Pani z kasy. Reportaż o godności, stereotypach i sile kobiet ze złotowskich dyskontów

13/07/2026 20:09

– Widzisz tę panią na kasie? Jak nie będziesz się uczyć, skończysz dokładnie tak samo – szepcze matka do syna w jednym ze złotowskich marketów, wskazując na kobietę w bluzie sieci. Nie wie, że ta „pani” ma w szufladzie dyplom magistra, a pracę w handlu wybrała świadomie, szukając stabilności. Rozmawiamy z kobietami, które pracują w złotowskich dyskontach

Złotów, szósta rano. Dla większości z nas to pora zapachu świeżych bułek i parującej kawy. Dla nich to godzina zero. Sobota to w handlowym żargonie „kongo”. To czas, w którym maski uprzejmości spadają najszybciej, a sklepowe alejki zamieniają się w poligon. Ludzie wpadają w amok, jakby niedziela niehandlowa miała być końcem świata.

– Niektórzy wchodzą z miną panów świata, patrzą na nas z góry, mijają bez dzień dobry. Traktują nas jak powietrze. To boli, bo wiemy, jak traktowane są sprzedawczynie w osiedlowych sklepach, a przecież wykonują tę samą pracą – mówi jedna z moich rozmówczyń, która w handlu spędziła dekadę. Nie może powiedzieć, jak się nazywa, w którym dyskoncie pracuje. W papierach jest podpisana przez nią „lojalka”.

– Agresja wybucha o byle co: o zbyt długą kolejkę, o brak koszyka. Klient nie chce zrozumieć, że[paywall] każda z pracownic ma przydzielone funkcje. Kiedy jedna osoba obsługuje kasy samoobsługowe, regulamin i odpowiedzialność materialna uniemożliwiają jej siadanie przy tradycyjnej kasie – opowiada, kiedy pytamy, czy rzeczywiście są klienci awanturujący się.

Jedna z pracownic wspomina pana, który przyszedł do sklepu po jedną rzecz: pieczarki.

– Koleżanka, widząc, że mężczyzna nie ma innych zakupów, chciała mu pomóc, kierując go do kasy samoobsługowej, by nie musiał stać w dziesięcioosobowym ogonku. Efekt? Awantura, wołanie kierownika, krzyki, że „on tu płaci i on wymaga” – mówi.

Do tego dochodzą codzienne, wyniszczające bitwy o brak drobnych, chociaż i tak większość płaci już kartami albo telefonem. Klienci potrafią wyzwać sprzedawcę, bo w kasetce zabrakło miedziaków do wydania reszty z dwustuzłotowego banknotu o siódmej rano. Zapominają, że zgodnie z prawem to obowiązkiem klienta jest mieć przygotowaną odpowiednią sumę.

– My nie jesteśmy oddziałem banku narodowego, a jednak to my obrywamy za brak bilonu. Ludzie nie mają pojęcia, jaką przykrość sprawia nam to codzienne wyzywanie. Ile razy schodzimy z kas i lecą nam łzy bezsilności, bo ktoś nas potraktował jak śmiecia z powodu dziesięciu groszy – opowiada kasjerka.

– Najgorsze i tak są sytuacje, gdy klient rzuca pieniądze na ladę, unika kontaktu wzrokowego, rozmawia przez telefon, traktując pracownicę jak automat– dopowiada inna z pracownic, zatrudnionych w sieciówce.

– Ludzie wymagają od nas, byśmy znały każdą z tysięcy promocji, które zmieniają się dwa razy w tygodniu. My nie mamy takiego obowiązku – od tego są gazetki i aplikacje. A jednak to do nas mają pretensje, gdy coś się nie zgadza – twierdzi.

– Usiądź tą grubą dupą na kasę, bo ja się śpieszę! – usłyszała starsza pracownica od rozwścieczonego mężczyzny, który nie mógł znieść minuty zwłoki.

– Wstawiłyśmy się za nią wszystkie. Oburzone, wściekłe, ale wciąż uwiązane standardami obsługi.

– Nawet jeśli ktoś nie szanuje nas jako sprzedawców, powinien uszanować wiek tej kobiety – opowiadają.

Choć zespół w złotowskim Lidlu czy Biedronce to zazwyczaj około dwudziestu kobiet i tylko jeden mężczyzna, ich solidarność jest stalowa. Klienci często zakładają z góry, że do pracy w handlu trafia się z braku innych opcji, z edukacyjnego niedostatku. To nieprawda. W szufladach pracownice mają świadectwa, dyplomy matur, certyfikaty językowe i czasem dyplomy magisterskie.

Szczególnie jaskrawa jest historia młodej dziewczyny, którą jeden z klientów nazwał „księżniczką”, bo jako stażystka na umowie zlecenie nie miała jeszcze wprawy w dłoniach i na kasie jej za dobrze nie szło. Dziś ta „księżniczka” jest dyplomowaną pielęgniarką.

– Zastanawiam się często, co by było, gdyby role się odwróciły? Gdyby ten sam mało sympatyczny klient trafił pod jej opiekę w szpitalu, a ona potraktowałaby go z taką samą pogardą, z jaką on potraktował ją przy kasie? Czy wtedy też uważałby, że ma prawo do takiego zachowania? – pyta retorycznie jej koleżanka z pracy.

Rekrutacja, stereotypy i czerwone włosy

Generalnie panuje błędne przekonanie, że do marketu biorą każdego. Nic bardziej mylnego. To proces selekcji, w którym liczy się osobowość, szybkość przetwarzania danych i – przede wszystkim – „gadane”. Jedna z moich rozmówczyń wspomina rekrutację, w której brało udział osiem osób.

– Dostałam dwa konkretne pytania. Odpowiedziałam pewnie, bez zawahania. Wybrali tylko mnie. Reszta odpadła, mimo że teoretycznie mieli „lepsze papiery”. Tu liczy się również to, jak sobie poradzisz w trudnych sytuacjach. Ale bywają też sytuacje absurdalne i krzywdzące. Jedna z kandydatek, mimo świetnych kwalifikacji, nie dostała pracy w jednym ze złotowskich sklepów, bo miała… czerwone włosy.

– Usłyszała, że nie jest „reprezentacyjna”. W XXI wieku kolor farby na głowie może być ważniejszy niż pracowitość i uczciwość? Tak jakby czerwone włosy odbierały prawo do bycia profesjonalistką – dziwią się kobiety.

Pieniądze, benefity i cena bezpieczeństwa

Dlaczego wybierają market zamiast innej pracy? Odpowiedź jest prosta: pieniądze i bezpieczeństwo. Ale każda sieć w Złotowie ma swoją specyficzną „cenę”.

Kobiety zatrudnione w dyskontach mają doskonale rozpoznany temat. Jeśli zależy ci na najwyższej „gołej” pensji na start, twoim celem jest Lidl. To tam stawki godzinowe są obecnie najwyższe w mieście. Jednak coś za coś – system benefitów jest tu bardziej surowy. Na święta pracownicy dostają bony, ale muszą je wydać w swoim miejscu pracy. Nie ma „trzynastek”, a paczki świąteczne nie są tak legendarne jak u konkurencji.

Zupełnie inaczej sytuacja wygląda w Biedronce. Choć podstawa bywa niższa niż w Lidlu, pakiet socjalny to prawdziwa potęga, której zazdroszczą inni pracownicy w mieście. To tutaj dostaje się potężne paczki świąteczne, bony podarunkowe i bezpośrednie doładowania kart gotówką. To realna pomoc dla domowego budżetu, która często decyduje o tym, że kobieta zaciska zęby i zostaje w pracy na kolejny rok.

Najciekawiej pod względem psychologicznym wypada Dino. Pracownice z tej sieci przyznają, że mają „najlepszych klientów”. Nawet gdy kolejki ciągną się przez pół sklepu, ludzie w Dino potrafią zachować resztki kultury. Być może to kwestia lokalizacji, może specyfiki mniejszych placówek, gdzie każdy zna każdego. Niestety, pod względem socjalnym Dino wypada najsłabiej – benefitów praktycznie nie ma, a praca jest równie ciężka.

Między bułką a oceanem samotności

Market to największy w mieście barometr samotności. Są tacy, którzy przychodzą codziennie o poranku. Przychodzą po „dzień dobry”, którego nie słyszą nigdzie indziej.
– Mamy swoich stałych klientów, głównie starszych, samotnych ludzi. Przychodzą po dobre słowo, czasem kilka razy w tygodniu. Zauważają, kiedy nas nie ma. Pytają: O, nie było pani dwa dni, wszystko w porządku? To są chwile, kiedy czujemy, że jesteśmy ludźmi – opowiada kasjerka.

Te osoby szukają kontaktu, chwili rozmowy o pogodzie czy zdrowiu. Dla nich pracownica sklepu to jedyny łącznik ze światem zewnętrznym, jedyna osoba, która poświęci im trzydzieści sekund uwagi.

– Wtedy czuję, że moja praca jest ważna – dzieli się swoimi emocjami pracownica dyskontu. Ona i jej koleżanki stworzyły własny mikroklimat.

– Jesteśmy jak rodzina. Dziewczyny po pracy są przyjaciółkami, jeżdżą razem do kina, wychodzą na kawę, wspierają się w najtrudniejszych momentach życia. Nie kładziemy sobie kłód pod nogi – jesteśmy zespołem, bo wiemy, że musimy na sobie polegać, bo to ciążka praca.

– Kiedy wracam do domu, padam tak, jak stoję. Muszę godzinę poleżeć w całkowitym bezruchu i absolutnej ciszy, żeby nogi przestały pulsować, a kręgosłup „odpuścił”. Dopiero potem mogę wrócić do roli matki, pomagać dzieciom w lekcjach, robić obiad. Często idę na drugą zmianę już zmęczona porannymi obowiązkami domowymi – opowiada. Jutro o szóstej rano ta kobieta znów tam będzie.

Agnieszka Wieleba

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 13/07/2026 20:15

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Brawo - niezalogowany 2026-03-04 07:14:27

    Dobrze że powstał taki artykuł.To ważny temat.Moze choć trochę obudzi w ludziach kulturę, empatię.Moze zaczną choć trochę doceniać drugiego człowieka.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Złotowianin - niezalogowany 2026-03-04 19:22:35

    Tak jest. Bardzo dobrze. Nie tylko ten zawód jest traktowany przez część społeczeństwa "z góry". Brzydko. Nadal w Naszym społeczeństwie brakuje do spuścizny "starej" dobrej EUROPY, brakuje kultury, obycia w towarzystwie. Chociaż - muszę przyznać - na drodze widać zalążki kultury. Chociaż tyle. Ale wracając do tematu. Miej więcej połowa Naszej wspaniałej społeczności, "brzydko" traktuje ludzi pracujących na tzw. "dole": kasjerów, sprzątaczy, dostarczycieli, itp. Nie ładnie drodzy rodacy. Żadna praca nie hańbi, wręcz przeciwnie, dostarcza cennych życiowych doświadczeń. Pracowałem w dwóch różnych firmach jako kasjer-sprzedawca. Cenne doświadczenie. Poznałem fajnych ludzi, ich charaktery, oraz ciemne strony tych, co "wywyższają się", uważają się za lepszych. Jak można tak traktować człowieka pracującego - w usługach, dla dobra innych?

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Brawo - niezalogowany 2026-03-04 20:12:50

    Brawo Agnieszka.Naprawde fajny artykuł.Warto słuchać ludzi i pokazywać ich życie z różnej perspektywy.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.