Aleksandra Agustowska i Andrzej Szumiło od blisko 35 lat prowadzą prywatną elektrownię wodną na Gwdzie. I chociaż niedawno musieli zaczynać wszystko prawie od początku, to Żarki mają się świetnie i będą miały przez kolejne lata

Elektrownie wodne są niezwykle ważnym ogniwem w funkcjonowaniu całego systemu energetycznego. Przede wszystkim dlatego, że pracują na generatorach asynchronicznych, czyli wykorzystują moc bierną z sieci. Dodatkowo stabilizuje napięcie na całej gałęzi sieci, do której jest podpięta, a także czyści wodę i ją napowietrza. Ekologiczną korzyścią istnienia elektrowni wodnej jest również retencja wody słodkiej i podniesienie wód gruntowych, co najmniej na obszarze o promieniu 10 km wokół cofki.
Jedną z takich elektrowni, znajdujących się w rękach prywatnych, jest ta koło Łomczewa. Żarki należą do Aleksandry Augustowskiej i Andrzeja Szumiło. Oboje pochodzą z Gdyni. Pani Aleksandra z wykształcenia jest inżynierem elektrykiem, a pan Andrzej mechanikiem. Elektrownia trafiła więc w wykwalifikowane ręce.
Wszystko zaczęło się na początku lat 80–tych. Nasi bohaterowie, którzy przyjaźnili się już od wielu lat, mierzyli się z zagrożeniem utraty pracy, w związku ze zmianami politycznymi w naszym kraju. Pani Aleksandra pracowała w biurze projektowym przemysłu okrętowego, natomiast pan Andrzej był pracownikiem Politechniki Gdańskiej.
W obu przedsiębiorstwach zapowiadało się na duże zwolnienia pracowników umysłowych, do których ostatecznie doszło. Biuro projektów pani Aleksandry w ciągu trzech miesięcy w 1981 r. zostało zmniejszone z 1600 pracowników do grona 320.
A. Augusowska i A. Szumiło przewidzieli taką sytuację i już wcześniej zaczęli zastanawiać się nad alternatywnymi rozwiązaniami. Traf chciał, że będąc na wspólnej wyprawie wędkarsko–turystycznej dotarli nad Gwdę w okolicę Lędyczka, gdzie natrafili na ruiny elektrowni wodnej.
Zaczęli żartować, że dobrze byłoby taką posiadać, szczególnie, że posiadali niezbędną wiedzę do jej obsługi i zarządzania. To ich zainspirowało do poszukiwań idealnego obiektu.
– Ponieważ miałam wśród elektryków pracujących na wybrzeżu kontakty, to zaczęłam drążyć temat – wspomina pani Aleksandra. Szybko zorientowali się, że to niestety nie jest takie proste. Nowych elektrowni zawodowych się nie buduje, ale w trakcie poszukiwań dowiedzieli się, że w Ministerstwie Energetyki już pracują nad ustawą, która da możliwość osobom prywatnym odkupywać nieczynne siłownie wodne i na ich bazie tworzyć elektrownie wodne.
– Nam się to coraz bardziej zaczęło podobać – wspominają.
Zaczęli poszukiwać idealnego miejsca pod przyszłą inwestycję.
– Wszystkie napotkane obiekty zawsze porównywaliśmy z tym obiektem koło Łomczewa – mówi pani Aleksandra. Dlaczego? Jak wyjaśnia, Gwda dawała przewidywalną moc oscylującą w granicach 300 kW.
– To dawało pewność spięcia się bilansów, a pamiętajmy, że musiały utrzymać się z tego co najmniej dwie rodziny.
Podobało im się również, że podniesienie cofki wodnej nie spowodowałoby tu żadnych komplikacji dla właścicieli innych terenów.
– Było to też daleko od siedlisk wiejskich, do których jako mieszczuchy nie byliśmy przyzwyczajeni. Był tu też gotowy do zamieszkania budynek.

Wspólnicy zastali to miejsce w kompletnej ruinie
W końcu zapadła decyzja, że to Łomczewo będzie najlepszym miejscem pod ich inwestycję. Jeszcze przed wprowadzeniem stanu wojennego zorganizowali w pobliskiej leśniczówce obóz dla swoich przyjaciół, którzy pomagali im w pierwszych odgruzowywaniach. Rozpoczęcie odbudowy nie należało do najłatwiejszych, ponieważ przepadła dokumentacja tego miejsca. Wspólnikom udało się odnaleźć jedynie dwustronicową informację na temat elektrowni, gdzie były tylko dwa szkice techniczne.
– Nie było tego za dużo – śmieje się A. Augustowska, która po pewnym czasie weszła też w posiadanie zdjęcia pocztówki przedstawiającej to miejsce do 1953 r., kiedy rozporządzeniem centralnym zlikwidowano 6,5 tys. obiektów siłowni wodnych w całej Polsce.
– Jeszcze wtedy elektrownia była w pełnej okazałości. Ona przeżyła dwie wojny światowe. To też pierwsza elektrownia na pomorzu zachodnim, która była wybudowana na bazie starego młyna wodnego w 1905 r. – dodaje.

Wspólnicy na stałe zamieszkali tu w marcu 1981 r. i dążyli do tego, aby przejąć teren, chociaż nie było to łatwe. Przede wszystkim dlatego, że do ruin nikt z urzędów administracji państwowej nie chciał się przyznać. Dodatkowo jaz piętrzący bił zniszczony i nie pełnił swojej funkcji, a budynek był jedną wielką ruiną z olbrzymimi gardzielami po turbinach wodnych, w których kotłowała się woda.
Spotkali się również z oporem Urzędu Wojewódzkiego w Pile. Urzędnicy byli jeszcze bardzo prokomunistyczni i robili wszystko, żeby odwieść ich od próby odrodzenia prywatnej inicjatywy.
– Jeden z nich wręcz zarzekał się, że dopiero po jego trupie ta elektrownia będzie zarządzana przez prywaciarzy – wspomina pani Aleksandra.
Wspólnicy nie mieli także dobrych początków z gminą Okonek, gdzie ówczesny naczelnik także miał zarzekać się, że prędzej mu kaktus na ręku wyrośnie niż do tego dopuści.
– Na tyle miał poczucie humoru, że na otwarcie przyjechał z kaktusem – śmieje pani Aleksandra.
– Na początku strasznie próbował nas tępić, zabierając chociażby kartki na żywność. Jak się ustrój zmienił, to się zreflektował, przyznał, że był zapatrzony w ten komunizm. Zaczęliśmy utrzymywać poprawne stosunki.
Po czterech latach starań i walki o przetrwanie, ostatecznie po interwencji w Wydziale Skarg i Zażaleń Komitetu Centralnego PZPR, 5 maja 1985 r. otrzymali pozwolenie wodno–prawne na użytkowanie wód rzeki Gwdy w celu produkcji energii elektrycznej.
– To otworzyło nam wszystkie możliwości i zaczęliśmy kompletować pozostałą dokumentację oraz zgody – mówi pan Andrzej.
Zajęło to wspólnikom kolejne dwa lata. Do 1987 r. skompletowali dokumentację techniczną, pozwolenia na budowę, warunki techniczne podłączenia elektrowni, promesę bankową i już mogli zaczynać, jednak szalejąca dewaluacja „pożarła” ich fundusze inwestycyjne.
Z czego przez ten czas żyli? Przez te lata nie mogąc pracować zawodowo na terenie gminy, bo brakowało pracy, pracowali na zlecenie Centrali Przemysłu Ludowego i Artystycznego (CPLiA). Produkowali… batikowe pisanki z naturalnych wydmuszek z jaj. Swego czasu pisaliśmy o tym na łamach „Aktualności Lokalnych”.
– Praca mordercza, po 1000 sztuk miesięcznie, ale na życie zarobić trzeba – śmieje się.
W 1987 r. musieli jednak przyjąć trzeciego wspólnika.
– Zaczęliśmy działać bardzo szybko – mówi pani Aleksandra. Należy jednak pamiętać, że był to okres w historii, w którym nie można było pójść po prostu do sklepu budowlanego i zamówić wszystkiego co niezbędne. Dlatego inwestorzy musieli kombinować, ponieważ kłopotem była dostępność materiałów.
Pan Andrzej, jako główny konstruktor wyposażenia elektrowni, ściągał z różnych złomowisk elementy maszyn i po ich dopasowaniu do potrzeb powstawało wyposażenie. W poszukiwaniach często pomagały mu jego znajomości wędkarskie. Udało się chociażby kupić duży transport luźnego cementu w tzw. gruszce. Wszystko było gotowe do jej przepompowania, jednak napięcie w sieci okazało się poniżej normy.
– Bardzo częsty przypadek. Wsiadłam na swoją motorynkę i pojechałam na pocztę do Lędyczka, skąd zadzwoniłam do kolegi z Człuchowa, który pracował w Rejonie Energetycznym. Na pół godziny wyłączył dwie wsie, żebyśmy mogli przepompować cement! – śmieje się pani Aleksandra.

Wielkie otwarcie elektrowni, w której funkcjonowała jedna turbina, nastąpiło w październiku 1989 r., a zaproszeni na nie byli nie tylko przyjaciele wspólników, ale również całe Łomczewo, wojewoda pilski i naczelnik gminy. Nadano jej nazwę Żarki.
– Wszystko, co w tej elektrowni było, było ze złomu. Nie było ani jednej nowej rzeczy – mówią właściciele.
Urządzenia sterujące były wycofane z przemysłu, styczniki pochodziły ze statków. Sama główna turbina została wykopana w Głuchołazach ze starej papierni, gdzie w komorze turbinowej znajdowało się szambo.
– Niesamowite, że do tej turbiny jakimś cudem udało się znaleźć numer firmowy. Ze Szwajcarii przysłali nam teczkę dokumentacji technicznej konkretnie dla tej turbiny, która była wyprodukowana w 1924 r. – mówi pani Aleksandra.
Rolę generatora pełnił silnik kupiony za grosze z fabryki produkującej maszyny papiernicze. Kątowa przekładnia do generatora pochodziła z węgierskiego spalinowozu.
– Wszystko to były projekty Andrzeja – zachwala wspólnika. Trzeci wspólnik był za to świetnym ślusarzem i tokarzem, który znakomicie łączył części.
– Dwa lata później pojawiła się druga turbina. Wszystko pracowało bez zarzutu do lutego 2022 r.. Tylko drobne naprawy, nie przeprowadzaliśmy żadnej większej modernizacji. Przez 30 lat mieliśmy tak naprawdę tylko jedną poważniejszą awarię – dodaje pan Andrzej. Tak dobry wynik był też zasługą tego, że cały system był starannie pielęgnowany.
Niestety technologia użyta przy budowie elektrowni i wszelkie patenty w niej zawarte w końcu po prostu się zestarzały. Wielu elementów zapasowych nie można było już dostać, ponieważ fabryki je produkujące po prostu przestały istnieć. Do tego doszły zmiany przepisów dotyczące prywatnych elektrowni.
– Administracja to dla nas osobna boleść. Przeszliśmy przez kilka systemów wynagradzania za dostarczoną energię. Raz ta cena była adekwatna, a raz poniżej opłacalności. Kiedy przyszedł PiS, pojechaliśmy na mordę do tego stopnia, że znajomy musiał sprzedać swoją elektrownię, bo mu się to nie kalkulowało. My to przeżyliśmy – mówią bez ogródek wspólnicy.
Kolejnej zmiany przepisów, która nastąpiła w 2020 r., już niemal nie przeżyli. Nagle okazało się, że produkcja ich energii z wody wcale nie jest już zielona i ekologiczna.
– Od wprowadzenia pierwszych dopłat minęło 15 lat i dla nich przestaliśmy być zieloni. Mogliśmy iść na giełdę i próbować tam sprzedawać energię. Ale bądźmy szczerzy, że nasze małe megawaty by się tam nawet nie przebiły – podkreśla A. Augustowska, która razem z Towarzystwem Rozwoju Małych Elektrowni Wodnych od lat walczyła o przeżycie i godne warunki traktowania przez rządzących.

A polskie władze, według niej, nie doceniają tego, co mają pod nosem.
– Mieliśmy tu jednego prezesa stowarzyszenia z Austrii, który nie mógł wyjść z podziwu nad pomysłowością branży, z czego my robimy te elektrownie odnawialnych źródeł energii. Do głowy by mu nie przyszło, żeby wykorzystać pewne rzeczy. Czym mu dziwniejszą elektrownię pokazywaliśmy, tym bardziej był szczęśliwy i tym mocniej chwalił Polaków i ich zaradność – mówi.
Ratunek dla balansujących na krawędzi opłacalności Żarek wywalczyło Towarzystwo. Ich działania skutkowały tym, że jeżeli elektrownia wymieni cały swój park maszynowy, to otrzyma kolejne 15 lat wsparcia i porządnej ceny.
– Musielibyśmy wymienić wszystko, łącznie z turbinami, które są najdroższe – przyznaje pan Andrzej. Decyzja mogła być tylko jedna.
Ludowy Bank Spółdzielczy przyznał wspólnikom kredyt na ponad 3 mln. zł na pełną modernizację.
I chociaż remont generalny zakończył się w lipcu ubiegłego roku, to do lutego 2023 r. elektrownia nie mogła wystartować. Powodem tego były biurokratyczne działania koncernu Energa Operator oddział w Koszalinie, który początkowo zażądał przeniesienia przyłącza energetycznego elektrowni ze ściany budynku na słup energetyczny, zastrzegając sobie prawo samodzielnego wykonania przeniesienia. Pomimo znanego terminu zakończenia prac elektrowni i monitów właścicieli, koncern ociągał się z wykonaniem zadania. Ponieważ gotowa inwestycja nie mogła ruszyć, to spowodowało olbrzymie starty finansowe wspólników.
W końcu jednak się udało i od lutego całkowicie nowa elektrownia może pracować na pełnych obrotach. Ale zmiany klimatyczne spowodowały, że przez 100 ostatnich lat w Gwdzie ubyła 1/3 wody, a ostatnie suche miesiące powodują, że Żarki pracują z 1/4 mocy.

Aby dalej być zieloni, wspólnicy musieli wymienić na nowy każdy element elektrowni
Elektrownia może osiągać moc nawet 320 kW. Nie osiągając pełni swoich możliwości, rocznie jest w stanie wyprodukować od 1100 do 1200 mWh.
– Latem jest bardzo słabo, nadrabiamy zimą. Wody każdego roku jest coraz mniej. Chociaż w stosunku do górskich rzek i tak mamy raj. Gwda jest bardzo stabilną rzeką – mówi pan Andrzej.

Poziom wody jest taki, że Żarki pracują głównie na jednej turbinie
Czy ten biznes się opłaca?
– Uczciwie mogę powiedzieć, że tak – odpowiada pani Aleksandra.
– Pod warunkiem, że elektrownia jest w systemie źródeł odnawialnych. Mamy dwóch pracowników plus jednego dochodzącego i nam się to kalkuluje.
– Od kiedy wszystko jest w automacie, to u nas jest złota robota. Praktycznie jedyną rzeczą, którą trzeba robić, jest czyszczenie krat.
– Modlimy się tylko, żeby w Szczecinku dobrze lało. Kiedy tam poleje, to i do nas to spłynie – dodaje pani Aleksandra. Wspomina jednak, że w górze rzeki musi być jakiś „brudas”, ponieważ kiedyś raz w tygodniu, a teraz już niemal codziennie, dopływają do nich duże zrzuty nieczystości.
– Na parę godzin aż się podnosi przez to poziom wody. Oprócz ryb to wytruło nawet komary i muchy...
Hubert Nowak

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!