Reklama

Jestem człowiekiem od konkretów

10/12/2018 07:00

O pierwszych tekstach, wygrywanych konkursach publicystycznych, pracy dziennikarza i urzędnika, życiowych zakrętach oraz pszczelarstwie – rozmowa z Martą Konek.

Zacznijmy od Twoich dokonań na niwie wydawniczej. Pamiętasz swój pierwszy tekst?
Oczywiście! Napisałam go, mając siedem lat. To było opowiadanie, które zatytułowałam „Szarusiowe przygody”. Głównym bohaterem był kotek Szaruś, a tekst zaczynał się słowami „Był sobie kotek. Nie jakiś okazały kot z długim włosem, ale normalny szary kicuś”. Szaruś był wytworem mojej wyobraźni, bo nigdy takiego kota w domu nie mieliśmy. Do tej „książki” przygotowałam też ilustracje, bo od zawsze uwielbiałam malować. Całość, nieco pożółkła i nadgryziona zębem czasu, zachowała się w moim domowym archiwum.

Od tamtego momentu polubiłaś pisać?
Bardzo lubiłam czytać. W wieku pięciu lat szło mi to już bardzo płynnie. Wtedy też odkryłam książki Jana Grabowskiego, np. „Puc, Bursztyn i goście”, które były dla mnie inspiracją w pisaniu. Też chciałam tworzyć takie opowiadania. Na łamach prasy zadebiutowałam trzydzieści lat temu. W 1988 roku Tygodnik Pilski ogłosił konkurs „Legendy, podania i obyczaje naszej ziemi”. Mój tekst zajął tam pierwsze miejsce i został opublikowany. Później moje drogi z pisaniem nieco się rozeszły. Wiele „popełnionych” w tym czasie tekstów na zawsze wylądowało w szufladzie. Tak było niemal do końca lat 90-tych, kiedy to wzięłam udział w konkursie „Europa moich marzeń”, zorganizowanym m.in. przez Ośrodek Badań i Edukacji Europejskiej i Fundację im. Friedricha Eberta. Wygrałam ten konkurs, a główną nagrodą był komputer. To otworzyło przede mną nowe możliwości.

Reklama

W jaki sposób zaczęła się Twoja przygoda z dziennikarstwem?
Czasami mam wrażenie, że w moim życiu wiele rzeczy dzieje się przypadkowo. Po prostu się zdarza. Jednak gdy spojrzy się na to z pewnej perspektywy widać, że kolejne wydarzenia są konsekwencją wcześniejszych wyborów. Po konkursie „Europa moich marzeń” o tym, że piszę, od moich rodziców dowiedziała się Zdzisława Bosak-Kawa z Towarzystwa Miłośników Łobżenicy. Zaproszono mnie na spotkanie zespołu redakcyjnego Panoramy Łobżenicy. Należeli do niego wówczas Teresa Bąk, Kazimierz Sztych, Jan Dubiela, Barbara Dubiela i Henryk Kucharski. Chociaż to była i jest praca społeczna, to jednak pozwoliła mi wiele się nauczyć. Przetrzeć sobie dziennikarską ścieżkę. Nauczyłam się wtedy, jak rozmawiać z ludźmi, zbierać materiały, wyszukiwać tematy czy robić reportaże. Zmieniając redakcję na jeden z lokalnych tygodników byłam właściwie gotowym do pracy dziennikarzem. To był świetny czas. Miałam okazję pracować z ludźmi, na których tekstach uczyłam się pisać, których podziwiałam i szanowałam.
Później przez ponad rok pracowałam w Urzędzie Gminy i Miasta w Krajence na stanowisku ds. inwestycji, a gdy po zmianie na stanowisku burmistrza wręczono mi wypowiedzenie, wróciłam do dziennikarstwa.

W dziennikarskim fachu przeżywa się wzloty i upadki, chwile wesołe i te przygnębiające. Zapadły Ci w pamięci jakieś szczególne wydarzenia?
Pamiętam wydarzenie, do którego doszło na jednej z sesji Rady Miejskiej w Łobżenicy. Wzięła w niej udział pani, która przyszła uświadomić burmistrza i radnych, jakie „skarby” kryją się w Bibliotece Publicznej w Łobżenicy. Chodziło o to, że na półkach w dziale dla dzieci i młodzieży znalazła książkę pt. „Pierwszy seks”. Pani nie tylko wyniosła z biblioteki tę książkę, ale właśnie na sesji czytała włodarzowi i rajcom jej fragmenty. Nikt za bardzo nie wiedział, jak się w tej sytuacji zachować. Moja relacja z sesji nosiła chyba tytuł „Pierwszy seks w Łobżenicy” i zainteresowała ogólnopolskie media. Reportaż o łobżenickich obradach ukazał się w Gazecie Wyborczej, można go zresztą znaleźć jeszcze w internecie.
Pracując dziennikarsko miałam okazję przeprowadzić wywiad z Jarosławem Kaczyńskim, poznać między innymi Grzegorza Miecugowa, Teresę Torańską. Wielką satysfakcję odczuwałam też w momentach, gdy dzięki materiałowi udawało się komuś pomóc. To dawało mi poczucie, że to co robię, ma sens. W tygodniku artykuł żyje tydzień, w dziennikach jeszcze krócej. Ludzie prosząc dziennikarzy o napisanie o tym, co się w ich życiu zdarzyło, mają czasami ogromne oczekiwania, a my nie jesteśmy cudotwórcami. Nie rozwiążemy wieloletniego konfliktu, nie damy rady cofnąć dramatycznych wydarzeń. Pojawiamy się w życiu ludzi, wchodzimy do niego z butami. Dobrze, jeśli nie zostawimy po sobie większego bałaganu niż zastaliśmy. Więc jeśli komuś udało się pomóc w mediacjach z bankiem, w zbieraniu środków na leczenie, jeśli po artykule znalazło się grono ludzi niosących pomoc bohaterom tekstu, to wtedy ta praca wykracza poza napisanie kilku zdań, które za chwilę odejdą w zapomnienie.
Nie lubię pisać o polityce. Moją ukochaną formą dziennikarstwa od zawsze był reportaż, bo ten rodzaj pisania bierze się z ciekawości, z chęci poznania, zrozumienia bohaterów i ich świata, z otwartości na odmienność. To jednak jest forma, która nie lubi pośpiechu. Mam parę takich tekstów, do których z sentymentem wracam.

Reklama

Pszczelarstwo to jedno z najmłodszych zamiłowań Marty. Poświęciła mu się bez reszty. Marzy, by kiedyś zajmować się tylko tym


Dziennikarskie szlify ośmieliły Cię, by zacząć też wydawać książki, albumy, przewodniki związane z Łobżenicą?
Przygoda z wydawnictwami zaczęła się dzięki Janowi Dubieli. On był researcherem, ja pisałam w oparciu o przygotowane przez niego informacje. On wydeptywał ścieżki, zajmował się organizacyjnie przygotowaniem publikacji, a ja przelewałam na papier tę wizję. Mało kto zauważał, że ogromną pracę w kolejne publikacje wkładała jego żona Barbara, która zajmowała się składem i nadawała ostateczne, graficzne szlify naszym książkom.
Potem pojawił się tomik poezji, kolorowanka dla dzieci z wierszowaną legendą o Łobżenicy. Próbowałam to wszystko podsumować i doliczyłam się kilkunastu pozycji, w których w jakimś stopniu maczałam palce.

Reklama

W 2015 roku znów zamieniłaś redakcyjne pióro na pracę urzędową. Odpowiedzialność za promocję Łobżenicy to było dla Ciebie wyzwanie, spełnienie marzeń?
Po części jedno i drugie. Uważałam, że będę mogła zrobić jeszcze więcej fajnych rzeczy dla Łobżenicy, którymi i tak zajmowałam się społecznie. Nie do końca rozstałam się przy tym z pracą redakcyjną. Do dziś piszę i to nie tylko dla Panoramy Łobżenicy.
Te prawie cztery lata pracy w urzędzie to był czas, gdy jeszcze mocniej dotarło do mnie, jaki gmina Łobżenica ma potencjał. Mówię to zwłaszcza w kontekście ogromnego grona ludzi, skupionych wokół organizacji pozarządowych, którzy poświęcają swój wolny czas, żeby zrobić coś dla innych. Mam nadzieję, że moja praca przyczyniła się do tego, że  te organizacje zaczęły współpracować i organizować pewne wydarzenia razem. Wierzę też w to, że to się nie skończy.
Ten potencjał świetnie było widać, gdy do Łobżenicy przyjechała ekipa RMF FM. Dziennikarze byli w szoku, ile u nas się dzieje, jak wielu żyje tu ciekawych ludzi oraz jakim pasjom się poświęcają. Towarzyszyłam ekipie w kolejnych punktach programu i powiem szczerze, obserwując wystąpienia członków Koła Pszczelarzy, Krajna Motors Team, Towarzystwa Śpiewaczego Magnificat, Kurkowego Bractwa Strzeleckiego, Towarzystwa Miłośników Łobżenicy, Stowarzyszenia Gminnej Rady Kobiet, zespołu Błękit Krajny czy sekcji średniowiecznej Krajka, byłam dumna, że mieszkam w gminie Łobżenica.
Udało mi się także spełnić marzenie związane z przepłynięciem Łobżonki i wydaniem przewodnika dla tych, którzy chcą poznawać tę rzekę i Krajnę.
To był dobry czas jeśli chodzi o współpracę z organizacjami, o inicjatywy, jakie udało się zrealizować i przyjaźnie, które przetrwały pomimo tego, że zmieniłam pracę.

Dlaczego postanowiłaś rozstać się z Łobżenicą na rzecz Złotowa?
Uściślę – nie z Łobżenicą, ale z pracodawcą. Wiele osób wie, z czym musieliśmy się mierzyć. Zmieniałam pracę poharatana, niepewna swej wartości. Ten krótki pobyt w złotowskim magistracie bardzo mnie wzmocnił i jestem za to bardzo wdzięczna zarówno burmistrzowi Adamowi Pulitowi, jak i jego zastępczyni Małgorzacie Chołodowskiej. To świetni ludzie, merytoryczni, z wizją. Nasza współpraca była krótka, bo trwała zaledwie 1,5 miesiąca, ale będę ten czas dobrze wspominać.

Reklama

Tymczasem rozmawiamy w Twoim nowym gabinecie, na drzwiach którego widnieje napis: Marta Konek, dyrektor Gminnego Domu Kultury w Miasteczku Krajeńskim.
Fakt, to chyba największa wolta w moim życiu zawodowym. Trzeba być trochę szalonym, by ciągle dokonywać takich zmian w swoim życiu. Jednak dla mnie to wyzwanie, a ja lubię wyzwania. Jestem człowiekiem od konkretów. Po kilku tygodniach tutaj wiem, że znów otacza mnie grono świetnych ludzi, którym chce się coś robić. Nie wykluczam przy tym współpracy z Łobżenicą. Już żartujemy, że może warto przemianować Towarzystwo Miłośników Łobżenicy na Towarzystwo Miłośników Łobżenicy i Miasteczka Krajeńskiego. Myślę, że gdybyśmy spotkali się za pięć lat i wrócili do tego tematu, będzie okazja porozmawiać o wielu fajnych, wspólnych inicjatywach.

Nurtuje mnie jeszcze jedna kwestia. Znajdujesz jeszcze czas na zainteresowania, które masz? Jest ich trochę: poezja, malarstwo, rzeźbiarstwo, a od jakiegoś czasu także pszczelarstwo.
Tego czasu jest zawsze zbyt mało, jednak w tych trudnych momentach te wszystkie rzeczy, które wymieniłeś, to była odskocznia. Moim marzeniem jest otworzyć kiedyś gospodarstwo agroturystyczne, w którym będzie można nauczyć się malarstwa, rzeźbiarstwa, pszczelarstwa czy zielarstwa. Dążę do tego i kiedyś ten cel zrealizuję. Wracając jednak do pszczół. Zawsze chciałam się tego podjąć, tylko nigdy nie było warunków. Podobnie jak w przypadku innych zdarzeń w moim życiu pszczoły przyszły do mnie same. Trzy lata temu na olsze usiadła rójka. Pomógł mi ją zdjąć Stanisław Jendrzejewski. To była inspiracja do działania w tym temacie. Mam w rodzinie pszczelarskie tradycje, ule jeszcze z Wilna przywiózł pradziadek. Wówczas nie miał następcy, teraz z chęcią ja przywracam do rodziny ten fach. Zdobyłam nawet tytuł technika pszczelarstwa. Pszczoły są niesamowite. Zawsze potrafią czymś zaskoczyć. Nie ma dwóch takich samych przeglądów, a gdy wchodzi się do pasieki, słychać to bzyczenie, czuć ten miodowy zapach, odpływają wszystkie złe emocje. Nie zapomina się też pierwszego miodobrania. Gdy wszystko to, co czytałeś, czego się uczyłeś, o czym Ci mówiono zamienia się w „płynne złoto”, satysfakcja jest ogromna.

Reklama

Rozmawiał Sz. Chwaliszewski

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    gość 2018-12-10 12:44:17

    Nie może być - taka wspaniała współpraca ze złotowskim magistratem i ... ucieczka po 1,5 miesiąca. A co konkretnie ta Pani zrobiła w Złotowie przez 1,5 miesiąca?

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Gość - niezalogowany 2018-12-10 13:43:54

    A mnie jakoś nie dziwi że uciekła ze zlotowskiego magistratu

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    gość 2018-12-10 14:09:19

    Myślę,że trudno było pani sprostać wymaganiom naszego włodarza za takie pieniądze najlepiej niech sam to robi.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama