Nie mają luksusowego ośrodka, sponsorów ani wielkiej stajni pokazowej. Mają za to 27 koni, które są dla nich rodziną, światowej klasy ogiera, którego potomstwo służy w królewskich stajniach oraz pasję, której podporządkowali całe życie. W Czyżkowie koło Lipki człowiek nie jest najważniejszy. Tutaj obowiązuje jedna zasada – konie mają prawa, a ludzie obowiązki!
Fawor, światowej klasy koń, którego synowie zasilają gwardię królewską w Wielkiej Brytanii i w Szwecji, spokojnie wychyla głowę zza boksu. Potężny, biały koń z pięknym rodowodem przyciąga wzrok od pierwszej chwili. Ma dwadzieścia lat, za sobą starty w mistrzostwach świata i tysiące przejechanych kilometrów. W jego spojrzeniu nie ma jednak śladu sportowej pychy. Jest za to spokój, którego próżno szukać u wielu ludzi.
– To koń profesor – mówi jego właścicielka Joasia Martyn z Czyżkowa koło Lipki.
– Chodził mistrzostwa świata w powożeniu i ujeżdżeniu. On ma w głowie całą encyklopedię wiedzy. Fawor jest jednym z mieszkańców gospodarstwa o nazwie „Stajnia z pasją”, które dla swoich właścicieli stało się czymś więcej niż miejscem pracy. To dom ludzi, którzy całe życie podporządkowali zwierzętom, a szczególnie koniom. Już przy wejściu do stajni widać, że nie jest to typowy ośrodek jeździecki. Na ścianach wiszą ręcznie szyte uprzęże. Niektóre mają ponad sto lat.
– To uprzęże szorowe i chomątowe. Część z nich jest przedwojenna, jak na przykład ten janczar, są uprzęże parowe i singlowe – opowiadają gospodarze. Dla osoby niezwiązanej z końmi wszystkie paski, sprzączki i skórzane elementy wyglądają podobnie. Dla pasjonatów – każdy z nich ma swoje znaczenie.
– Koń pod siodłem niesie człowieka. Koń w zaprzęgu ciągnie bryczkę. To zupełnie inna praca, pracują inne mięśnie i niezbędny jest inny sprzęt – tłumaczy właścicielka. To właśnie powożenie stało się największą pasją tego miejsca.

Historia stajni nie zaczęła się od wielkich planów ani biznesowej kalkulacji. Kilkanaście lat temu Asia przeprowadziła się z Kaszub do niewielkiego gospodarstwa położonego niedaleko obecnego domu.
– Przyjechałam tutaj z trzema końmi i jedną kozą. Konie były ze mną od zawsze. Nie wyobrażałam sobie bez nich życia. W tym samym czasie poznali się z Jackiem. On mieszkał tu od dziecka. Gospodarstwo odziedziczył po rodzicach.
– To jego ojcowizna – mówi.
– Najpierw były tutaj krowy mleczne, później mięsne. Życie jednak napisało, jak to często bywa, własny scenariusz. Dziś oboje śmieją się, że...
Chcesz czytać dalej? Wykup subskrypcję e-wydania Aktualności Lokalnych! Zapłać za pomocą BLIK lub przelewem ze swojego banku
Pozostało 76% tekstu do przeczytania.
Wykup dostępChcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze