Wszystko zaczęło się niemal równo 30 lat temu. W listopadzie 1981 roku kapela przeprowadziła swoją pierwszą próbę, a w lutym kolejnego roku zaliczyła swój pierwszy oficjalny, publiczny występ. Tym sposobem od trzech dekad gra na naszych podwórkach
Bo Rypcium-Pypcium to właśnie kapela podwórkowa, która występowała nie tylko w Zakrzewie, nie tylko na terenie naszego powiatu, ale niemal w całym kraju. Łącznie przez te trzy dekady przez jej skład przewinęło się kilkunastu zapalonych muzyków. Niektórzy z różnych powodów zaprzestali tej muzycznej przygody: Bolesław Tesmer, Zygmunt Weinstock, Paweł Jęsiek, Paweł Gray, a części z nich po prostu nie ma już niestety wśród nas: Michał Sztych, Franciszek Bagniewski, Zdzisław Szopiński i Marek Piotrowski. Obecnie kapela liczy sześciu członków, a gra w tym składzie od 1997 roku: Henryk Szopiński (akordeon, śpiew), Dariusz Liponoga (bas, śpiew), Jacek Maślanik (gitara, śpiew), Bogusław Gabriel (bandżo), Robert Konnek (trąbka) i Eugeniusz Polak (bęben). Warto dodać, że Henryk Szopińsk i Bogusław Gabriel to jedyni z obecnego składu, którzy 30 lat temu zakładali zespół.
Styl podwórkowy
Kapela zaliczyła w swojej historii okresy, w których grywała mniej. Przerwy liczyły nawet po kilka, czy kilkanaście miesięcy. Jedna z najdłuższych przypadła na pierwszą połowę lat 90-tych. Jednak w 1995 roku zespół ponownie się zmobilizował, a efekt tej mobilizacji trwa aż do dzisiaj. I chociaż kapela nie gra tak często jak kiedyś, a nawet próby nie odbywają się z taką regularnością jak przed laty, frajda, jaką daje wspólne przebywanie na ćwiczeniach i podczas scenicznych występów, wciąż trzyma razem tą wesołą grupę. Bo, jak zapewniają członkowie kapeli, grają przede wszystkim dla zabawy. Owszem, coś z tego mają, a na pytanie o powód swojego scenicznego życia żartują nawet, że czynią to dla pieniędzy, to jednak są zgodni, że pasja, zamiłowanie, ale też zabawa, były głównymi powodami, dla których przez te 30 lat wspólnie stawali na scenach całej Polski. Czasami nawet z sukcesami, i to znaczącymi, jak zajęcie pierwszego miejsca w ogólnopolskim przeglądzie kapel podwórkowych w Koronowie. – To była nagroda otrzymana za styl. Prawdziwy styl podwórkowy – mówi Henryk Szopiński, dodając żartobliwie, że taki sukces może być dowodem tego, iż są prawdziwymi fachowcami gatunku. – Oczywiście przez skromność nie możemy tego na serio powiedzieć – prostuje natychmiast Dariusz Liponoga. Co nie zmienia faktu, że to wtedy kapela otrzymała w nagrodę możliwość wejścia do studia, a że członkowie Rypcium-Pypcium dołożyli coś z własnej kieszeni, powstała z tego pełna, profesjonalnie nagrana płyta. Warto dodać też, że na wspomnianym przeglądzie w Koronowie nagrodę indywidualną dla najlepszego instrumentalisty otrzymał Robert Konnek.
Imponujący dorobek
Członkowie Rypcium-Pypcium zgodnie przyznają, że trudno być kapelą podwórkową z prawdziwego zdarzenia. Dzisiaj wiele zespołów próbuje ich zdaniem być kapelami podwórkowymi, ale wychodzi im to z różnym skutkiem. Członkowie zakrzewskiej grupy nie powiedzą, że są jedyną taką kapelą w powiecie, ale zgodzą się z opinią, że dzięki Rypcium-Pypcium powstały inne. – My przynajmniej próbujemy swoim repertuarem i stylem trzymać się ściśle określonych ram. Oczywiście, gdy jest taka potrzeba możemy, przynajmniej spróbować, zagrać wszystko, ale na co dzień disco-polo nie gramy – mówi Jacek Maślanik. Jednym z najlepszych wyznaczników poziomu kapeli może na pewno być jej dorobek artystyczny. A ten w przypadku Rypcium-Pypcium zdaje się być imponujący. – Szacujemy, że przez te wszystkie lata opracowaliśmy łącznie kilkaset utworów, a nie wiem czy nie przekroczyliśmy tysiąca – próbuje podsumować Henryk Szopiński. – Myślę, że tak – dodaje po chwili cichego liczenia Dariusz Liponoga. I chociaż disco-polo na co dzień nie grają, to w razie potrzeby urozmaicają prezentowane tematy muzyczne – klimaty muzyki irlandzkiej też już grali. A występowali w nie byle jakim towarzystwie, bo jeżdżąc po kraju niejednokrotnie mijali się na scenie, czy za kulisami, z największymi gwiazdami tamtych czasów, choćby Alicją Majewską, Krzysztofem Krawczykiem, czy Skaldami, z którymi w jednym ze sklepów nawet ich pomylono, dzięki czemu bez kolejki mogli kupić piwo. Materiał na książkę
Na pytanie o to, co podczas tych 30 lat wspólnego obcowania było najważniejsze i najprzyjemniejsze, panowie zgodnie odpowiadają, że... integracja. – Granie daje wiele frajdy, ale to cała ta otoczka jemu towarzysząca jest dzisiaj źródłem tych najlepszych wspomnień – mówi Henryk Szopiński. A chodzi oczywiście o integrowanie z innymi kapelami, generalnie ludźmi, których ekipa z Zakrzewa poznała w ciągu 30 lat scenicznej kariery. – Nie ma jednego najbardziej zabawnego wspomnienia. Jest ich masa – mówi Dariusz Liponoga, po czym panowie zaczynają wymieniać się porozumiewawczo spojrzeniami, po których natychmiast na ich twarzach pojawiają się uśmiechy. – Kiedyś mieliśmy zacząć grać, a okazało się, że zgubiliśmy dwóch członków kapeli – wspomina Robert Konnek. – Innym razem jeden z nas po dobrze zorganizowanej imprezie spodnie zgubił. Okazało się, że na drugi dzień nosił je członek innej kapeli – rzuca Bogusław Gabriel, na co pozostali wybuchają gromkim śmiechem. – O tych rzeczach, to moglibyśmy osobną książkę napisać. Tego nie da się opowiedzieć. Tam trzeba było być i trzeba było to przeżyć – puentuje tę część rozmowy Dariusz Liponoga. Łowcy nagród
A integrowali się w całej Polsce, gdzie do dzisiaj pozostało wielu znajomych. Przez te 30 lat mieli też wielu fanów, nawet takich, również z Zakrzewa, którzy potrafili jeździć na występy kapeli po całej Polsce. Członkowie Rypcium-Pypcium przyznają, że są kapele, które z grania częściowo, albo w ogóle żyją. Z tymi nie było mowy o integracji, bo ich celem nadrzędnym udziału w konkursach było zwycięstwo. – W środowisku mówiliśmy na nich „łowcy nagród”. Spinali się, traktowali to niezwykle poważnie, zależało im przede wszystkim na zwycięstwie, a my, jak zdecydowana większość kapel, podchodziliśmy do tego zawsze na luzie. Pewnie dlatego nigdy się nie sprzeczaliśmy, o kłótniach w ogóle nie było mowy. Pieniądze, nagrody, to wszystko zawsze było gdzieś na dalszym planie. Gdyby tak dokonać po tych 30 latach bilansu, na pewno do tego grania więcej dołożyliśmy niż na nim zarobiliśmy – zgodnie oceniają. Występując po całej Polsce grali dla wielu ludzi z różnych środowisk, i dla zamożnych i dla tych z marginesu. Występowali w wielu miejscach, także nietypowych. Kiedyś zaliczyli granie w więzieniu w Czarnem. – Początkowo na widowni nie było zbyt zabawnie. Dopiero papierosy rozluźniły nieco atmosferę – żartują.
Jaka przyszłość?
Obecnie kapela nie występuje tak często jak przed laty. Ale gra, tak było choćby w miniony piątek, gdy w Domu Polskim odbyła się już po raz 41 zakrzewska biesiada. Członkowie kapeli myślą o organizacji jakiegoś jubileuszowego grania. Idealną datą na benefis byłby luty przyszłego roku – wtedy minie 30 lat od pierwszego publicznego występu Rypcium-Pypcium. Czy benefis uda się zorganizować, pokaże najbliższa przyszłość. Mniej kolorowo rysuje się ta dalsza. – Na ile się da, z nami w składzie, kapela na pewno będzie istnieć, bo nie zamierzamy rezygnować z grania. Jak długo zdrowie dopisze, tak długo będziemy chwytać za instrumenty – jednomyślnie oceniają. Pytanie, co później, bo następców niestety póki co nie widać. – Sądzę, że kolejnych 30 lat kapela nie przetrwa – ocenia Dariusz Liponoga. Problem jest nie tylko w tym, że brakuje chętnych, ale także w tym, że coraz mniej młodych ludzi gra w Zakrzewie na instrumentach tworzących oryginalny klimat tej muzyki. – Kto dzisiaj w okolicy gra na bandżo? – pyta Henryk Szopiński, podkreślając, że to przede wszystkim ten instrument nadaje wyjątkowy, podwórkowy styl. – Z tego co wiem, nawet na akordeonie młodzi nie grają – dodaje Robert Konnek. – Heniu jest chyba najmłodszym w Zakrzewie, który gra na akordeonie – ocenia Dariusz Liponoga. – Najgorsze, że chyba nikt nie chce się już uczyć gry na takich instrumentach.
Piotr Steffen
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze