Bardzo wcześnie zrozumiałem, jak ważna jest tożsamość regionalna - związanie z regionem, w którym się żyje. To zasługa moich rodziców. Niezupełnie od Krajny się jednak zaczęło. Urodziłem się w szkole w Małych Swornychgaciach. Mój ojciec, Willi Kurt Poznań, był absolwentem seminarium pedagogicznego w Bydgoszczy, po którym zyskał pracę nauczyciela. Był wszechstronnie wykształcony. Znał język niemiecki, grekę, łacinę, potrafił grać na skrzypcach i fortepianie. Ponadto cechował się wielką starannością w mowie i piśmie, znając się na kaligrafii. Mama Maria również uczyła, prowadziła też ludowy zespół taneczny. Na ich charaktery z pewnością wpłynął fakt, że cudem przeżyli wojnę. Ojciec był zesłany na roboty przymusowe, mama trafiała do kilku obozów koncentracyjnych, miała nawet wyrok śmierci. Pomimo tych traumatycznych wspomnień cechowała ich ogromna wrażliwość, silne poczucie patriotyzmu i troska o innych ludzi. Pamiętam, że gdy byłem mały rodzice polecili mi, żebym z braćmi i kolegami poszedł nazbierać kwiatów. To było w Dzień Matki. W obejściach opuszczonych domów nazbieraliśmy pięknych konwalii. Następnie rodzice wskazali, żebyśmy te bukiety pozanosili do domów, gdzie żyły samotne kobiety. Nierzadko ich mężowie czy synowie poginęli na wojnie – nie miały nikogo. Ich radość była wielka, gdy ktoś wreszcie zapukał do ich drzwi, do tego z kwiatami, życzeniami. Po latach jeszcze bardziej rozumiem, jak ten prosty gest był ważny.
Moje zainteresowanie regionalizmem wzięło się też z powojennych animozji, które pojawiały się wśród ludzi napływowych i miejscowych, a które były i są dla mnie niezrozumiałe. Tam, gdzie mieszkaliśmy, czyli na terenie położonym pomiędzy Chojnicami – Tucholą i Kamieniem Krajeńskim występowała tzw. Kosznajderia. To ludność pochodzenia niemieckiego, głównie z regionu Osnabrück, która na te ziemie trafiała w XIV i XV wieku. Byli wyznania rzymskokatolickiego, mieli swoje zwyczaje, stroje, a przede wszystkim dialekt. Wielu napływowych tępiło ich wówczas, zamiast zrozumieć, uszanować. To powodowało, że autochtoni wyjeżdżali, pozbawiając te ziemie kulturowego kolorytu, tradycji. Ja natomiast nie mogłem pojąć tych prześladowań, więc już wtedy za cel postawiłem sobie, że gdy dorosnę, będę starał się, by takie walory podkreślano, a nie z nimi walczono.
Bardzo chciałem uczyć. W nieodległej Tucholi było liceum pedagogiczne. Po szkole podstawowej złożyłem tam papiery, jednak na kilka tygodni przed rozpoczęciem roku szkolnego do domu przyszło pismo. Jego treść wskazywała, że szkoła została przekwalifikowana i jeśli chcę, to mogę zdobyć zawód nie nauczyciela lecz leśnika. Czasu na zmiany już nie było. Przekonało mnie też to, że niezmieniona była kadra, wywodząca się z pedagogicznego LO. I tak uczyłem się podstaw od fachowców, do tego rozwijałem swoją wiedzę o przyrodzie, którą kocham. Przejąłem też po mamie prowadzenie zespołu śpiewaczo-tanecznego. To był ciekawy okres życia. Mocno się w to zaangażowałem. Sporo jeździliśmy, występowaliśmy, zdobywając nawet uznanie na przeglądach i konkursach. Po technikum leśnym dostałem przydział do pracy w nadleśnictwie, w swojej rodzinnej miejscowości. Nie wytrzymałem tam długo, to nie był mój klimat. Nie podobało mi się m.in. to, że niemal siłą chciano zrobić ze mnie myśliwego. Później miałem jeszcze jeden epizod w leśnictwie. Zaproponowano mi objęcie stanowiska kierownika tartaku w Pęperzynie. Tam poznałem niesamowitych ludzi, ks. Kajetana Rybackiego, który wówczas był proboszczem w Sitnie i ks. Henryka Czyrzana, proboszcza z Pęperzyna. Razem, w kilka osób przeprowadziliśmy akcję odnawiania przydrożnych krzyży. To nie było w nos władzy, ale mieliśmy to tak dopracowane, że dopięliśmy swego. Oheblowane, połaciowe drewno, które potem przeznaczaliśmy na krzyże kupowały osoby prywatne, a że ofiarowały je na Kościół... taka ich wola. W papierach wszystko było jak trzeba. Tu znów muszę stwierdzić, że miałem szczęście do ludzi. Za sprawą Lucjana Guzickiego, który mnie znał i który widział we mnie nauczyciela, wreszcie dane mi było uczyć. Ukończyłem bydgoskie studium pedagogiczne z geografii. Nie była to może wymarzona historia, ale takie było zapotrzebowanie, a ja stwierdziłem, że to w sumie bardzo zbieżne ze sobą przedmioty. Bo przecież w geografii jest mnóstwo historii i na odwrót. Od razu podjąłem się prowadzenia Szkolnego Koła Krajoznawczego-Turystycznego. Mogłem dzięki temu przekazywać wiedzę o regionie, pokazując uczniom jego zabytki, dziedzictwo, ciekawostki, nie tylko w teorii, ale i praktyce. W rejon Łobżenicy przeniosłem się w 1977 roku. Ściągnął mnie tu Franciszek Jaster, któremu spodobała się ta moja dodatkowa, pozaszkolna działalność. W ten sposób rozpocząłem pracę w Dźwiersznie, gdzie z czasem pojawił się też ks. Kajetan Rybacki. Potem byłem jeszcze inspektorem oświaty w Łobżenicy, pracowałem w szkołach w Łobżenicy i Luchowie.
Reklama
Razem z żoną jesteśmy zakochani w Krajnie. Zjeździliśmy ją wzdłuż i wszerz, ciągle odkrywając nowe rzeczy. To zamiłowanie dojrzewało latami, bo do regionalizmu trzeba dojrzeć, ale ważne jest, by rozwijać go od najmłodszych lat. U mnie ten początek dali rodzice. Potem kreowały to sytuacje oraz niezwykli ludzie z nimi związani. Ciekawostką jest np., jak trafiłem na hymn Krajny. Po raz pierwszy znalazłem go lata temu w jednej z lokalnych gazet. Wyciąłem i powieliłem, żeby jego treść szła w świat, w tym przez moich uczniów. Niesamowitym zaszczytem było, gdy wiele lat temu, podczas obchodów 70-lecia powstania Związku Polaków w Niemczech, które odbywały się w Zakrzewie, przez przypadek poznałem p. Eleonorę Jasiek, siostrę autora tego hymnu. Była zdziwiona, że ktoś ten hymn zna i propaguje. Od lat utrzymuję też kontakt m.in. z panią prof. Jowitą Kęcińską-Kaczmarek, jej mężem Konradem, Elżbietą Czarnottą – ludźmi, dla których gwara krajeńska, tradycja krajeńska to coś więcej niż nie modny dialekt.
Krajna jest pełna niespodzianek, a Łobżenica się na jej tle wyróżnia. Głównie dlatego, że jest bardzo dobrze opisana w źródłach historycznych i dlatego, że ma w najbliższym sąsiedztwie Górkę Klasztorną. Co do okolicznych ciekawostek to zdradzę może, skąd wzięła się nazwa nieodległej nam miejscowości Bagdad. Otóż właściciele tego majątku mieli tam stadninę koni arabskich, które przyjechały właśnie z irackiego Bagdadu. Część Luchowa, gdzie mieszkam, to tzw. Berlinki. Ta nazwa wzięła się stąd, że budowane w czasie wojny domki były przeznaczone dla Berlińczyków, ofiar nalotów aliantów. Tu mieli odnaleźć spokój, rozpocząć życie na nowo. Wynieśli się w 1945 roku, niewiele z tego oryginalnego budownictwa zostało, za to nazwa przywarła na dobre. Niewiele osób wie też, że zacny ród Seydów posiadał Kamień Krajeński, po tym jak utracili majątek w Radzimiu. „Rozmowy Krajeńskie” to forma przewodnika, który współtworzę z Lucyną Kirshenstein, gdzie wplecione są te ciekawostki, opracowane w oparciu o źródła historyczne i przekazy ludzi. Moim marzeniem jest, by faktycznie zebrać to w całość. Dodać zdjęcia, których mam setki, do tego mapki, grafiki. Wierzę, że wcześniej czy później, np. przy wsparciu Towarzystwa Miłośników Łobżenicy, zrealizuję to marznie.
Reklama
Oni już są. Wśród wielu nauczycieli, zwłaszcza historii w naszej gminie widzę wielu pasjonatów. Bez pasji to się nie uda, bo trzeba wobec młodzieży być autentycznym, nie da się na dłuższą metę udawać zainteresowania danym przedmiotem, regionem. Cieszy mnie to, że choć już nie uczę, nadal jestem zapraszany do szkół, gdzie mogę przekonywać, w jak wspaniałym regionie żyjemy. Cieszy mnie to co dzieje się w sołectwach i co robią panie z Gminnej Rady Kobiet. Ich dbałość o stroje, tradycje, kuchnie, a nawet śpiew. Mentalność zmieniła się od czasów, gdy dla mnie niepojętym było wytykanie palcami Kosznajderii. Dziś ludzie coraz mocniej rozumieją, że gwara, obyczaje, ubiór, pewien model życia to coś co należy zachować dla następnych pokoleń.
Rozmawiał Sz. Chwaliszewski
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Lucyną Kirschenstein jakby co
Lucyną Kirschenstein jakby co