Reklama

Mamałyga silniejsza niż granice. Jak Jastrowie ocaliło bukowińską duszę

30/06/2026 16:43

Zorganizowany w Jastrowiu 37. festiwal „Bukowińskie Spotkania” oraz XI Bukowiński Festiwal Nauki okazały się jednymi z najciekawszych wydarzeń kulturalnych tego roku. Przez kilka czerwcowych dni region tętnił wielonarodową tradycją dawnej Bukowiny, łącząc historię ze współczesnością. Poniższy tekst to spojrzenie na ten unikalny fenomen z perspektywy czysto ludzkich emocji i tradycji. To opowieść o dawnej obietnicy rzuconej o świcie, o powojennym wstydzie przesiedleńców, który ustąpił miejsca dumie, oraz o barwnym korowodzie na ulicach miasta. Przede wszystkim jednak to kronika spotkań z ludźmi, którzy przy blasku ogniska i misce mamałygi udowodnili, że prawdziwa bliskość nie zna żadnych granic.

O Międzynarodowym Festiwalu Folklorystycznym „Bukowińskie Spotkania” w Jastrowiu słyszy się od dawna. Postronnemu obserwatorowi może on kojarzyć się z oficjalną, nieco sztywną akademią, jakich pełno w kalendarzach domów kultury. Dopiero bezpośredni udział w czwartkowych wydarzeniach oraz w magicznym, piątkowym wieczorze w Jastrowiu pozwala zrozumieć, jak mylne bywają pozory. Pod tradycyjną, folkową otoczką kryje się bowiem coś zupełnie innego, niespotykanego na współczesnych festiwalach komercyjnych. To nie jest nudna impreza masowa, na której zmęczeni wykonawcy odklepują kolejne punkty programu i odjeżdżają autokarami. To raczej jedna wielka, połączona niewidzialnymi nićmi, niesamowicie zżyta rodzina. Ci ludzie potrafią wciągnąć w swój fascynujący świat każdego, natychmiast skracając dystans i zarażając energią.

Reklama

Szalona obietnica złożona o piątej rano

Żeby jednak pojąć ten współczesny, wielokulturowy żywioł i nie pogubić się w gąszczu występujących zespołów, trzeba na chwilę cofnąć się w czasie. Bez tego historycznego fundamentu ani rusz, ponieważ cały ten potężny ruch ma swoje bezpośrednie źródło w opowieści, która dzisiaj, z perspektywy lat, brzmi jak scenariusz na film. Wszystko zaczęło się w czerwcu 1987 roku. Podczas regionalnego przeglądu kapel i zespołów ludowych w Krajence, po całym dniu zmagań, na zegarku wybiła godzina piąta rano. Wtedy twórca festiwalu, Zbigniew Kowalski, poszedł za kulisy polowej sceny, by pogadać z niepozorną grupą śpiewaczą z Jastrowia. Kiedy usłyszał archaiczne pieśni, które te starsze panie śpiewały z pamięci, i dowiedział się, że wszystkie one urodziły się na dalekiej, wielokulturowej Bukowinie, zapadła decyzja.

Podpowiedział im powrót do tego najbardziej autentycznego, zapamiętanego z wczesnego dzieciństwa repertuaru i pod wpływem impulsu obiecał rzecz niemożliwą: że za rok zrobi specjalnie dla nich wielki, międzynarodowy festiwal bukowiński.

Reklama

Słowa dotrzymał, choć początki w realiach schyłkowego PRL–u były potwornie trudne i logistycznie karkołomne. Trzeba było najpierw odnaleźć i skontaktować ze sobą Bukowińczyków rozsianych po całych Ziemiach Zachodnich, głównie na Dolnym Śląsku i w województwie lubuskim. Potem, na początku 1990 r., Zbigniew Kowalski ruszył na samą Bukowinę. Jechał tam w ciemno, z jedną walizką i wielkim marzeniem. Tak właśnie zrodziły się Bukowińskie Spotkania, które z małego, lokalnego przeglądu urosły do rangi gigantycznego projektu, łączącego dziś kilka państw.

Od powojennego wstydu do odzyskanej dumy

Historia Bukowińczyków bywa niezwykle skomplikowana, a momentami wręcz bolesna. Kiedy po zakończeniu II wojny światowej masowe transporty repatriacyjne z Polakami z Rumunii przyjechały na stałe do Jastrowia czy w okolice Zielonej Góry, nowi mieszkańcy tych ziem nie witali przybyszów z otwartymi ramionami. Pojawiała się naturalna nieufność wobec obcych. Przez ich specyficzny, śpiewny akcent, nieznane dotąd zwyczaje i odmienną kulturę codzienną, lokalsi nazywali przesiedleńców po prostu „Rumunami”.

Reklama

Wzbudzało to w tych ludziach ogromny, paraliżujący wstyd. Czuli się gorsi, wyobcowani i niechciani w swojej własnej ojczyźnie, o której przez pokolenia opowiadali im rodzice. Przez długie dekady wielu z nich ukrywało swoje bukowińskie tradycje, zapominało domową gwarę i panicznie bało się przyznać do tego, skąd tak naprawdę pochodzą. Ich przodkowie jako górale z okręgu czadeckiego przybyli na Bukowinę ponad dwieście lat temu, w 1803 r., ponieważ miejscowe huty szkła, założone przez sudeckich Niemców, potrzebowały silnych rąk drwali do wyrębu karpackich lasów.

Przetrwali tam w wielonarodowościowym tyglu całe pokolenia, przetrwali koszmar wojny i przymusowe, powojenne przeprowadzki w nieznane. Festiwal, który narodził się w Jastrowiu, stał się dla nich czymś znacznie ważniejszym niż imprezą rozrywkową. Stał się najlepszym, najskuteczniejszym miejscem do zbiorowej terapii, przełamania tego powojennego wstydu i radosnego powrotu do dumy ze swoich korzeni. Dzisiaj nikt już nie spuszcza wzroku. Zespoły takie jak Mała Pojana z Rumunii, które przyjeżdżają do Jastrowia od trzydziestu siedmiu lat, udowadniają, że ich tożsamość to skarb, który trzeba chronić i pokazywać światu.

Reklama

Kiedy ulice stają się wspólnym parkietem

Mając w pamięci tę całą wielką, wielopokoleniową przeszłość, zupełnie inaczej patrzy się na to, co działo się w Jastrowiu podczas tegorocznej edycji. Całe to barwne zamieszanie wystartowało z impetem w czwartkowe przedpołudnie. Punktualnie o 11.00 przed budynkiem Ośrodka Kultury w Jastrowiu ruszyły oficjalne obchody i od pierwszej minuty zrobiło się niesamowicie głośno i radośnie. To już wieloletni, uświęcony czasem i piękny zwyczaj tego festiwalu, że zaproszone zespoły nie czekają zamknięte w garderobach na swoją kolej. Ubrani w swoje tradycyjne, mieniące się setkami barw, bogato wyszywane stroje, zaczęli tańczyć na jastrowskich ulicach, pośród mieszkańców i przechodniów. Na oficjalne, wielkie prezentacje sceniczne przyjdzie czas w kolejnych dniach. Dźwięki tradycyjnej muzyki, śpiew i okrzyki niosły się po całej okolicy, kiedy ten niezwykły, wielobarwny korowód ruszył główną ulicą miasta, kierując się do samego centrum miasta „stawiać wichę”. Kiedy artyści z różnych krajów, reprezentujący odmienne narody, zaczęli wspólnie wirować w tańcu, stało się jasne, że te dawne, bukowińskie więzi i naturalna potrzeba wspólnoty są w Jastrowiu ciągle żywe.

Reklama

Nauka w służbie tożsamości i pamięci

Jednak Bukowińskie Spotkania to coś znacznie głębszego niż tylko widowiskowy taniec i ładne stroje na ulicach miasta. Równolegle z folkowym żywiołem, w czwartek i piątek w Ośrodku Kultury w Jastrowiu wystartowała naukowa odsłona wydarzenia, czyli XI Bukowiński Festiwal Nauki. Przyniósł  on uczestnikom potężną dawkę rzetelnej wiedzy z cyklu „Bliscy Nieznajomi”. Badacze i naukowcy udowodnili, że folklor to nie tylko rozrywka, ale przede wszystkim bezcenne dziedzictwo, które wymaga stałej dokumentacji i ochrony.

Podczas sesji wykładowych Dorota Krystyna Rembiszewska i Stanisław Dąbek przybliżyli zebranym postać Stanisława Staszica, oraz unikalne zapisy jego testamentu.

Reklama

Kosma Kołodziej poruszył niezwykle trudny, ale ważny dla regionu temat powojennych, skomplikowanych relacji między osadnikami a ludnością autochtoniczną na Ziemiach Zachodnich, natomiast Krzysztof Nowak przypomniał postać zasłużonego Wiktora Bryjaka. Z zainteresowaniem słuchało się również Heleny Krasowskiej, która mówiła o walce o ocalenie pamięci o Polakach na Bukowinie Karpackiej i w Naddniestrzu. O wyzwaniach i nowoczesnych możliwościach związanych z techniczną dokumentacją tego dziedzictwa opowiadali z kolei Magdalena Pokrzyńska i Maciej Tarkowski.

Osobny, niezwykle barwny blok stanowiły prelekcje naukowe. Mówiono między innymi o skomplikowanych meandrach genealogicznych rodzin bukowińskich, tradycyjnych ozdobach strojów, a także o unikalnych, bukowińskich koralikach. Program festiwalu nauki uzupełnił Bukowiński Klub Filmowy, prowadzony przez Bartosza Kuświka oraz prezentacja nowej, wyczekiwanej książki Marcina Polańskiego pod tytułem „Nad Prutem, Czeremoszem... Burzliwe losy Polaków z Bukowiny”.

Reklama

W piątek uczestnicy mieli okazję ruszyć w teren z Piotrem Kozłowskim, który oprowadzał ich po ulicach i zabytkach Jastrowia, sypiąc historycznymi ciekawostkami i lokalnymi opowieściami, które budują tożsamość regionu. 

Dieta, która leczy, czyli zdrowie ukryte w mamałydze

Najfajniejsze w dawnej, historycznej Bukowinie było to, że tam nikt nie żył w izolacji ani w zamkniętych gettach. Na stosunkowo małym obszarze żyli obok siebie wyznawcy dziewięciu religii i przedstawiciele aż jedenastu narodowości, tworząc unikalny w skali świata model tolerancji. Polacy, Ukraińcy, Rumuni, Węgrzy czy Niemcy mieszkali dosłownie przez płot, dzieląc ze sobą codzienne troski i radości. I to naturalne przenikanie kultur widać na każdym kroku do dziś, a najsmaczniej i najbardziej wyraziście objawia się ono w tradycjach kulinarnych.

Reklama

Sąsiedzi różnych narodowości podglądali się nawzajem przy codziennych obowiązkach i podkradali sobie najlepsze przepisy, modyfikując je według własnych potrzeb.

Ponieważ Bukowina to tereny górskie i podgórskie, podstawą przetrwania od zawsze była tam uprawa kukurydzy, która potrafiła obrodzić nawet na trudnym, kamienistym gruncie. Maciej Wota z zespołu Górali Czadeckich Dawidenka tłumaczy, że sekretem ich dobrego zdrowia od zawsze była mamałyga, czyli prosta, codzienna kasza kukurydziana. Starszyzna festiwalowa do dziś chętnie żartuje na korytarzach, że współczesne dzieci tak często chorują i narzekają na zdrowie, ponieważ zamiast porządnej, naturalnej mamałygi jedzą przetworzoną chemię z marketów. Patrząc na niesamowitą energię, wigor i radość tych seniorów na scenie, trudno nie przyznać im racji.

Reklama

Piątkowa magia, która każe wracać za rok

Ukoronowaniem festiwalowych odwiedzin w Jastrowiu był piątkowy wieczór i niezwykłe, widowiskowe obchody Nocy Świętojańskiej. Stojąc pośród tłumu śpiewających ludzi można było poczuć ten niesamowity klimat na własnej skórze. Obserwując uczestników festiwalu z bliska widać coś, czego nie da się wyreżyserować ani kupić za żadne pieniądze. Oni są ze sobą niesamowicie, głęboko zżyci. Mimo że na co dzień dzielą ich tysiące kilometrów, żyją w zupełnie innych krajach, mówią różnymi językami i mają odmienne codzienne troski, to kiedy spotykają się w Jastrowiu, dogadują się bez jednego słowa.

Siedzieli, rozmawiali, śmiali się, puszczali wianki na wodę i tak niesamowicie, szczerze sobie nawzajem kibicowali podczas wszystkich występów. Nie było w tym ani grama sztucznej, rynkowej rywalizacji, która tak często niszczy współczesne wydarzenia kulturalne. Było po prostu pięknie, swojsko, ciepło i po ludzku. Kiedy patrzy się na ten krąg uśmiechów wokół ognia, staje się jasne, że ta bukowińska magia, która trwa już od 37 lat, potrafi mocno ująć każdego obserwatora. W przyszłym roku na pewno wielu z nich znowu przyjedzie na kolejne spotkanie. Bo z takiej atmosfery i z takiej rodziny po prostu nie chce się uciekać.

Reklama

Organizatorzy OKJ, RCK FE w Pile, Stowarzyszenie Pro–Senior w Pile, Współorganizator Narodowy Instytut Kultury i Dziedzictwa Wsi w Warszawie
Patronat honorowy: Prezydent Miasta Piły, Burmistrz GiM Jastrowie

Agnieszka Wieleba

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 30/06/2026 18:11
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama