Reklama

„A dlaczego nie” – 12 lat teatralnej pasji w Lipce

14/07/2026 16:43

W tym roku Lech Wiśniewski obchodzi 50–lecie pracy twórczej. 45 lat przepracował w Domu Kultury w Lipce, w tym 38 jako dyrektor. Od dekad współtworzy kulturalny obraz Lipki. Choć od 5 lat jest na emeryturze, nadal prowadzi grupę teatralną „A dlaczego nie”.

–Moja przygoda z teatrem amatorskim trwa 12 lat, ale samym teatrem interesowałem się już dużo wcześniej. Tym bardziej że w Domu Kultury w Lipce od lat działają jego różne formy, między innymi kabarety –  wspomina Lech Wiśniewski.

Na początku była Xenia

–  Historia teatru w Lipce zaczęła się na początku lat 50. Zainicjował ją mój ojciec, Jan Wiśniewski, który założył tutaj teatr amatorski Xenia. Jak na tamte czasy – bardzo profesjonalny. Jego aktorzy przygotowywali pełnowymiarowe, biletowane spektakle i objeżdżali z nimi wsie. Prawie wszystkie próby odbywały się u nas w domu. Byłem wtedy małym chłopcem. Leżałem pod kołdrą, a aktorzy ćwiczyli w pokoju. Pamiętam te próby –  wspomina  Wiśniewski.

Reklama

Jak dodaje, ten teatr stworzył podwaliny pod budowę otwartego w 1965 roku Domu Kultury w Lipce. Dzięki pieniądzom zarobionym podczas występów udało się przekonać ówczesne władze o potrzebie budowy takiego obiektu. Jednocześnie oznaczało to jednak, że teatr znika z mapy Lipki, a jego miejsce zajmuje prężnie działający dom kultury. Dyrektorem nowo powstałego miejsca został Jan Wiśniewski. 

50 lat pracy twórczej

O teatrze w Lipce miało być jeszcze głośno. Musiało jednak upłynąć wiele lat, by stworzyć coś równie dużego.

–  Będąc amatorem, w 1976 roku zostałem pracownikiem domu kultury. Zatrudniono mnie jako instruktora fotografii i filmu. W 1984 roku, po śmierci ojca, zaproponowano mi objęcie funkcji dyrektora, którą pełniłem przez 38 lat. Niektórzy mówili, że miałem dobre układy z władzą, ale patrząc na ten staż, musiałbym mieć układy z każdą władzą – śmieje się Lech Wiśniewski.

Reklama

Przez 10 lat przygotowywał różne formy teatralne, między innymi widowiska batalistyczne. Uczestniczyło w nich około 150 aktorów amatorów. Odgrywali sceny żołnierskie, batalistyczne, ale nie tylko. Pojawiały się także sceny z ludnością cywilną. Były to cykliczne i jednorazowe inscenizacje historyczne. Odtwarzano między innymi realia II wojny światowej, działalność partyzancką oraz walki z września 1939 roku.

Początki teatru „A dlaczego nie”

Z czasem pojawił się jednak nowy pomysł.

–  W 2014 roku razem z koleżanką z pracy, instruktorką amatorskiego ruchu artystycznego Małgorzatą Karbownik, zapragnęliśmy stworzyć grupę teatralną. Zależało nam na tym, by była to grupa dla dorosłych, ale wiedzieliśmy, że będzie to trudne zadanie. Teatr to jednak nie jest kultura masowa. Pierwsze spotkanie, które zorganizowaliśmy, było dosyć smutne, bo przyszły raptem dwie osoby –  wspomina Wiśniewski.

Reklama

Wyznaczono wtedy kolejny termin. Ostatecznie okazało się, że informacja o pierwszym spotkaniu nie do wszystkich dotarła. Organizatorzy w kwestii promocji skorzystali wtedy z pomocy Tamary Szoski, ówczesnej nauczycielki szkoły podstawowej w Lipce.

– Poza tym mieliśmy dobry grunt, bo okazało się, że w przedszkolu w Lipce co roku rodzice organizowali przedstawienie dla dzieci. Ta tradycja zresztą jest zachowana do dzisiaj. Część z nich złapała w ten sposób bakcyla, czuła niedosyt po jednym spektaklu i wstąpiła do naszej grupy. I tak się zaczęło…

Reklama

15 osób na scenie

Zaczynali od małych form scenicznych – widowisk plenerowych. Do pełnych spektakli dochodzili stopniowo.

W latach 60. i 70. co najmniej raz w miesiącu gościł w Lipce Bałtycki Teatr Dramatyczny z Koszalina. Podczas jednej z wizyt wystawiali sztukę „Awans”. Lechowi

Wiśniewskiemu zależało na tym, by w Lipce również zagrać coś podobnego.

–  Koleżanka Marta Gram zdobyła scenariusz, a następnie go przepisała –  wspomina. W ten sposób powstało widowisko „Wydmuchowo”. Rzecz działa się na wsi w latach 60.

– Pamiętam, że potem wystawiliśmy je nawet w Złotowie – dodaje. Była to pierwsza pełnowymiarowa sztuka przygotowana przez grupę. 

Reklama

„A dlaczego nie” podczas tworzenia spektakli korzysta z gotowych scenariuszy, między innymi z platformy teatrów amatorskich. Zwykle są one dostępne za symboliczną kwotę, a w przypadku mniej znanych sztuk czasem wystarczy jedynie powiadomić autora, że korzysta się z jego scenariusza.

Problemem najczęściej nie jest jednak cena, lecz liczba ról, ponieważ w zespole występuje około 15 aktorów.

– Zawsze się śmieję, że następnym razem wystawimy „Krzyżaków”, żeby każdy miał okazję wystąpić. Ostatecznie jednak zdarza mi się dopisywać dialogi i tworzyć dodatkowe postacie. Dla mnie wielką satysfakcją jest to, że oni chcą występować. Jest w tym nawet taka zdrowa rywalizacja – dodaje.

Reklama

Teatr to nie jest demokracja

Podziałem ról w zespole zajmuje się Lech Wiśniewski. Jak mówi, teatr to nie jest demokracja. Ktoś musi nim kierować.

– Ja ze swoim zespołem znam się już bardzo długo. Robię pewną analizę psychologiczną i wiem, kto może, jaką rolę zagrać. Podobnie dzieje się w innych teatrach –  tłumaczy.

W tej chwili w grupie jest około 20 osób. Są to oczywiście nie tylko aktorzy amatorzy, ale też zespół techniczny oraz osoby odpowiedzialne za organizację. Co istotne, większość z nich to osoby czynne zawodowo.

Jest wśród nich między innymi Waldemar Pydyn – stolarz. Jak mówi L. Wiśniewski, ma fach w ręku. Wszelkie prace stolarskie związane ze scenografią to jego działka.

Reklama

Nieocenieni są również pozostali pracownicy GOK w Lipce: Dominik Kordos, Anna Kordos, Emilia Słodowicz, Anna Wegner–Grzybowska, Małgorzata Karbownik oraz dyrektor Arkadiusz Porbes. Wśród aktorek są: Małgorzata Buława i Katarzyna Skrentna – rolniczki, Anna Grubich – właścicielka domu weselnego w Lipce, Mariola Sieg – pracownica marketu, Marta Gram – dyrektorka żłobka, Edyta Olczak – kierowniczka GOPS–u, Alicja Garcon – pracownica firmy kolejowej, Beata Glugla–Staniewska – pielęgniarka, Teresa Kuśmirek – pracownica szkoły, Ewa Paczkowska – nauczycielka. Jest także Katarzyna Kopczyk, spełniająca się w roli mamy. Wśród aktorów są natomiast: Przemysław Oszczypała – inżynier w tartaku, Jacek Włodarczyk – emeryt, Andrzej Pikulik – pracownik firmy stolarskiej oraz Mateusz Gerlach – wicedyrektor szkoły.

– Wykonują bardzo różne zawody, ale łączy ich jedno: pasja – mówi Wiśniewski.

Reklama

 ▲ Małgorzata Buława, Lech Wiśniewski. W sztuce „Mąż zmarł, ale już mu lepiej”

Jak powstaje spektakl?

Pomimo natłoku zajęć i zobowiązań zawodowych teatr, choć amatorski, wymaga dyscypliny. Próby odbywają się w każdą środę, a niekiedy dwa razy w tygodniu. Trwają około dwóch godzin.

– Mamy oczywiście przerwę wakacyjną, tak zwany sezon ogórkowy, ale od września wracamy do pracy. Premierę spektaklu planujemy na kwiecień – opowiada.

Na warsztacie jest w tej chwili sztuka autorstwa Krzysztofa Ryzlaka, wariacja na temat “Ożenku” Mikołaja Gogola. „Ożenek.pl.

Reklama

– Trochę bardziej o kobietach. To nie panowie będą stać w kolejce do panny, tylko będzie odwrotnie – zapowiada z uśmiechem L. Wiśniewski.

– Na przygotowanie spektaklu mamy około 8 miesięcy. Z pozoru wydaje się, że to bardzo długo, ale przy jednej próbie w tygodniu – niekoniecznie. Na początku prac nad nowym spektaklem zawsze zaczynamy od podziału ról. Potem wchodzimy na scenę i ćwiczymy. Spektakl w całości jesteśmy w stanie odegrać mniej więcej w styczniu, ale do kwietnia jeszcze go dopracowujemy – mówi Lech Wiśniewski.

Reklama

Najtrudniej logistycznie robi się w momencie, gdy gotowa jest już scenografia, bo to oznacza, że trzeba ją montować i demontować po każdej próbie.

Z kolei, żeby podejrzeć warsztat zawodowych aktorów, a także przyjemnie spędzić czas, grupa regularnie wyjeżdża do teatrów w Polsce.

Odwołać pana dyrektora!

Z teatrem wiąże się mnóstwo wspomnień. Są historie, które Lech Wiśniewski do dzisiaj wspomina z uśmiechem.

– Raz graliśmy sztukę „Jako w niebie”. To sztuka, która porusza temat życia i społeczeństwa, ale w anielskim wydaniu. Kiedy ją zagraliśmy, wójt przekazał mi, że był u niego pan z interwencją. Nalegał, by odwołać dyrektora, czyli mnie, bo robię obrazoburcze sztuki… –  wspomina Wiśniewski.

– Powiedziałem wtedy wójtowi, że przeżyłem już cenzurę w latach 80. Prowadząc kabaret, musiałem jeździć do Piły. Za każdym razem miałem wtedy ze sobą teksty w 5 egzemplarzach, a cenzor wykreślał to, co mu się nie podobało. Ja już to przeżyłem i nie zamierzałem do tego wracać. Powiedziałem więc: Wybacz, ale nikt nie będzie mi przypominał tego okresu… To już nie te czasy. 

Martyna Janiak

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama