Po kopertę sięgnął w lutym tego roku. Przez lata zebrała sporo kurzu z jego kawalerki, ale drobinki piasku nie przygniotły marzeń. 1300 lat tradycji, ledwie kilkanaście godzin lotu od Polski, bajka. Spakował się jak przed laty: sportowe buty, wygodne ciuchy, tylko mamie nie musiał już mówić „wyjeżdżam”. Tym razem lepiej się przygotował. Rozmawia po angielsku (na miejscu okaże się, że Tajowie nie bardzo) i wygooglował najważniejsze informacje. Sitthichai – mistrz. Sitsongpeenong – klub, którego szuka.
Mieli mnie odebrać z lotniska w Bangkoku, ale tego nie zrobili. Wziąłem taksówkę, pokazałem adres, trochę mnie gość powoził po mieście, bo wiadomo, musiał zarobić, ale dotarłem
Reklama
– opowiada Przemysław Drajer. Szczupły, z blisko siebie osadzonymi, świdrującymi oczami i lekko zaokrąglonymi barkami, jakby ciągle trzymał gardę. Może dlatego, że zawsze był najmniejszy i już w przedszkolu musiał udowadniać, że nikogo się nie boi?
Po otwarciu drzwi ma dreszcze. Omiata wzrokiem ćwiczących i od razu żałuje.
Dlaczego się tutaj nie urodziłem?!
– krzyczy w nim wszystko. Każdy przyjęty cios, każda kropla przelanego potu i krwi. W Tajlandii szybciej trafiłby na właściwą ścieżkę. Ścieżkę low kicków, sierpów i obrotowych pięści.
U nas drogi są dwie: trenujesz dla siebie albo profesjonalnie. Tam jest jedna droga – trenujesz na 100%
– mówi, zachwalając siłę i wytrzymałość tajskich wojowników.

Latka lecą, a Przemek Drajer wciąż utrzymuje wysoką formę. Trening jest jego fetyszem
Tygodnik „Bravo” trafił do nas z Niemiec. Po upadku komunistycznej szarzyzny Polacy pragnęli kolorów. I gwiazd. „Bravo”, a potem „Bravo sport” dał im jedno i drugie: piłkarze, bokserzy i gwiazdy kin akcji mnożyły się na ścianach nastolatków. Przemek taśmą klejącą przypilił w pokoju Jaen’a Claude van Damme’a, zwanego „muskułami z Brukseli”. Pasjami oglądał też Chucka Norris i Bruce’a Lee. Po tym ostatnim będzie mógł powiedzieć po latach: „walka uniknięta to walka zwyciężona”. Zanim jednak do tego dojrzał, chciał się próbować. Zawsze i wszędzie. I z każdym.
Lubię się z chłopakami poklepać
– śmieje się, odsłaniając pełne uzębienie, co u zawadiaków jest rzadkością. Niewykluczone, że jedynki, dwójki i resztę ma w komplecie dzięki temu, że w odpowiednim czasie z „klepaniem” przeniósł się z ulicy na salę treningową.
Najpierw jednak musiał znaleźć trenera.
Codziennie przez półtora miesiąca chodziliśmy na salę w Złotowie i czekaliśmy, czy może trener przyjedzie. A on nie przyjeżdżał
– opowiada o zapale 21–latka, który kochał sztuki walki.
Wtedy wpadłem na pomysł, że pojedziemy do Szczecinka, znajdziemy trenera i namówimy go do otwarcia sekcji w Złotowie. Tak to się zaczęło
Reklama
– szczęściem P. Drajera i kolegów był pochodzący z Koszalina Krzysztof Pajewski, były mistrz Polski i świata w taekwondo. To on po dwóch treningach miał dostrzec w Przemku talent.
Miałem kondycję, robiłem pompki, wyćwiczony byłem niesamowicie. Tylko ciosy mi dokręcił i mogłem walczyć
– opowiada kickboxer związany z formułą K1 (dozwolone w niej są wszelkie techniki bokserskie, obrotowe uderzenia pięścią, kopnięcia oraz ciosy kolanami, bez względu na wysokość; nie wolno uderzać łokciem; walka odbywa się na ringu, standardowo trwa 3x3 lub 5x3 min.).
Sery, wiatraki i tulipany. Z tym zwykle kojarzy nam się ten kraj. Niektórym może też z sabotami. Czym są saboty? To wykonane z drewna topoli chodaki. Niegdyś nosili je chłopi, dziś, fantazyjnie malowane, są jednym z symboli Holandii. Tyle że w 2004 roku dla Przemka Drajera Holandia była czymś zupełnie innym – mekką sztuk walki. Wygooglowałem szkołę, mamie powiedziałem, że wyjeżdżam walczyć i tyle. Znałem dwa zdania po angielsku, zapytałem o klub walki, wszedłem, „dzień dobry” i na trening. Trener gęgolił po holendersku, nie rozumiałem totalnie niczego, tylko ich podglądałem
– widać język pięści jest uniwersalny w podobny sposób jak uśmiech (Tajowie, mistrzowie sztuk walki, uśmiechają się na każdym kroku), bo po dwóch tygodniach chłopak z Polski dostał pojedynek w ringu. Od pierwszego gongu pracował na przydomek, który Holendrzy mogliby mu nadać – „Savege from Poland”.
Byłem dziki. Obojętnie jak, bylebym przeciwnika zniszczył
– pięściami i nogami wykuwał swoje marzenie o zostaniu super wojownikiem. Od rana zrywał pomidory, przerzucał skrzynki, targał wieprzowe tusze (żałuję, że nie zapytałem, czy bił w nie jak Sylwester Stallone w „Rockym”), a po pracy biegał, skakał, „pompował” i doskonalił technikę w klubie.
Nic innego mnie nie interesowało. Do domu wracałem o 21, kładłem się spać, a rano znowu praca i trening, a w weekend walka. Lubiłem to
– twierdzi, a kątem oka zerka na to, co dzieje się w sali ćwiczeń. Jego podopieczni z sekcji dziecięco–młodzieżowej kończą rozgrzewkę i oczekują poleceń. Przemek łączy ich w pary i każe sparować. Cztery minuty walki i minuta przerwy – sposób przywieziony z Tajlandii. Ale wróćmy jeszcze do Holandii. Gdy P. Drajer przebił się do A klasy, miał już lżejszą pracę i więcej sił mógł przeznaczyć na kickboxing.
Stoczyłem tam 17 walk, z tego 15 wygrałem, a 2 przegrałem. To była moja ciężka praca
– podkreśla złotowianin.

Jak pobierać lekcje, to od najlepszych. Przemek w towarzystwie zawodników z Tajlandii
Co można zrobić za kilka tysięcy złotych? Ilu mistrzów wychować? Iloma krążkami przyozdobić pierś? Jak często pozować do zdjęć z samorządowcami? MLKS „Spider” Złotów ma mikroskopijny budżet, a mimo to podopieczni Przemka Drajera są czempionami pucharów i mistrzostw – Polski i Europy. Przynoszą chlubę klubowi i miastu.
Nie mam Bóg wie jakich warunków, ale i tak coś wyrzeźbię. Wystarczą mi 2 m kw. i już robię co mam zrobić
– trener podaje słowo klucz – pasja. Poza tym mierzy siły na zamiary.
Robię grupę, którą wiem, że ogarnę. W Złotowie mam siedmiu zawodników, którzy się liczą w kraju i myślę, że to będzie dla nich dobry rok. Reszta to grupa rekreacyjna. W Pile mam 8–9 zawodników, którzy też są mocni
– rok 2018 ma być pasmem ich sukcesów.
By tak było trener wybrał się do Tajlandii. W Bangkoku, świątyni kickboxingu i muay thai, spędził dwa tygodnie. Gdy przełknął pytanie, dlaczego się tam nie urodził, wziął się za trening. Dwa razy dziennie. Mimo jet lagu (zmęczenia długą podróżą i zmianą stref czasowych), który trzymał go przez tydzień.
Źle zrobiłem, że spałem w dzień, a przy tym biegałem, choć nie musiałem, ale Tajowie są tak mocni kondycyjnie, że chciałem podkręcić tempo
– mówi z dumą. Pobudka o 5:30 i 10 km biegu. O 7:00 trening. Technika, uderzenia w worek, tarczowanie z trenerem (w klubie na 15 zawodników jest 9 trenerów). W sumie sesja trwa prawie dwie godziny. O 14:00 powrót na salę. Technika, worek, tarczowanie.
Oni robią ciągle to samo, nie ubarwiają. Aż do perfekcji
– taka pochwała prostoty. Drugi trening (jest już ponad 30ºC) to też sparingi. Z zawodnikami, którzy co dwa tygodnie wchodzą do ringu, a więc bardzo doświadczonymi.
Trenowałem z 22–latkiem, który miał na koncie 212 walk! A potem sparowałem z Sitthichaim! Mistrzem federacji Glory, największej na świecie. Miałem zaszczyt zrobić z nim kilka rund, wyobrażasz sobie?!
– Przemek cieszy się jak dziecko, które dostało upragnionego cukierka, a przecież nie jest już młodzieniaszkiem.
Mam już swoje lata, jestem doświadczony i już nie walczę, ale pojechałem tam po doświadczenie. Tajowie mają zupełnie inny styl niż my w Europie. Przy wszystkim robią krok do przodu, trudno było mi się przestawić. Moja technika była ok, całe życie to robię, ale poruszanie inne
– kickboxer momentalnie przyjmuje pozycję i pokazuje, o co chodzi. W ogóle w czasie całej rozmowy rusza się, markuje ciosy, gestykuluje, jakby chciał pokazać, że sięgnięcie po kopertę z pieniędzmi i wyprawa do Azji były słusznym wyborem. Jednego mimo wszystko nie jest w stanie przekazać – uwielbienia Tajów do sportów walki. Jak zrozumieć to, że na ring wychodzą już pięciolatkowie i biją się jak dorośli – pięć rund po trzy minuty? A ich rodziny, stłoczone w narożnikach, krzyczą jak opętane.
Oni tym żyją. Byłem na stadionie na walkach dorosłych. Ludzie z boku się drą, ze sto osób naraz robi zakłady, pokazują palcami, nie wiedziałem, jaki jest ich system. Co oni robią? To jest dla nich jak religia
– nie ma wątpliwości, że Przemysław Drajer jest jednym z jej wyznawców. Uwierzył m.in. w wagę kondycji.
Dzięki temu wyjazdowi sporo wniosłem do mojej grupy zawodniczej. Trochę zmieniłem (nie za dużo, bo w ubiegłym roku miałem sześć medali na mistrzostwach Europy, to znaczy, że mój trening działa), ale podkręcam im tempo. Przede wszystkim bieganie, więc teraz staramy się robić te 30 km tygodniowo
– trener zapewnia, że wróci do Tajlandii po kolejne lekcje. Być może zabiorą się z nim starsi zawodnicy.

Podopieczni trenera Drajera liczą się w Polsce i za granicą. Tu z Mikołajem Hryconiem przed Mistrzostwami Europy w Macedonii
Ręce i nogi zawodnika uprawiającego sztuki walki mogą być traktowane jako broń? W przypadku pobicia sąd na pewno weźmie to pod uwagę. Dlatego z demonstrowaniem swoich umiejętności poza ringiem należy uważać.
Czasy się zmieniły. Kiedyś jak była awantura, to chłopaki dali sobie po razie i wszystko zostawało między nimi. Dzisiaj od razu biegnie się na policję
– Przemek wspomina czasy jeszcze sprzed zawodniczej kariery. Dziś, jako trener, musi zwracać uwagę na to, co robią jego podopieczni.
Czasem na zajęcia przychodzą tzw. sezonowcy, którzy po dziesięciu treningach myślą, że wszystkich mogą pokonać. Oni źle kończą na ulicy. Dochodziły mnie słuchy, że próbowali swoich sił nie tak jak trzeba. Wtedy odbywali dwa sparingi ze mną. Stłukłem ich trochę i pytałem: wiesz, dlaczego? Bo takiej antyreklamy ja i sporty walki nie potrzebujemy. Ja mam grzecznych, ułożonych chłopaków. Wiedzą, że mają szkołę, trening. Zawodnik, który walczy w ringu, nie szuka atrakcji poza nim. Tu się wyżyje i w przypadku zaczepki się odwróci
– zapewnia trener „Spidera”, który klubem kieruje od ośmiu lat. Co ciekawe, o swej pracy myśli jak o dziecku.
Mam satysfakcję, że coś po mnie zostanie. Robię to z pasji. Czytam, googluję, oglądam walki. Uzupełniam teorię i kupuję dużo sprzętu, wprowadzam nowości. Wypróbowuję je na sobie i jeśli działają, to włączam je do treningu podopiecznych. Robię to z głową, dlatego wiem, że wychowam kogoś, kto też ma łeb na karku, żeby tego nie spieprzył
– podkreśla P. Drajer. Warto zapamiętać to nazwisko. Już dziś w Polsce kojarzone jest ono z wojownikami na poziomie.
Kiedyś nikt mnie nie znał, a teraz poznają, bo mam dobrych zawodników. Fajnie, gdy mój zawodnik da dobrą walkę i ludzie klaszczą. Cała hala klaszcze...
[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Ludzie bez pasji co nic nie osiągnęli tylko krytykują .Trzymaj się Przemas pozdrawiam JOHNY
Brawo, tak trzymaj Przemas!
brawo! :)
Droga patusa...
Żyje swoją pasją i pociąga za sobą młodych. Inni mogą ten świat oglądać na ekranie a on podąża za swoimi marzeniami.
pozytywny facet, kazdy kto go zna choc troche wie, ze gosc symptatyczny, zycze wielu sukcesow!
gość robi to co kocha i SZACUNECZEK! ludzie tylko potrafią krytykować, marzenia trzeba spełniać:)
I ta patologia kończy w generator. Na bramce stojąc pijana ledwie na nogach.
także zyczę wesołych
Patol to ty osle...
milcz osiołku
Jeżeli ktoś w przedszkolu udowadnia ze nikogo się nie boji to co z niego wyrośnie. Patologia.
Ludzie bez pasji co nic nie osiągnęli tylko krytykują .Trzymaj się Przemas pozdrawiam JOHNY
Brawo, tak trzymaj Przemas!
brawo! :)