Reklama

Jestem Polakiem i Niemcem jestem

13/08/2012 00:00
Wojna w Złotowie rozpoczyna się w 1945 roku. Urodzeni tu wcześniej są obywatelami Rzeszy. Potem miasto dzielą analfabeci zza Buga, szabrownicy z Polski i autochtoni. Historia miasta oczami Wiktora Więcka

Rodzina do Wehrmachtu

Ze ściany spogląda kilkadziesiąt oczu. Mężczyźni ciemni, kobiety białe – ot, urok starej fotografii. - Wujek zginął w walkach w Werhmachcie w Grecji – siwa głowa Wiktora Więcka odbija się na tle starych książek. - Drugiego wujka z dziadkiem w 1945 Rosjanie zabrali, gospodarstwo spalili i wrócił tylko dziadek– losy rodziny mieszkającej przed wojną na Złotowszczyźnie są pełne zwrotów.

Wiktor Więcek, rocznik 1936, rodzi się jako obywatel Rzeszy Niemieckiej. Jako sześciolatek idzie do niemieckiej szkoły. – To był szok. Nigdy nie byłem nawet w przedszkolu – mężczyzna uśmiecha się dobrotliwie. Pamięta tabliczkę z rysikiem, zawieszkę na szmatkę i gąbkę. I brodatego nauczyciela z wielkim szkłem powiększającym w ręce. – Za brak zadania wymierzał kary cielesne. Na goły tyłek się obrywało – wspomina.

A nie po łapkach?

- Po łapkach dawała nam pani od religii już w szkole polskiej potem.
W szkole Wiktor mówi po niemiecku, po niemiecku rozmawia z rówieśnikami. W domu język Hitlera przeplata zdaniami polskimi. – Mój dom był dwujęzyczny, ale my w mieście szybciej ulegaliśmy wynarodowieniu – przyznaje złotowianin.

Na czas walk frontowych Niemcy przenieśli szkołę na półwysep, w miejsce gdzie obecnie działa Zabajka. - To był Jugendheim. Budynek był bardzo przepuszczalny, zimny jak jasna cholera. Tam byliśmy krótko, bo 2-3 miesiące. Na szczęście byłem za młody na Hitlerjugend – to koniec niemieckiej edukacji W. Więcka.

Na zachodzie czas zmian

Rok 1945. Niemcy porzucają Złotów. Boją się czerwonoarmistów i wyganiają pozostałych obywateli niemieckich. - My się przeprowadziliśmy do dziadka do Dzierzążenka, nie chcieliśmy wyjeżdżać. Stąd uciekli ci, którzy mieli na bakier z prawem albo byli zbyt powiązani z władzą niemiecką. Pozostali, czy to katolicy, czy ewangelicy, zostawali, bo to byli złotowianie. Wielu z mojej ulicy odchodziło, a potem zostawiało uciekinierów Niemców i wracało – taki jest Złotów widziany oczami dziewięciolatka.

Złom wojenny, postarzone dymem budynki, wzdęte trupy na polach i puste domy. Powojenny plac zabaw. - Wędrowaliśmy po okolicy, jak to dzieci, łaziliśmy wszędzie gdzie nie trzeba. Całymi gromadami żeśmy hasali, czasem znaleźliśmy coś przydatnego – złotowianin wspomina siebie w krótkich spodenkach. Konkurują z szabrownikami. Obywatele Polski - przybysze udają partyzantów, wzbogacają się na Niemcach. Tapczan, komoda, zastawa. - Nie chcę używać nazwisk, bo ci ludzie już nie żyją, niech odpoczywają w spokoju – 76-latek żywo gestykuluje. - Zajęli pięknie wyposażone gospodarstwa, nawet nie wiedzieli, jakie maszyny mieli – dodaje.
Na wozy drabiniaste zbierają ścierwa zwierząt, ładują ciała ludzi. Bez imion. - Mnie kiedyś pytano, czy mogę wskazać miejsce, gdzie chowano ludzi, ale nie wiem tego i nie sądzę, żeby ktoś mógł na to pytanie odpowiedzieć – W. Więcek chwyta pytanie zadane wzrokiem.

Polak, Niemiec dwaj obywatele


Agata Więcek sprząta ulice, zbiera cząstki Złotowa. Nowa władza traktuje ją jak Niemkę. Po latach Wiktor Więcek dostaje list od żołnierza, który walczył na Wale Pomorskim. Leczył się w Złotowie. - Napisał, że przykro mu było jak przechadzał się po Złotowie i widział, jak milicjant pilnował dwóch kobiet, które sprzątały ulice i w pewnym momencie jedną kopnął. I ten żołnierz powiedział: Co ty, mądrala z bronią i kopiesz bezbronnego?
To Niemiec.
I co z tego? Robi porządki? Robi.
Miasto cierpi przez Rosjan. Nie strzelają, ogień załatwia sprawę w ciszy. - Mój kolega z Krajenki mówi, że wszystko co miało więcej niż jedno piętro było wrogiem i się to paliło – dziś jest to gorzki żart.

W latach 40-tych złotowianie określają swoją narodowość. - Kocik był burmistrzem i mu zależało, żeby uchować Polaków, którzy tu mieszkali za Niemca. Oni się wszyscy znali i nie chciał, żeby trafiali do obozu przejściowego w Złotowie – ocenia człowiek z podwójnym obywatelstwem. – Ja się nigdy o to nie starałem, niech tam sobie Niemcy liczą jak chcą – mówi dzisiaj.

Podpis i kilka zdań po polsku. W zamian potwierdzenie obywatelstwa. Niemcy też zostają. Chcą mieszkać w Polsce.
[[nowa_strona]]
Szwaby i chadziaje

Dzieci potrafią być okrutne. Strzelają słowami celnie. Autochtoni to szwaby, przybysze z Polski to chadziaje. – Ci zza Buga w większości nie znali słowa pisanego – jeszcze dziś dziwi się pan Wiktor. Analfabeci i ci ze szkół niemieckich trafiają do jednej szkoły. Pierwsze zajęcia w Domu Towarzystwa Szkół Polskich organizują nauczyciele przybyli z różnych stron. Wielu z praktyką w polskich szkołach przedwojennych.

- Nauczyciele przyjezdni władali piękną polszczyzną, ale 30% dzieci władało tylko niemieckim. Ja sam miałem dość marnie opanowany polski – wspomina W. Więcek. Dziewięcioletni Wiktor trafia do klasy trzeciej. Z o rok młodszym bratem przecinają księgę rachunkową na pół na dwa zeszyty. Pióra robią z gęsich tutek. – Do pisania używaliśmy też ołówków, a najbardziej w cenie był ołówek kopiowy, bo można było go rozpuścić w wodzie i z tego był atrament – taki wynalazek dziecięcy – staruszek obdarowuje pokój szczerym uśmiechem.

W szkole dużo mówi. Nie ma sensu pisać, gdy nie zna się słów. Intensywny kurs polskiego dostaje w ósmej klasie jedenastolatki. - Uczyła mnie pani Borkowa. Mówiła: - Co tak patrzy na mnie spode łba i mówi węgle? To jest węgiel, dziecko, nie węgle.

Szkoła działa w budynku placówki niemieckiej. Nieźle wyposażona, z opuszczanymi zasłonkami we wszystkich oknach. Na blatach kałamarze, które napełnia dyżurny dzierżący flaszkę z atramentem.

Kolejną lekcję polskiego najstarszy z czwórki rodzeństwa dostaje w Liceum Pedagogicznym w Złotowie. Setkami przykładów, na każdej lekcji ćwiczy gramatyczny i logiczny rozkład zdania. Na Złotowszczyźnie rozpaczliwie brakuje nauczycieli, a on ma być jednym z nich.

Nakaz picia?

Wiktor Więcek liceum kończy w 1954 roku. Ma nakaz pracy. Trafia do Skrzatusza, ale wkrótce ucieka. - Uczyłem rok, bo nie wytrzymałem fizycznie. Powszechne było pijaństwo, w szkole też. Uczniowie kiedyś przyszli i powiedzieli, że przyprowadzili kierownika, znaleźli go w rowie – młody nauczyciel miał za słabą głowę do takiej pracy. Krzywo patrzy na kierownika miejscowego PGR-u, który na stole stawia litrową flaszkę czystej. – I trzeba było się z nim napić, a takich sytuacji było więcej. Musiałem uciekać, bo bym się skończył – uzasadnia swoją rejteradę.
Ucieka w kamasze. W szkole oficerskiej w Toruniu uczy się rozpoznania dźwiękowego i topograficznego. Poznaje techniki fotograficzne i uczy przełożonych. - Oficerowie musieli mieć wykształcenie wyższe, więc prowadziłem w szkole dodatkowe zajęcia z matematyki ze swoimi dowódcami – W. Więcek był tam jednym z sześciu żołnierzy z maturą.

Po dwóch latach służby złotowianin trafia do szkoły w Lędyczku – najmniejszego miasta w Polsce.

Koniec cz. 1


Łukasz Opłatek
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama