- Ten niemiecki hełm wykopałem przypadkowo w okolicach swojego domu, kiedy byłem młodym chłopakiem – Marek Dura pokazuje fantastycznie odnowiony atrybut niemieckiego żołnierza. To jeden z wielu przedmiotów, które znajdują się w unikalnej kolekcji złotowianina. Najlepsze jednak dopiero przed nim
[paywall]
- Mariusz, masz czas przyjechać? Chciałbym ci coś pokazać – Marek Dura zaprasza mnie przez telefon do siebie. Znamy się od lat, jak coś z bramą wjazdową nie tak, to zawsze do Marka. Podczas naprawy lubi opowiadać: najczęściej o militariach, o Wale Pomorskim, o wojskowych zlotach. Trochę nie może uwierzyć, że nie wszystkich to interesuje, żałuje, że w Złotowie, który stanowił wrota Wału Pomorskiego, tak niewiele poświęca się temu miejsca. Z trudem przychodzi mu się z tym pogodzić. Markowi marzy się, by może tak jak w Krojantach, w Bornym Sulinowie, w Jastrowiu...
Spotykamy się kilka godzin po telefonicznej rozmowie. Czeka na mnie na ulicy, bym nie pobłądził. Cały Marek. Otwiera drzwi od garażu, w którym stoi pięknie odrestaurowany radziecki motocykl wojskowy. - Kupiłem go dwa lata temu od znajomego. Uznałem, że czas już mieć jakiś militarny pojazd, którym mógłbym ruszyć na zloty – opowiada o motocyklu M-72, który został wyprodukowany w 1957 roku. Takich samych używali radzieccy żołnierze podczas II wojny światowej, był wierną kopią BMW R 71 - ciężkiego motocykla wojskowego.
- Razem z synami chcieliśmy go przeznaczyć na potrzeby gońca motocyklowego, ale potem dowiedzieliśmy się, że w Mogilnie znajduje się kosz do niego. Ten kosz już sam odremontowałem. Dziś motocykl znajduje się w rejestrze Konserwatora Zabytków. Ma specjalne tablice rejestracyjne. Wpisanie do rejestru podnosi jego wartość.

Na motocyklu nie ma odrobiny kurzu.
- Dużo nim nie jeżdżę. Dlaczego? Tym motocyklem się nie jeździ – śmieje się. Służy na wystawy, na zloty - opowiada. Marek Dura wymyślił sobie, że będzie na zlotach pełnił rolę gońca pocztowego. Oferuje pamiątkowe karty, podbija je okazjonalną pieczęcią. Ma nawet oryginalną, stalową wojskową skrzynkę pocztową z napisem „Poczta Polowa”. Ta skrzynka to również jego duma, podobnie jak i motocykl, do którego dołącza skórzane sakwy, uszyte dokładnie tak samo jak sakwy niemieckich motocyklistów wojskowych z czasów wojny.
- Gdy byłem na zlocie w Krojantach, do stanowiska, które prowadziłem, podszedł jeden z organizatorów. Obejrzał te sakwy. Wiedział o nich wszystko, jaki szew zastosowano z jednej strony, jaki z drugiej, z czego są wykonane nity. Nie mogłem uwierzyć, że ludzie takimi rzeczami się interesują. Nigdy nie przestaną mnie zaskakiwać – opowiada Marek, udowadniając, że pasjonatów militariów jest wielu.

Marek nie dla motocykla mnie jednak zaprosił.
- Oglądałeś „Czterech pancernych”? - pyta retorycznie, bo kto w moim wieku nie oglądał. Po chwili pokazuje mi radziecką ciężarówkę GAZ-51, identyczną, jaką jeździł kapral Wichura.
– Samochód, jakim jeździł Wichura miał tylko drewniany dach. W tym samochodzie baza jest zdrowa, można go całkowicie rozkręcić, dać do pomalowania. W środku nie ma niczego, ale na Białorusi i na Ukrainie nie ma z częściami problemu, oni to wszystko mają. I znam człowieka, który wszystko zamontuje: silnik, chłodnicę, skrzynię biegów, instalacje – mówi, dodając, że takiego pojazdu nie widział w naszej okolicy.
- Problemem są finanse, na remont potrzebne jest jakieś 30-40 tysięcy złotych. Może kiedyś znajdą się osoby czy instytucje, które by mnie wsparły w odrestaurowaniu tej ciężarówki? W zamian zawsze ten pojazd będzie do ich dyspozycji, a to przy okazji rocznic, obchodów, wydarzeń – mówi szczerze. Marzy, by kiedyś podczepić pod samochód lekką armatę z demobilu.
- Wiem już nawet, skąd ją pozyskać – mówi zadowolony.

Marek Dura pokazuje hełm radzieckiego żołnierza, odnaleziony przy okazji prac budowlanych. Zaraz potem przynosi poniemiecką menażkę z sygnowaną datą produkcji na 1939 rok.
– Spójrz, jak perfekcyjnie jest wykonana, z jakiego materiału! Nie ma się co dziwić, że niemieckie militaria są dla zbieraczy najcenniejsze i najdroższe – mówi. Za chwilę pokazuje ryngraf niemieckiej żandarmerii, pokryty farbą fluorescencyjną, by w ciemnościach był widoczny.
- To oryginał, na rynku jest wiele podróbek – pokazuje, czym się różni oryginał od kopii. Opowiada, że kiedyś miał sąsiada, który po wojnie trafił do Złotowa prosto z Zachodu, służył tam bowiem w armii gen. Andersa.
- Nazywał się Leonard Guziński. Mam od niego worek przeprawowy, przedwojenną maszynkę Gillette do golenia oraz dokumenty: prawo jazdy, książeczkę wojskową. Jego syn Zenon przed swoją śmiercią przekazał mi kilka pamiątek z tamtego okresu. Wiedział, że się interesuję historią. Kiedy otwarto kaplicę na cmentarzu parafii św. Rocha, przekazałem te rzeczy do Muzeum Ziemi Złotowskiej. Można je obejrzeć na wystawie w kaplicy. Czułem, że nie mogłem tego zatrzymać, to nie było moje – mówi Marek, który autentycznie żyje historią wojskowości.

Jego największą miłością jest jednak Wał Pomorski. Wie na ten temat bardzo dużo, tym bardziej, że w ostatnich latach na temat prowadzonych tu walk ukazało się wiele publikacji.
- Szkoda, że nie potrafimy wykorzystać tego potencjału, jaki daje nam historia – mówi z żalem w głosie, zdając sobie jednak sprawę, że na wszystko potrzebny jest czas, pieniądze, praca ludzi. Byłoby naprawdę ciekawie, gdyby udało się skupić wszystkich miłośników militariów, skorzystać z ich wiedzy i zbiorów. Może kiedyś to się uda - rozkłada ręce. Póki co zamierza jeździć po Polsce i brać udział w różnego rodzaju wydarzeniach.
- Zapraszają mnie wszędzie. Biorę w nich udział jako goniec polowy ze swoim M-72 i pocztą polową. Bardzo lubię to robić i ludzie po te pamiątkowe karty też lubią do mnie przychodzić – śmieje się.
Mariusz Leszczyński

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze