie podziałał na mnie ten entuzjastyczny odbiór pierwszej sztuki.
Reklama
Gdy zrobiliśmy „Nikt mnie nie zna”, Andrzej Motak zaproponował, żebyśmy zagrali go na teatraliach. Trzeba było jakoś nas nazwać. Na wymyślenie nazwy miałem dwa dni. Skonsultowałem pomysł z aktorami. Nadanie nazwy było więc wymuszone, a nawiązuje ona do tego, że wszystko w życiu ma drugie dno. Gdzie się nie ruszysz, nie ma oczywistej prawdy. Nawet gdy z kimś rozmawiasz, zawsze jest w tle tej dyskusji jakaś ukryta prawda. Nazwa nie miała być zbyt prosta czy trywialna. Miała coś mówić. Nasz teatr ma być środkiem odkrywania prawdy, która zawsze gdzieś tam siedzi.
Tak. Przy pierwszym spektaklu pięć miesięcy, przy drugim prawie sześć z przerwami, przy ostatnim pięć, ale przez cały czas z próbami po dwa razy w tygodniu, od jednej do trzech godzin. My naprawdę ostro pracowaliśmy. Policzyliśmy, że łącznie na próby do „Boga mordu” poświęciliśmy jakieś 90 godzin. Pewnie dzięki temu są takie efekty. „Mąż i żona” to była petarda. Sztuka bardzo się spodobała. Publiczność oniemiała. Byłem zszokowany takim odbiorem. Najprzyjemniej było wtedy, gdy nawet nie na widowni, ale już po spektaklu ludzie podchodzili, klepali i mówili: zrobiliście fajną robotę. Przy drugim spektaklu było już trudniej. Również dlatego, że było nas więcej. Przy „Mężu i żonie” pracowało nas pięcioro, a przy „Nikt mnie nie zna” siedmioro. Doszedł Czarek Adamczyk i Agata Koniarek. Już był kłopot, żeby zgrać terminy. Podczas tych przygotowań mieliśmy tylko trzy pełne próby z całą ekipą. Reszta była rwana. Ćwiczyliśmy osobne sceny, dopiero później wszystko układaliśmy w całość. Doszło też do zmiany niektórych wykonawców. Szkołę opuściła Cyryla Majda i Dominik Cierniak. Patrycja Szcześniak i Bartek Michałek (grali w „Mąż i żona”, Bartek również w „Nikt mnie nie zna”) pierwotnie chcieli grać, jednak później przemyśleli sprawę i uznali, że w kontekście przygotowań do matury nie dadzą rady. Rozumiałem to, więc znalazłem kolejne osoby: Kamila Cieślika, Agatę Koniarek, Asię Szcześniak, siostrę Patrycji i Karolinę Pawlak. Karolinę już wcześniej widziałem w akcji, m.in. w Matysarku, z kolei Asię wziąłem w ciemno, kierując się swoją intuicją. Zdarzyło się raz, że jeszcze jako gimnazjalistka zapowiadała nasz spektakl „Mąż i żona”. Bez żadnego przygotowania wyszła na scenę, na luzie operowała słowem i ruchem, pomyślałem: muszę ją mieć.
Reklama
Nie. Przecież jesteśmy amatorami. Nawet jeśli prezentujemy (tak mówią) dobry poziom, jest to amatorskie przedsięwzięcie.
To nie czas na takie przemyślenia. Myślę jednak, że nie. Co by nie powiedzieć, to tylko zabawa. Na poziomie lokalnej społeczności to może jest coś, ale dalej byłoby pewnie trudno wypłynąć z taką ofertą.
Po dwóch pierwszych tak. Do ostatniego były uwagi.
Nie dotyczyły jakości przedstawienia, które zresztą w mojej ocenie wyszło rewelacyjnie, pomimo dwóch – trzech potknięć, które nam się zdarzyły, ale publiczność raczej ich nie wychwyciła. Wyszło znakomicie tym bardziej, że to była bardzo trudna sztuka.
Te uwagi dotyczyły etyki. Na scenie dziewczyny – uczennice piły alkohol i były pijane. Oczywiście alkohol to woda, a upojenie to gra. Dla niektórych było niesmakiem, że tak młode osoby grają coś takiego. Nie odpowiadał im ten alkohol na scenie. Każdy ma oczywiście prawo do swojego odbioru i oceny.Reklama
To nie jest mój klimat. Bardzo doceniam pracę i zaangażowanie Andrzeja Motaka i jego młodych aktorów. Mają wyrobioną markę, to ikona, legenda naszej szkoły.
Andrzej wystawia od trzydziestu trzech lat. Naprawdę pełen szacunek. Dlaczego nie jestem z nim? To jest teatr pełen symboliki, abstrakcji – nie odnalazłbym się w nim i tyle.
W życiu! Wspieramy się wzajemnie. Mam z Andrzejem bardzo dobre relacje.
Wiem i tym bardziej byłem przejęty.
Jak wyglądają Pana rozmowy z Andrzejem Motakiem? Jak on ocenia wasze spektakle?
Nie przeszkadza Panu łączenie funkcji reżysera i aktora?
Pan i aktorzy wspólnie wybieracie sztuki i razem decydujecie o ich kształcie?
Jak wyglądają plany na dalszą artystyczną przyszłość?
Podobnie jak ja przed chwilą mówiłem o Matysarku. To nie są chyba jego klimaty. Sam mi zresztą kiedyś powiedział: klasyka to nie bardzo. Ja z kolei sięgam tylko po klasykę, więc absolutnie nie wchodzimy sobie w drogę, wręcz się wspieramy.
Tak to wszystko jest poukładane, żeby jedno z drugim nie kolidowało.
Zdaję sobie sprawę z tego, że stojąc z boku lepiej wszystko się widzi, łatwiej być reżyserem. Mamy jednak obecnie takie możliwości techniczne dotyczące nagrywania i podglądania swojej pracy, że nie ma z tym większego problemu. Tym bardziej, że ja chcę łączenia ról, ponieważ bardzo chcę grać, mając jednocześnie wyłączną kontrolę nad tworzeniem. Choć pewnie przyjdzie moment, kiedy wycofam się z gry, a skupię wyłącznie na reżyserowaniu. Reżyserowanie – to za duże słowo.
Z drugiej strony obiecałem sobie, że zawsze będę mieć możliwość zagrania przynajmniej epizodu.Reklama
Na razie nie mogę tego zdradzić.
Pod tym względem nie ma miejsca na demokrację. To znaczy rozmawiamy, konsultujemy, każdy ma prawo przedstawić swoją opinię, zresztą kilka pomysłów młodzieży wykorzystałem. Decyzję podejmuję jednak wyłącznie ja.
Oj nie. Podczas prac nad „Mężem i żoną” doszło do bardzo ostrych tarć między mną a jedną z dziewczyn. To był moment, kiedy myślałem, że sobie podziękujemy. Mieliśmy przez to nawet dwa tygodnie nieprzyjemnej atmosfery. Okazało się jednak, że gdy doszło do tej wręcz kryzysowej sytuacji spór przyniósł w konsekwencji oczyszczenie. Później było już jak ręką odjął. Znakomicie się dotarliśmy, już nigdy nie doszło między nami do żadnych animozji. To jest jednak prawda, że czasami trzeba z siebie wszystko wywalić. Wrzód musi pęknąć, ropa musi wyciec.
Reklama

Teatr, sztuka, gra aktorska, reżyserowanie, scenariusze to wielkie słowa, a w moim, naszym wydaniu to tylko zabawa (fot. Martyna Janiak)
Ani trochę to nie przeszkadza. Mnie w ogóle, a młodzież to chyba nawet kręci. Nie mieli problemu, żeby na próbach czy na scenie powiedzieć: Alan, zamknij się! Albo żeby walnąć mnie w gębę, a było tak w jednym ze spektakli. Jedna z aktorek na początku się bała, ale po kilku próbach nie było zmiłuj. Dziewczyna śmiało i mocno mnie lała, sam zresztą przekonywałem, że trzeba, bo podczas spektaklu to musi realistycznie wyglądać. Podczas premiery przeszła jednak samą siebie. Tak mnie strzeliła, że zobaczyłem gwiazdy. Przegięła, ale wyszło znakomicie. Każdy z nich wie, że na scenie jesteśmy partnerami w grze, ale w szkole nikt tego nie wykorzystuje. To są inteligentni ludzie.
Reklama
Nie mam pojęcia. Powtarzam, to zabawa. Tak długo jak będę się bawił i czerpał z tego satysfakcję tak długo będę w tym siedział. Słyszałem już pytania, czy nie napisałbym projektu, żeby dostać jakieś dofinansowanie na kolejny spektakl. Nie wiem, czy bym chciał. Będą pieniądze, ale będą też ograniczenia, pojawią się zobowiązania. Teraz jestem wolny i robię, co chcę i jak chcę, wyłącznie na swoich warunkach. Chcę być wolny w tym, co robię.
Przy dotychczasowych spektaklach pomagali mi przyjaciele i znajomi. Nie tylko finansowo, ale też organizacyjnie, rzeczowo i swoją pracą. Ich wsparcie mi wystarczało. Sam zresztą przekonałem się, że takie rzeczy można robić nie wydając potężnych kwot. Pierwsza sztuka kosztowała maksymalnie pięćset złotych, kolejna około tysiąc osiemset złotych, bo było dużo rekwizytów i scenografii. Budżet trzeciego spektaklu wyniósł niecałe dziewięćset złotych. Szczerze mówiąc, ja kompletnie nie rozumiem tych, którzy twierdzą, że nie da się robić kultury, bo nie ma pieniędzy. Nie zmienia to faktu, że bez pomocy innych niczego byśmy nie osiągnęli. Najciekawsze jest to, że u nas wszystko odbywa się przy udziale ludzi z ogólniaka, zarówno absolwentów, jak i obecnych uczniów. Moje podziękowania kieruję do Róży Wróblewskiej, naszej absolwentki – Make Up By Rose, która przy „Bogu mordu” wykonała nam profesjonalny makijaż, podkreślając piękno moich aktorek, a ze mnie robiąc... Cóż, tu trudno było coś polepszyć. Dziękuję także Angelice i Mariuszowi Leszczyńskim, Ani Szopieraj, Marysi Brewce, Natalii Rzechtalskiej, Justynie Wilczyńskiej–Chławiczce, Sylwestrowi Borysiukowi, Krzysztofowi Łatko, Łukaszowi Tucholskiemu, Miejskiej Bibliotece Publicznej oraz Złotowskiemu Centrum Aktywności Społecznej. Przypomnę również, że podczas ostatniego spektaklu przy współpracy z fundacją Złotowianka zbieraliśmy pieniądze dla Grzegorza Lubiny. Zebraliśmy 908 zł, za co również wszystkim serdecznie dziękuję.
Reklama
(Chwila milczenia). Nie wiem, za trudne pytanie. Mogę tylko tyle powiedzieć, że po tych trzech spektaklach widzę swoje ułomności zarówno aktorskie, jak i reżyserskie. Z jednej strony lubię pisać scenariusze, z drugiej lubię grać. Choć obiektywnie muszę przyznać, że przy tym ostatnim spektaklu było już widać, że to młodzi brylowali na scenie, ja czułem się o poziom niżej. Ale to dobrze, to oni przecież powinny się rozwijać, nie ja, więc może kiedyś faktycznie w pełni usunę się ze sceny. Tyle że to granie jednak łechta człowieka. Powtórzę jednak na koniec kolejny raz: teatr, sztuka, gra aktorska, reżyserowanie, scenariusze to wielkie słowa, a w moim, naszym wydaniu to tylko zabawa.
[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Jest Wielki w Tym co Robi i Kim Jest. Niesamowity. Gratuluje !!!!!!!.
To chyba chodziliśmy do LO w tym samym czasie :)
Potwierdzam, jeden z nielicznych nauczycieli w LO, który dał się naprawdę lubić. Do tego każdego traktował równo i nigdy nikogo nie olewał, a to wyjątek, bo za moich czasów (ponad 10 lat temu) można było w LO odczuć rodzaj dyskryminacji wobec dojezdnych uczniów (i to przez większość nauczycieli).
Fantastyczny człowiek, jako jednego z niewielu nauczycieli LO wspominam go z uśmiechem. Zawsze pogodny. Do dziś z daleka mówię mu "dzień dobry" :)
Brawo, Psorze! Świetna robota, czekamy na więcej i więcej!
Jest Wielki w Tym co Robi i Kim Jest. Niesamowity. Gratuluje !!!!!!!.
To chyba chodziliśmy do LO w tym samym czasie :)
Potwierdzam, jeden z nielicznych nauczycieli w LO, który dał się naprawdę lubić. Do tego każdego traktował równo i nigdy nikogo nie olewał, a to wyjątek, bo za moich czasów (ponad 10 lat temu) można było w LO odczuć rodzaj dyskryminacji wobec dojezdnych uczniów (i to przez większość nauczycieli).