Filmy od dziecka oglądałem w kinie. Do dziś pamiętam projekcje w kinie Rodło, przerywane z powodu zerwania taśmy w projektorze. Na seansie „E.T” był taki tłum, że ktoś zbił szybę w kasie, sypnęło się szkło, przyjechała milicja. Dostać się na głośny film, obejrzeć go w kinie to było wielkie przeżycie.
Jestem fanem twórczości - nieżyjącego już niestety - Andrzeja Żuławskiego. W swoim kraju był niezrozumiany i niszczony. Jego „Trzecia część nocy”, „Diabeł” czy „Na srebrnym globie” to kapitalne rzeczy. Żałuję, że nie zobaczy mojego filmu. Spotkałem go w Paryżu w 2011 roku. To był reżyser metafizyczny; jest więc szansa, że go jednak zobaczy…
Reklama
Najpierw chciałem pisać książki. Kiedy powstał mój pierwszy scenariusz postanowiłem nikomu go nie oddawać i zrobić film sam. Jako 15-latek kupiłem swoją pierwszą kamerę. To był radziecki Quarz 1x8S.

Leszek Sawicki na tle alegorycznego lasu
Jerzy Hoffman, kręcąc „Potop”, miał ponad 150 dni zdjęciowych, mnóstwo statystów, wojsko i dużo czasu. Dzisiaj nie kręci się filmów w tak luksusowych warunkach. Sienkiewiczowi jako pierwowzór Kmicica posłużył właściciel m.in. dóbr złotowskich Andrzej Karol Grudziński. Główny bohater „Gry w butelkę” to właśnie taki Kmicic - młody „gniewny” złotowianin, który szczerze nie lubi tego miasta. Ma mnóstwo wad i chce stąd uciec. Niestety, staje się sprawcą wypadku samochodowego, potrąca staruszkę - Niemkę Hildę, reprezentującą dawny Złotów. Główny bohater zostanie uwikłany w niesamowitą intrygę, z Bractwem Butelkowym w tle; Die Flaschen Bruderschaft założyli w 1814 roku niemieccy, polscy i żydowscy ezoterycy. Byli to złotowscy okultyści, którzy zamykali duchy w butelkach. Aby ceremonia mogła dojść do skutku, niezbędny był Niemiec, Polak i Żyd - swoista reprezentacja miasta Flatow. W filmie będą to Hilda, nasz bohater i Żyd w butelce. To punkt wyjścia opowieści o poszukiwaniu legendarnego złota, odszkodowania za zburzoną złotowską synagogę. Zmierzenia się z demonami przeszłości, teraźniejszości (duch gestapowca Eryka Janke) i odzyskaniu miłości. Analogii z „Potopem” mamy więc sporo…
Reklama
Ma to związek z prawdziwą historią z 1990 roku. Duchy zostaną uwolnione przez ekipę budowlaną, która odkryła piwnicę hotelu Lamberz. Fikcją będzie to, że budowlańcy w zakurzonych flaszkach znajdą nie tylko znakomite roczniki win. Duch Eryka Janke powróci i zamieszka w ciele złotowianina, granego przez Mariana Dziędziela, a nad miastem zawiśnie zmora faszyzmu. W sukurs ruszą bohaterowie, którzy w tym celu zejdą do tzw. Unterstadt, podmiasta, czyli krainy umarłych. Zejdą do innego, alegorycznego poziomu kulturowej pamięci, której na co dzień nie widzimy, nie wszyscy ją dostrzegamy, ale ona tu jest, gdzieś pod nami… Scenariusz to taka struktura mityczna, np. jak z Gwiezdnych Wojen George’a Lucasa. Nasz młody bohater nie interesuje się historią, nic o niej nie wie, w tym celu potrzebować będzie mentora – Hildy, która przygotuje go do ostatecznego starcia ze złem, a spotkanie z historią okaże się szansą na rehabilitację i poznanie siebie samego.
Tak - jako naturalna scenografia, alegoria historii, przeszłości, tajemnicy etc. Z początku widz może poczuć się zdezorientowany, ale szybko zrozumie, o co w tym chodzi. Żeby zaś nie poczuł się zbyt pewnie, las będzie też lasem par excellence, bez wspomnianej dwuznaczności. Zainspirował mnie tutaj Lars Von Trier ze swoim podejściem do scenografii w „Dogville”, oraz mistrz Carl Theodor Dreyer. Zabieg formalny przesyci wszechobecna metafizyka. W naszej kulturze mamy Dziady, czyli spotkanie z naszymi nieobecnymi bliskimi. Mam nadzieję, że widz nie poczuje się obco w takim świecie.
Reklama
Tak, ale gdybym powiedział, że to było 30-krotnie, to też byłaby prawda. Dialogi często powstają krótko przed planem, kontekst nie ulega zmianom, ale szlifujemy tekst tak, aby język postaci był jak najbardziej wiarygodny, mniej literacki, a bardziej naturalny.
Jesteś świeżo po planie zdjęciowym. Zdradź kilka szczegółów.
Jak wygląda współpraca z miastem? Film o Złotowie jest oczkiem w głowie naszych włodarzy?
Złototwórczość będzie składać kolejne projekty?
Nazwałbyś siebie perfekcjonistą?
Subskrybuj i czytaj wszystkie artykuły bez ograniczeń[[pay]]
Głównym producentem filmu jest stowarzyszenie Złototwórczość. Jest też koproducent Wacław Mączyński z SQM Studio z Poznania, który zapewnia nam sprzęt potrzebny do realizacji projektu. Od ostatniego planu nie musieliśmy płacić za kamery etc. Właściwi ludzie to potęga.

Właściwi ludzie to potęga. Jeśli będę robił kolejny film, to tylko z nimi
To trwało dwa dni i kosztowało około 20 tys. zł. Gra w butelkę to film za około 300 tys. Pierwszy dzień spędziliśmy w piwnicy i nagraliśmy kilka scen z okultystami. Drugi dzień to były trudne leśne plenery; scena tańca z wieloma dublami i jeszcze kilka innych. Szczęśliwie dopisywała nam pogoda; spadł nawet deszcz, kiedy był najbardziej potrzebny. Przed kamerą pojawili się m.in. Iga Górecka, Mieczysław Franaszek, Wojciech Solarz, Natasza Leśniak i inni. Zostało jeszcze 14 dni zdjęciowych. Chciałbym zaatakować w czterech podejściach. Na ulicach Złotowa chcemy pojawić się we wrześniu. Wszystko zależy od dopięcia budżetu. Pozostaje realizacja zdjęć na ulicach miasta, na placu Paderewskiego, w okolicach promenady i w Chacie Krajeńskiej. Ludzie wracając z pracy wpadną na plan filmowy i to już będzie promocja sama w sobie.
Reklama
Ostatnio nie dostaliśmy miejskiej dotacji, która zależna jest właściwie od jednej osoby - pani Małgorzaty Chołodowskiej. Ona jest szefową komisji, która nie wierzy w złotowski film. Specjalnie dla niej pokazałem część materiału w sali sesyjnej UM w Złotowie, ale dotacji nam nie przyznano; z powodu błędów formalnych, m.in. z powodu nie złożenia deklaracji partnerów projektu. Wszystkie te deklaracje złożone były w pierwszym konkursie, słabe to jakieś… Miasto zamiast być partnerem sabotuje nasze starania. Na szczęście znalazł się sponsor, którego nie mogę ujawnić, oraz Spółdzielczy Bank Ludowy w Złotowie. To połączone wsparcie umożliwiło zamknięcie historycznej części filmu. Stokrotnie dziękuję! Wracając do Pani Chołodowskiej, to paradoksalnie – po kilku miesiącach zwodzenia - wróciłem myślami do czasów burmistrza Wełniaka. Nasza współpraca nie zawsze była idealna, ale był jeden wielki plus: oszczędność czasu. W pięć minut wiedziało się, czy pieniądze będą, czy nie. Burmistrz podejmował decyzje sam i nie potrzebował do tego niczyjej pomocy. Po specjalnie zorganizowanym pokazie filmu dokumentalnego mojego autorstwa pt. „Póki my żyjemy” znaleźliśmy wspólny język, ponad podziałami. Na projekcję kolaudacyjną, mającą na celu „sprawdzenie” materiału, przyszedł sam, obejrzał go w pustej sali kinowej; znalazł czas. Wychodząc przybił mi grabę i powiedział: „Gratuluję”. Dzień później ten film uświetnił uroczystość organizowaną przez MZZ; przez panią dyrektor Zofię Korpusik–Jelonkową. To ona dała mi tę szansę.

Poszedłem w stronę metafizyki i nie żałuję
Oczywiście. Wiceburmistrz Chołodowska to dysponent publicznych środków, a w gotowym filmie pojawi się godło Złotowa. Miejskie złotówki dostaliśmy w 2016 roku i wyjątkowo zrealizowaliśmy dwa plany, w maju i grudniu; ze wsparciem sponsorów zrobiliśmy dwukrotnie więcej. Nie czuć w tym jednak żadnego partnerstwa ze strony miasta, nie ma z kim rozmawiać. Gdyby takie wsparcie było zawsze, film byłby już ukończony. Stosunek wkładu sponsorskiego do pieniędzy z miasta to pięć do jednego; niezły wynik, a pieniądze i tak nie pochodzą z ich kieszeni. Dziękuję jednak wszystkim, pani Chołodowskiej oczywiście też oraz mieszkańcom Złotowa.
Reklama
Na ostatnim pokazie było ich tylko trzech: Alicja Andrzejewska, Zygmunt Muzioł i Stanisław Wojtuń. M. Chołodowska co prawda też się pojawiła, choć wcześniej usłyszałem z jej ust, że prace nad moim filmem przypominają jej budowę okrętu w złotowskiej stacji POM-u, czyli że to niemożliwe, aby powstał tu film fabularny. A jednak… Taki film może powstać tylko raz i ma być wyjątkowy, a o sporach z panią Chołodowską kiedyś zapomnimy; zostanie natomiast złotowskie dzieło, robione dla mieszkańców i promujące Złotów.
Ciekawy jestem, kto by się ucieszył… Ten pokaz okazał się dobrym pomysłem, znalazły się kolejne osoby przychylne projektowi. Następne takie spotkanie chcemy zorganizować we wrześniu, zaprezentować kolejną porcję materiału. Akcja przeniesie się także do szkół; potrzebujemy wolontariuszy. Ponadto mamy zamiar wydać album z fotosami z planu autorstwa Kasi Bartosiak i anegdotami dokumentującymi prace nad częścią historyczną, czyli lata 2013-17. Album ma posłużyć jako narzędzie promocji; rozdamy go, niech trafi pod strzechy. We wrześniu chciałbym oznajmić, ile zostało do zrobienia, ile to jeszcze będzie kosztowało; zwłaszcza pracy. Wiele rzeczy można załatwić bez pieniędzy.
Reklama
Można mnie nazwać twórcą totalnym, który do realizacji gotowego pomysłu zaprasza utalentowanych gości. Jestem autorem scenariusza, scenografii, wybieram kostiumy, a w końcu reżyseruję.
Płaci się operatorom, dźwiękowcom, oświetleniowcom, kierownikowi planu, a to nie są małe kwoty. W filmie pojawią się znani aktorzy, których jest wielu, a to generuje spore koszty. W gotowym obrazie zobaczymy m.in. Edwarda Linde-Lubaszenko, Katarzynę Figurę, Mariana Dziędziela, Cezarego Morawskiego i innych. Młodą Hildę gra Iga Górecka, w roli dorosłej marzy mi się Dorota Kolak. Po obejrzeniu filmu Mariusza Grzegorzka „Jestem twój” wydała mi się idealna do tej roli. Aktorzy to ludzie z innej planety, bardzo wiele zależy od ich talentu. Oczywiście, to reżyser robi film, ale reżyseria to także dobór obsady, współpracowników etc. Po latach powstawania filmu mam świetną ekipę ludzi, którzy godzą się na pracę do świtu, bez płatnych nadgodzin, widzą w tym sens. To motywuje. Jeśli będę robił kolejny film, to tylko z nimi.
Reklama
To ma być niezależny film kinowy, w „Grze w butelce” zdjęcia powstają więc na profesjonalnej kamerze Sony PFW-F5, była też Arri Alexa. Operatorów było już kilku. Pierwsze zdjęcia zrobiły Esther Marie Mazowiecki i Aurélie Ganachaud, teraz pracuje ze mną Mateusz Wołoczko, to główny operator; wcześniej był jeszcze Robert Lis. Historyczna część to taka teatralizacja w kinie, zdjęcia współczesne będą już inne, realistyczne i dynamiczne.
Tu mnie masz. Odszedłem od tego z wielu względów, również finansowych. Poszedłem w stronę metafizyki i nie żałuję. Scena masowa oczywiście będzie, a do współpracy chciałbym zaprosić złotowian. Idealne byłoby 300 - 500 osób. Będzie szansa pokazać się jako statysta i epizodysta, czyli postać z krótką mówioną kwestią. Do nagrania jest też m.in. scena balangi w czasach współczesnych, podczas której pojawi się tytułowa gra w butelkę i to będzie bardzo ważna butelka.
Reklama
Rozmawiał Leszek Chełmowski[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze