Od lat uczy wychowania fizycznego, a po godzinach wchodzi w inny świat . – Fredry, dramatu, śmiechu i owacji. Bez dotacji, teatralnej szkoły, z uczniami i amatorami tworzy spektakle, które zaskakują publiczność. Na scenie robi rzeczy, po których widzowie pytają: „Kim pan jest?!” Z Wojciechem Jarką, gotowym „rozwalić system”, rozmawia Piotr Steffen.
Jak wieloletni nauczyciel wychowania fizycznego wszedł w świat teatru?
Zaczął mi się podobać już na AWF.
–ie. Głównie oglądałem go w telewizji, a w samym teatrze byłem wcześniej kilka razy w szkole średniej. Kiedy zacząłem pracować w SP1, pojechaliśmy z nauczycielami na spektakl „Mąż i żona” Aleksandra Fredry. Grali w nim K. Janda, J. Gajos i P. Machalica. Byłem oszołomiony. Nie dość, że zobaczyłem wielkie gwiazdy, to jeszcze poziom aktorstwa był najwyższej klasy. Przeczytałem później tę sztukę i zacząłem uczyć się tekstu na pamięć, sam dla siebie. Sprawiało mi to ogromną satysfakcję. Pomyślałem: może kiedyś sam zrobię taki spektakl.

Po 14 latach, pracując już w ILO, wciąż miałem ten tekst w głowie i w końcu zrealizowałem tę sztukę. Trafiłem na wspaniałe uczennice i uczniów. Widownia była pod wrażeniem, że tak dobrze to wyszło. Amatorsko, ale naprawdę dobrze.
Poszedłem za ciosem i na przestrzeni kilku lat przygotowaliśmy z uczniami kolejne sztuki: „Nikt mnie nie zna”, „Pierwsza lepsza”, „Bóg mordu” .
– m.in. z Karoliną Pawlak, dziś już aktorką, absolwentką szkoły teatralnej, „Dobre dusze” oraz „Szarlotkę z herbatką”. Powstawały z udziałem różnych grup uczniów. Niektórzy, jak Karolina, grali w dwóch przedstawieniach.
Potem nastała przerwa, następnie przygotowałem sztuki z Amatorskim Teatrem Miejskim ze Złotowa. Zaprosiła mnie Kinga Trojanowska. Zrobiliśmy razem dwa dobre spektakle.
Później rozpocząłem współpracę z innym amatorskim teatrem, „Małgośka” z Radawnicy. Grupa ma w dorobku kilkanaście sztuk, współpracowaliśmy przy czterech. W tym roku wystawimy kolejną. Ta grupa niezwykle dba nie tylko o same przedstawienia, ale też o całą otoczkę, ze szczególnym naciskiem na scenografię, która czasami budowana jest miesiącami.
Jeśli chodzi o współpracę z uczniami Ogólniaka, z którymi najdłużej Pan tworzył, jak ich Pan wybierał? Patrzył Pan w dziennik, kto jakie ma oceny?
Absolutnie nie. Chyba mam oko. Obserwowałem, jak uczniowie mówią wiersze podczas szkolnych uroczystości, jak przemawiają, jak zachowują się na lekcjach czy przerwach, jak się wygłupiają .
– niektórzy robią to bez smaku, a inni mają w tym ciekawy styl. Jedną z uczennic zaprosiłem dlatego, że bardzo spodobało mi się, jak parodiowała pewną nauczycielkę. Robiła to znakomicie. Była zachwycona propozycją i później rewelacyjnie zagrała swoją rolę. U niektórych od razu widać, że doskonale się nadają. Działam intuicyjnie.
Nigdy się Pan nie pomylił?
Raz mieliśmy kłopot, gdy pewien chłopak często nie przychodził na próby. Nawet jeździłem po niego do domu, na wieś, i przywoziłem go na próby. Ale żeby była jasność .
– grał znakomicie.
Co determinowało dobór sztuk?
Kiedy spodobała mi się sztuka „Mąż i żona” Fredry, dalej szedłem już tym tropem i przygotowałem jeszcze dwie inne jego sztuki. Bardzo lubię ten rodzaj dowcipu. Późniejszy dobór był już bardzo… „prymitywny”! Szukałem sztuk, w których jest jak najmniej aktorów, bo im większa grupa, tym trudniej pracować. Najpierw patrzyłem więc, na ile osób jest dana sztuka. Zależało mi, żeby było mniej ról męskich, bo wiadomo, że dziewczyny bardziej garną się do teatru. Sprawdzałem też repertuary teatrów, patrzyłem, co grają i jakie są recenzje. Tak trafiłem na dwie sztuki: „Dobre dusze” i „Boga mordu”, obie tylko na cztery osoby. Dopiero później zacząłem je czytać.
Co najbardziej lubi Pan w „swoim teatrze”?
Próby sprawiają mi wielką frajdę. Znakomicie się przy tym bawię. Pociąga mnie możliwość wejścia na scenie w inną osobowość. Uwielbiam też moment, kiedy podczas spektaklu wywołujesz emocje publiczności. Czujesz, że ludzie patrzą na ciebie i się śmieją. Nawet kiedy miałem zły humor, potrafiłem tak grać, robić miny, wykonywać gesty, że wywoływałem u ludzi autentyczny śmiech. To niesamowite uczucie. A kiedy trzeba zagrać coś poważnego, radość daje to, że publiczność słucha z zaangażowaniem i chłonie sceniczną energię.

Bardziej kręci Pana granie czy reżyserowanie?
Granie. Ale przy pracy z młodzieżą frajda jest jeszcze większa, bo jestem jednocześnie „reżyserem”. Bardzo przyjemne jest to, że prowadzę młodych ludzi i z samego tekstu nagle powstaje ruch, scena i… mamy sztukę.
Prowadził Pan grupy twardą ręką?
Nie. Wtedy młodzi ludzie by nie przyszli. Przede wszystkim brałem tych, którzy chcieli. Poza tym, jeśli wprowadzi się zbyt duży ordnung, nic z tego nie będzie. Tylko bunt. Oni sami wprowadzali dyscyplinę. Dużo rozmawialiśmy, śmialiśmy się, niektóre sceny przerabialiśmy naprawdę długo, po kilkadziesiąt razy, choćby po to, żeby pozbyć się śmiechu. Była na przykład scena, gdzie jedna z dziewcząt musiała uderzyć mnie w twarz. Długo nie mogła się przemóc, a kiedy już uderzyła, znowu wybuchał śmiech. Ostatecznie, kiedy wystawialiśmy sztukę, naprawdę solidnie odczułem to uderzenie.
Zdarzały się wpadki?
Często, ale zawsze potrafiliśmy z nich wybrnąć tak, że nikt niczego nie zauważył. Intuicyjnie, improwizując, całkiem profesjonalnie. Pamiętam, że kiedyś urwaliśmy kilka wersów i zaczęliśmy zupełnie z innej beczki. Nikt nie zauważył. Innym razem zszedłem za kulisy, myślałem, że scena dobiegła końca. Dziewczyna została sama, skonsternowana. Zorientowałem się, wróciłem i dokończyłem. Ludzie myśleli, że tak miało być. Mówili później, że znakomicie przetrzymaliśmy ich w napięciu. A ja po prostu się pomyliłem.
Na scenie zacierała się granica między nauczycielem a uczniami?
Na „ty” nigdy mi nie mówili. Dopiero gdy skończyli szkołę, zaprzyjaźniłem się z kilkoma osobami. Jednej z nich, Joannie Szczęśniak, chcę zaproponować, żeby ponownie ze mną zagrała. Wstępne rozmowy już były. Niedawno skończyła studia medyczne, chciałbym zaproponować jej sztukę dla dwóch osób .
– „Małe zbrodnie małżeńskie”. Jest tam bardzo dużo tekstu. Część treści z pewnością usunę, a i tak będzie sporo materiału. Mam nadzieję, że wyjdzie z tego coś znakomitego.
Cały czas tli się też pomysł, żeby wrócić do współpracy z grupą uczniów. Mam m.in. pomysł na znakomitą sztukę dla trzech mężczyzn, ale nie wiem, czy znajdę dwóch innych do zagrania. Chciałbym, żeby po kilku latach przerwy powstało coś nowego z uczniami. Muszę jednak znaleźć odpowiednią sztukę albo scenariusz, a to nie jest takie proste. Sam go nie napiszę, aż tak dobry nie jestem (śmiech). A mówiąc serio, zawsze podkreślam, że to, co robię, jest zabawą .
– teatrem przez małe „t”.

Ale to solidne, długie spektakle.
Najkrótszy, jaki przygotowaliśmy z uczniami trwał 45 minut, dwa najdłuższe .
– prawie półtorej godziny.
Współpracował Pan z trzema środowiskami: uczniami, dojrzałymi amatorami ze Złotowa i grupą z Radawnicy, składającą się m.in. z nauczycieli. Gdzie pracowało się najlepiej?
Wszędzie było dobrze, ale wśród uczniów… fruwałem.
Znaną złotowską grupą teatralną, również związaną z Ogólniakiem, był przez lata „Matysarek”. Andrzej Motak mówił Panu, co sądzi o efektach Pana teatralnej pasji?
Nigdy nie wchodziliśmy sobie w drogę. Nigdy nie usłyszałem od Andrzeja krytycznych słów, ja też nigdy mu nic takiego nie powiedziałem. Szanowaliśmy swoją pracę. Nasze sztuki były całkowicie odmienne, ja robiłem klasyczne, a Andrzej zawsze wychodził poza ramy, ale tym samym dawaliśmy publiczności alternatywę. Przy czym „Matysarek” zawsze będzie kojarzony z Ogólniakiem, a ja nie, bo współpracuję też z innymi środowiskami. Jakiś czas temu wszedłem zresztą w zupełnie inne klimaty. Uruchomił się we mnie jakiś duch humanisty, bo współtworzę też wieczorki poetyckie z Włodzimierzem Pankiewiczem. Czytałem jego wiersze w różnych miejscach — sam, z byłą uczennicą Cyrylą Majdą, a także z Iwoną Nawrocką z Amatorskiego Teatru Miejskiego. Z Iwoną czytaliśmy dwukrotnie, za każdym razem przy około stu osobach. To nie jest oczywiste, bo słuchanie poezji jest niszowe. Sam też robię wieczory poetyckie z młodzieżą z Ogólniaka. Czytaliśmy już wiersze lokalnych autorek: Gosi Modrak.
–Potapowicz i Marysi Rogowskiej.

W jakim miejscu jest Pan dzisiaj jeśli chodzi o teatr i do czego to zmierza?
Jestem na etapie wolności, twórcza wolność jest najważniejsza .
– to, że te sztuki mogłem zrobić, a nie musiałem. Nikt mi nie kazał. Robiłem je od siebie, angażując nawet własne pieniądze. Nigdy nie brałem funduszy z publicznych instytucji. Miałem jedynie kilku sponsorów, którym zawsze będę wdzięczny. Natomiast żadne instytucje nigdy mnie nie wspierały. To ważne, bo pokazuje, że można zrobić coś takiego niemal bez pieniędzy .
– wystarczy zaangażowanie. A tu były setki godzin pracy.
Czuje Pan, że najważniejsza, najlepsza sztuka wciąż jest przed Panem?
Tak. Przede mną jest jeszcze sztuka, którą chcę rozwalić system (śmiech). Ale zaznaczam .
– bawię się tym. To świetny dodatek do mojego życia. Przynajmniej dopóki nie stracę pamięci, bo widzę, że kiedyś była jednak nieco lepsza. W szkole też się ze mnie śmieją, nie mogą zrozumieć, że zapominam o różnych rzeczach, czegoś nie dopilnuję, czegoś nie wezmę, wracam się kilka razy, a kiedy przychodzi czas pracy nad sztuką, potrafię opanować tyle tekstu. Ale to chyba inna pamięć. Bardzo lubię uczyć się tekstu. Idę do lasu, nad jezioro albo w domu staję przed lustrem i jadę z koksem. I chyba jednak się rozwijam, bo po tylu latach nauczyłem się w końcu nie wstydzić na scenie.
Widownia potrafi docenić?
Zdecydowanie tak. Czy wcześniej w Złotowie, czy teraz w Radawnicy, ludzie niejednokrotnie podchodzą po występach i gratulują. Część pewnie kurtuazyjnie. Największa frajda jest jednak wtedy, gdy zaskoczeni są ci, którzy mnie nie znają. Podchodzą, gratulują, mówią: „To było świetne!” i pytają: „Kim pan jest?”. A ja odpowiadam: „Wuefistą”. I wtedy robią wielkie oczy: „Kim?!”. To jest dla mnie najlepsza recenzja.
Myśli Pan czasami, że minął się z zawodowym powołaniem .
– powinien być człowiekiem teatru, a nie nauczycielem?
Niektórzy często mi to powtarzają, ale nie sądzę. Mam swoją ścieżkę życia. Poza tym nie jestem aż tak dobry aktorsko, żeby wyciągać takie wnioski (śmiech). Powtarzam: to fajna zabawa.
Piotr Steffen
Artykuł z cyklu „Kulturalna Krajna” powstał w ramach realizacji projektu Bliska Kultura.

Wszystkie artykuły z cyklu „Kulturalna Krajna” można przeczytać na portalu pod adresem
www.zlotowskie.pl/tag/kulturalnakrajna/
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze