– Widzisz tę panią na kasie? Jak nie będziesz się uczyć, skończysz dokładnie tak samo – szepcze matka do syna w jednym ze złotowskich marketów, wskazując na kobietę w bluzie sieci. Nie wie, że ta „pani” ma w szufladzie dyplom magistra, a pracę w handlu wybrała świadomie, szukając stabilności. Rozmawiamy z kobietami, które pracują w złotowskich dyskontach
Złotów, szósta rano. Dla większości z nas to pora zapachu świeżych bułek i parującej kawy. Dla nich to godzina zero. Sobota to w handlowym żargonie „kongo”. To czas, w którym maski uprzejmości spadają najszybciej, a sklepowe alejki zamieniają się w poligon. Ludzie wpadają w amok, jakby niedziela niehandlowa miała być końcem świata.
– Niektórzy wchodzą z miną panów świata, patrzą na nas z góry, mijają bez dzień dobry. Traktują nas jak powietrze. To boli, bo wiemy, jak traktowane są sprzedawczynie w osiedlowych sklepach, a przecież wykonują tę samą pracą – mówi jedna z moich rozmówczyń, która w handlu spędziła dekadę. Nie może powiedzieć, jak się nazywa, w którym dyskoncie pracuje. W papierach jest podpisana przez nią „lojalka”.
– Agresja wybucha o byle co: o zbyt długą kolejkę, o brak koszyka. Klient nie chce zrozumieć, że[paywall] każda z pracownic ma przydzielone funkcje. Kiedy jedna osoba obsługuje kasy samoobsługowe, regulamin i odpowiedzialność materialna uniemożliwiają jej siadanie przy tradycyjnej kasie – opowiada, kiedy pytamy, czy rzeczywiście są klienci awanturujący się.
Jedna z pracownic wspomina pana, który przyszedł do sklepu po jedną rzecz: pieczarki.
– Koleżanka, widząc, że mężczyzna nie ma innych zakupów, chciała mu pomóc, kierując go do kasy samoobsługowej, by nie musiał stać w dziesięcioosobowym ogonku. Efekt? Awantura, wołanie kierownika, krzyki, że „on tu płaci i on wymaga” – mówi.
Do tego dochodzą codzienne, wyniszczające bitwy o brak drobnych, chociaż i tak większość płaci już kartami albo telefonem. Klienci potrafią wyzwać sprzedawcę, bo w kasetce zabrakło miedziaków do wydania reszty z dwustuzłotowego banknotu o siódmej rano. Zapominają, że zgodnie z prawem to obowiązkiem klienta jest mieć przygotowaną odpowiednią sumę.
– My nie jesteśmy oddziałem banku narodowego, a jednak to my obrywamy za brak bilonu. Ludzie nie mają pojęcia, jaką przykrość sprawia nam to codzienne wyzywanie. Ile razy schodzimy z kas i lecą nam łzy bezsilności, bo ktoś nas potraktował jak śmiecia z powodu dziesięciu groszy – opowiada kasjerka.
– Najgorsze i tak są sytuacje, gdy klient rzuca pieniądze na ladę, unika kontaktu wzrokowego, rozmawia przez telefon, traktując pracownicę jak automat– dopowiada inna z pracownic, zatrudnionych w sieciówce.
– Ludzie wymagają od nas, byśmy znały każdą z tysięcy promocji, które zmieniają się dwa razy w tygodniu. My nie mamy takiego obowiązku – od tego są gazetki i aplikacje. A jednak to do nas mają pretensje, gdy coś się nie zgadza – twierdzi.
– Usiądź tą grubą dupą na kasę, bo ja się śpieszę! – usłyszała starsza pracownica od rozwścieczonego mężczyzny, który nie mógł znieść minuty zwłoki.
– Wstawiłyśmy się za nią wszystkie. Oburzone, wściekłe, ale wciąż uwiązane standardami obsługi.
– Nawet jeśli ktoś nie szanuje nas jako sprzedawców, powinien uszanować wiek tej kobiety – opowiadają.
Choć zespół w złotowskim Lidlu czy Biedronce to zazwyczaj około dwudziestu kobiet i tylko jeden mężczyzna, ich solidarność jest stalowa. Klienci często zakładają z góry, że do pracy w handlu trafia się z braku innych opcji, z edukacyjnego niedostatku. To nieprawda. W szufladach pracownice mają świadectwa, dyplomy matur, certyfikaty językowe i czasem dyplomy magisterskie.
Szczególnie jaskrawa jest historia młodej dziewczyny, którą jeden z klientów nazwał „księżniczką”, bo jako stażystka na umowie zlecenie nie miała jeszcze wprawy w dłoniach i na kasie jej za dobrze nie szło. Dziś ta „księżniczka” jest dyplomowaną pielęgniarką.
– Zastanawiam się często, co by było, gdyby role się odwróciły? Gdyby ten sam mało sympatyczny klient trafił pod jej opiekę w szpitalu, a ona potraktowałaby go z taką samą pogardą, z jaką on potraktował ją przy kasie? Czy wtedy też uważałby, że ma prawo do takiego zachowania? – pyta retorycznie jej koleżanka z pracy.
Generalnie panuje błędne przekonanie, że do marketu biorą każdego. Nic bardziej mylnego. To proces selekcji, w którym liczy się osobowość, szybkość przetwarzania danych i – przede wszystkim – „gadane”. Jedna z moich rozmówczyń wspomina rekrutację, w której brało udział osiem osób.
– Dostałam dwa konkretne pytania. Odpowiedziałam pewnie, bez zawahania. Wybrali tylko mnie. Reszta odpadła, mimo że teoretycznie mieli „lepsze papiery”. Tu liczy się również to, jak sobie poradzisz w trudnych sytuacjach. Ale bywają też sytuacje absurdalne i krzywdzące. Jedna z kandydatek, mimo świetnych kwalifikacji, nie dostała pracy w jednym ze złotowskich sklepów, bo miała… czerwone włosy.
– Usłyszała, że nie jest „reprezentacyjna”. W XXI wieku kolor farby na głowie może być ważniejszy niż pracowitość i uczciwość? Tak jakby czerwone włosy odbierały prawo do bycia profesjonalistką – dziwią się kobiety.
Dlaczego wybierają market zamiast innej pracy? Odpowiedź jest prosta: pieniądze i bezpieczeństwo. Ale każda sieć w Złotowie ma swoją specyficzną „cenę”.
Kobiety zatrudnione w dyskontach mają doskonale rozpoznany temat. Jeśli zależy ci na najwyższej „gołej” pensji na start, twoim celem jest Lidl. To tam stawki godzinowe są obecnie najwyższe w mieście. Jednak coś za coś – system benefitów jest tu bardziej surowy. Na święta pracownicy dostają bony, ale muszą je wydać w swoim miejscu pracy. Nie ma „trzynastek”, a paczki świąteczne nie są tak legendarne jak u konkurencji.
Zupełnie inaczej sytuacja wygląda w Biedronce. Choć podstawa bywa niższa niż w Lidlu, pakiet socjalny to prawdziwa potęga, której zazdroszczą inni pracownicy w mieście. To tutaj dostaje się potężne paczki świąteczne, bony podarunkowe i bezpośrednie doładowania kart gotówką. To realna pomoc dla domowego budżetu, która często decyduje o tym, że kobieta zaciska zęby i zostaje w pracy na kolejny rok.
Najciekawiej pod względem psychologicznym wypada Dino. Pracownice z tej sieci przyznają, że mają „najlepszych klientów”. Nawet gdy kolejki ciągną się przez pół sklepu, ludzie w Dino potrafią zachować resztki kultury. Być może to kwestia lokalizacji, może specyfiki mniejszych placówek, gdzie każdy zna każdego. Niestety, pod względem socjalnym Dino wypada najsłabiej – benefitów praktycznie nie ma, a praca jest równie ciężka.
Market to największy w mieście barometr samotności. Są tacy, którzy przychodzą codziennie o poranku. Przychodzą po „dzień dobry”, którego nie słyszą nigdzie indziej.
– Mamy swoich stałych klientów, głównie starszych, samotnych ludzi. Przychodzą po dobre słowo, czasem kilka razy w tygodniu. Zauważają, kiedy nas nie ma. Pytają: O, nie było pani dwa dni, wszystko w porządku? To są chwile, kiedy czujemy, że jesteśmy ludźmi – opowiada kasjerka.
Te osoby szukają kontaktu, chwili rozmowy o pogodzie czy zdrowiu. Dla nich pracownica sklepu to jedyny łącznik ze światem zewnętrznym, jedyna osoba, która poświęci im trzydzieści sekund uwagi.
– Wtedy czuję, że moja praca jest ważna – dzieli się swoimi emocjami pracownica dyskontu. Ona i jej koleżanki stworzyły własny mikroklimat.
– Jesteśmy jak rodzina. Dziewczyny po pracy są przyjaciółkami, jeżdżą razem do kina, wychodzą na kawę, wspierają się w najtrudniejszych momentach życia. Nie kładziemy sobie kłód pod nogi – jesteśmy zespołem, bo wiemy, że musimy na sobie polegać, bo to ciążka praca.
– Kiedy wracam do domu, padam tak, jak stoję. Muszę godzinę poleżeć w całkowitym bezruchu i absolutnej ciszy, żeby nogi przestały pulsować, a kręgosłup „odpuścił”. Dopiero potem mogę wrócić do roli matki, pomagać dzieciom w lekcjach, robić obiad. Często idę na drugą zmianę już zmęczona porannymi obowiązkami domowymi – opowiada. Jutro o szóstej rano ta kobieta znów tam będzie.
Agnieszka Wieleba

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Dobrze że powstał taki artykuł.To ważny temat.Moze choć trochę obudzi w ludziach kulturę, empatię.Moze zaczną choć trochę doceniać drugiego człowieka.
Tak jest. Bardzo dobrze. Nie tylko ten zawód jest traktowany przez część społeczeństwa "z góry". Brzydko. Nadal w Naszym społeczeństwie brakuje do spuścizny "starej" dobrej EUROPY, brakuje kultury, obycia w towarzystwie. Chociaż - muszę przyznać - na drodze widać zalążki kultury. Chociaż tyle. Ale wracając do tematu. Miej więcej połowa Naszej wspaniałej społeczności, "brzydko" traktuje ludzi pracujących na tzw. "dole": kasjerów, sprzątaczy, dostarczycieli, itp. Nie ładnie drodzy rodacy. Żadna praca nie hańbi, wręcz przeciwnie, dostarcza cennych życiowych doświadczeń. Pracowałem w dwóch różnych firmach jako kasjer-sprzedawca. Cenne doświadczenie. Poznałem fajnych ludzi, ich charaktery, oraz ciemne strony tych, co "wywyższają się", uważają się za lepszych. Jak można tak traktować człowieka pracującego - w usługach, dla dobra innych?
Brawo Agnieszka.Naprawde fajny artykuł.Warto słuchać ludzi i pokazywać ich życie z różnej perspektywy.
Bardzo dobry temat. Warty zdania. Pokazują – jak w soczewce Wspaniałe cechy Naszych Polskich, Katolickich charakterów. Miód na moje serce. Polak, Katolik, wierzący w BOGA, oczywiście „przestrzegający” zasad Ewangelii, potraktuje drugiego człowieka „bliźniego swojego” tak jak NALEŻY, wg siebie. Nic mylnego. Im bardziej gorliwy, tym gorzej. Wchodzi jak do „siebie”, ani dzień dobry, ani „pocałuj mnie w … 4-ry, coś tam”. Po naszemu – chamstwo. Ale ON, uważa to za „normę”. Tak traktują INNYCH, nie będących ze Swojego środowiska. Przecież, takie zawody wymienione przez w/w, nie są „godne” - dla niego. Rodzice – Polacy, Katolicy – będący po „prawej” populistycznej stronie, zrobią wszystko, aby ich ukochane dzieci, nie miały kontaktu, z tym „strasznym lewicowym, prostackim światem”. Fuj. Obrzydliwe. Zwykła kasjerka, sprzedawca, sprzątacz chodników, wywożący śmieci - Przecież, JA jestem „wyżej”. Jestem KIMŚ. No cóż: wychowanie, kultura, obycie - nie jedno ma imię.
Ty tu z religią nie wyjeżdżaj bo akurat katolik to najbardziej zawistny i złowrogi gatunek, który w niedzielę składa rączki i "miłuje bliźniego swego". Ludzi się po prostu SZANUJE!
Katolik, szanuje wszystkich ludzi dookoła siebie "kocha bliźniego- każdego". Obecny prawicowy katolik (zafascynowany postulatami Pis, Brauna, Konfederacji), to człowiek uważający się za lepszego, gardzący pozostałymi, słabszymi, myślącymi inaczej, chowający się za krzyżem- to dla mnie patokatolik. Tak jak dzisiaj w Polsce, tak rodził się faszyzm w Niemczech- przypomnę tylko. Braun, Zajączkowska, Bąkiewicz, Czarnek- to neofaszyści, sprzedający się w zestawie z krzyżem, Wracając do tematu, bardzo fajny materiał. Pozdrawiam wszystkie Panie, które obsługują nas w sklepach.
No niestety pełno jest ludzi którzy nie szanują pracy innych, sprzedawca to jeden z tych fachów. Te uwagi jak jest kolejka i wszyscy oczekują, że będzie otwarta nowa kasa no bezcenne, dramat no ktoś musi poczekać 5 minut no i często to się odbija na biednej Pani która sprzedaje????
Super artykuł. Brawoo:)
Panie z Dino w Radawnicy, mimo, że bardzo ciężko pracują, zawsze są uśmiechnięte, uprzejme i zawsze chętne do pomocy. Bardzo Wam jestem wdzięczna, że jesteście takie SUPER. Pozdrawiam serdecznie!!!!!!!!
I zawsze porządek w Dino w Radawnicy,aż miło zakupy zrobić .
Wypowiem się gdyż sama pracuje w sklepie, niestety taka jest prawda że ludzie robią z nas swoje kozły ofiarne bądź służące i nawet się z tym nie kryją... Człowiek aż się trzęsie aby cokolwiek przełknąć w biegu to awanturę robi bo czeka 0.001s przy ladzie albo panie które ledwo wchodzą do sklepu i już krzyczą czy ktoś ją obsłuży bo ona chce ćwiartek... I jeszcze obwinianie nas bo cena podskoczy czasami o 40gr w górę i to na przykład moja wina... Eh szkoda gadać. Ludzie nie potrafią uszanować drugiego człowieka i uważają nas za gorszy sort pomimo że dzięki nam mają jak kupić cokolwiek.
Czasy takie że czasem może będą maszyny sprzedawać i wtedy będzie przykro wszystkim. Sam artykuł jest super ale życie jest brutalne.
Już jest przykro na "samoobsługowych".Nie ma z kim zagadać,pożartować...A zmuszają nas już rano w L......codziennie...chyba żarty się skonczyły.Ja tam wybieram kontakt:człowiek-człowiek.Weselej.
W Biedronce na Norwida to jest dopiero sajgon. Tyle co tam się kupujących przewinie to głowa boli. Towary promocyjne znikają w mgnieniu oka. Obsługa nie nadąża z uzupełnianiem półek, a w sobotę sklep wygląda jak pobojowisko. Wyrazy współczucia dla pracowników sklepu.
Temat kotlet.
Panie w supermarketach sa po prostu mile,nie mam negatywnych spostrzezen,a wiec pozdrawiam i robicie naprawde dobra robote.
Tak są mile jak widzą faceta a jak starsza pani i ładnie u rana to zazdrosnice nawet ,dzień dobry nie powiedzą. Tak jest we wszystkich sklepach.
Dobrze że powstał taki artykuł.To ważny temat.Moze choć trochę obudzi w ludziach kulturę, empatię.Moze zaczną choć trochę doceniać drugiego człowieka.
Tak jest. Bardzo dobrze. Nie tylko ten zawód jest traktowany przez część społeczeństwa "z góry". Brzydko. Nadal w Naszym społeczeństwie brakuje do spuścizny "starej" dobrej EUROPY, brakuje kultury, obycia w towarzystwie. Chociaż - muszę przyznać - na drodze widać zalążki kultury. Chociaż tyle. Ale wracając do tematu. Miej więcej połowa Naszej wspaniałej społeczności, "brzydko" traktuje ludzi pracujących na tzw. "dole": kasjerów, sprzątaczy, dostarczycieli, itp. Nie ładnie drodzy rodacy. Żadna praca nie hańbi, wręcz przeciwnie, dostarcza cennych życiowych doświadczeń. Pracowałem w dwóch różnych firmach jako kasjer-sprzedawca. Cenne doświadczenie. Poznałem fajnych ludzi, ich charaktery, oraz ciemne strony tych, co "wywyższają się", uważają się za lepszych. Jak można tak traktować człowieka pracującego - w usługach, dla dobra innych?
Brawo Agnieszka.Naprawde fajny artykuł.Warto słuchać ludzi i pokazywać ich życie z różnej perspektywy.