Reklama

Klient - nasz pan

12/02/2013 00:00
14-letni mercedes i nieco ponad 100 tysięcy na liczniku nikogo nie razi. Ponad 200? "Ładne auto, ale zajechane" - mówią klienci. Możliwie najniższa cena i salonowy stan, "igiełka" - tego właśnie chce każdy przeciętny kupiec

Kryzys gospodarczy mocno uderza po kieszeniach, ciągle są jednak sfery, w których obrót finansowy nie zwalnia. Handel używanymi samochodami – tu machina kupna-sprzedaży ciągle się kręci. Jak wynika z danych udostępnionych przez złotowski Wydział Komunikacji, kierowany przez Danutę Boguniewicz-Kwaśniewską, różnica w ilości aut sprowadzonych z zagranicy i zarejestrowanych w powiecie w ostatnich latach nie jest dramatycznie różna, bywały jednak lata zupełnie pod tym względem wyjątkowe. Dla porównania – w 2005 roku nowe tablice wybito dla dokładnie 2688 pojazdów, w 2012 – dla 2052. Uszczegóławiając, rok 2005 to 2570 samochodów i motocykli (w poprzedniej liczbie mieściły się jeszcze m.in. ciągniki i motorowery), rok 2012 to liczba 1967 -  przy czym trzeba wiedzieć, że motocykle stanowią mniej niż 10% przytoczonych wielkości. Prawdziwą zwyżkę przyniósł rok 2008 – zarejestrowano wówczas dokładnie 3135 aut i motocykli, a zapowiedzią tego wyniku było poprzednie 12 miesięcy, gdzie wielkość ta „podskoczyła” do 2709.

Jaki kierunek motoryzacyjnych zakupów obieramy najczęściej? 75% aut rejestrowanych w powiecie sprowadzanych jest z Niemiec. Kolejne miejsca mają Belgia, Francja, Holandia, a nawet Włochy. Najpopularniejsza marka? Volkswagen. Wzięcie mają też fordy i ople. Ekstrawagancja typu subaru w ogóle nie jest chodliwa. Zresztą poczesne miejsce w głowie potencjalnego klienta wespół z marką zawsze zajmuje cena. Do 10 tys. zł – takie sprzedają się najlepiej. - Ludzi nie stać na nowe samochody – opowiada nasz rozmówca, od wielu lat zajmujący się handlem używanymi autami. Kieszeń przeciętnego Polaka zazwyczaj jest na tyle głęboka, by wydobyć z niej kasę wyłącznie na „używkę z zachodu”. Nie każdą jednak. Co innego sfatygowany golf, któremu dobry handlarz pomoże odzyskać blask, a co innego mercedes za 20 czy 30 tys. zł, przy którym co prawda nie trzeba wiele albo nawet nic robić, ale nabywcę znaleźć nie jest za to łatwo. - Wolę przywieźć tańsze auto i szybko je sprzedać – mówi mężczyzna – pieniądz jest podobny.
[[reklama]]
W Złotowie handlującym nie jest najgorzej. 7 aut w 2,5 miesiąca – to ostatni sprzedażowy bilans naszego rozmówcy. Interes jakoś się kręci, zresztą wystarczy spojrzeć na ilość komisów, które wyrastają w okolicy jak grzyby po deszczu i skupić uwagę w miejscu, gdzie kiedyś mieścił się firmowy salon samochodowy, a został po nim tylko budynek, w którym dzisiaj mamy „lumpeks”. Aż nadto jasno widać, na co wolimy wydać pieniądze. Używane volvo S60 z 2008 roku za 29.900 zł w oczach klienta już w przedbiegach deklasuje nową pandę za 35 tys. zł. Cóż, że dojdą koszty rejestracji, opłata w „skarbówce”? W ostatecznym rozrachunku i tak się opłaca.
[[nowa_strona]]
Coś za coś

Wymagania Polaków nie są skomplikowane – ma być tanio. Nie chcemy wydawać dużych pieniędzy, przede wszystkim dlatego, że ich nie mamy. Ma być też atrakcyjnie. - Jak jest dwójka z przodu na liczniku to auto nikogo nie interesuje – wyjaśnia nasz rozmówca. Dlatego kręcenie zegarów to norma. Przedział 150 do 180 tys. km to wersja optymalna, przy czym starte welury czy „wyślizgana” kierownica nie wszystkim dają do myślenia. Wystarczy 50 zł i już klient ma przebieg, o jakim marzy. Cudownie odmłodzić auto mogą również książki serwisowe, w których znajdują się wiarygodnie wyglądające wpisy i pieczęcie, jakie już za kilkadziesiąt złotych można kupić przez Internet. To sposób pomocny w zafałszowaniu przeszłości samochodu – istotne kolizje czy awarie są posyłane w niebyt. - Nikt specjalnie w to nie wnika – tłumaczy mężczyzna, dodając, że statystycznie na 10 aut jedno ma na liczniku oryginalną kombinację cyfr. Nie pytają klienci i nie pytają mechanicy, którzy przecież mają ich ustrzec przed kupieniem „grata”. Nie widzą usterek, a zdarza się, że zanim auto trafi na aukcję, trzeba wpakować w nie kilka tysięcy złotych. Wymiana elementów, lakiernicze poprawki, szybki karscher – ten kto się zna, dostrzeże różnice. Kupując „używkę” trzeba zwrócić uwagę na kolor i grubość lakieru, łączenia na słupkach, spasowanie elementów, oznaczenie szyb i lamp. Jeśli wszystko się zgadza, „ nie bite” rzeczywiście może oznaczać bezwypadkowe.
[[reklama]]
- Oczywiście zdarzają się auta, w które przed sprzedażą nie trzeba włożyć ani złotówki – tłumaczy nasz rozmówca, dodając, że historie o handlarzach wciskających klientom totalne graty, „składaki” są mocno przesadzone, podkręcone przez media. - Nie sprowadzam takich samochodów – deklaruje.

Nie można generalizować, jak w każdym sektorze handlu zdarzają się przecież sprzedawcy mniej i bardziej uczciwi.

Patrycja Koplin


Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama