Najbardziej boi się losu mamy. Pod koniec życia była ona jak dziecko. Gorzej – nie wiedziała, jak przełknąć to, co się jej do ust włożyło. Przez Alzheimera. On podobno w genach siedzi.
Ludzie przez niego nie wiedzą, że żyją
– Leokadia Redzimska żartuje, że jeszcze pamięta, by najważniejsze rzeczy zapisywać. Na ławie w salonie rzeczywiście ma notes z długopisem. Obok niej stoi mini rowerek, a spod fotela wygląda przypominający liczydło masażer stóp. Oba pomagają 90–latce pobudzić krążenie.
Mózg jeszcze pracuje, a to najważniejsze
Reklama
– mówi wieloletnia nauczycielka matematyki. Sprawdźmy, co pamięta.
Globusem jest głowa. Czubek nosa to równik, wyżej północ, poniżej południe. Czyli Kopytowo jest gdzieś na czole, pod linią włosów. Na Podlasie dziadkowie Leokadii trafili po pierwszej wojnie. Osiedli 3 km od granicy, nad Bugiem. Tu 19 października 1927 roku urodziła się ona – przyszła matematyczka. Pierwsze liczby poznała w domu, od starszego rodzeństwa, które chodziło do jednoklasówki.
Jak poszłam do szkoły, to umiałam pisać i czytać. Chciałam się uczyć, bo widziałam, jak rodzice ciężko pracowali w polu
Reklama
– opowiada mieszkanka Lipki. Do szkoły chodziło się siedem lat, ale kończyło tylko cztery klasy, a potem sześć. Pełna szkoła była siedem kilometrów dalej. Z latarką w ręce, przez las Leokadia chodziła tam z synem sąsiadów. Już wtedy pragnęła dzieci uczyć.
Nauczycielka widziała, że sobie radzę, to brała mnie na nianię do dziecka. Patrzę, a ona wynosi twaróg kurom. A moja mama twaróg sprzedawała, żeby kupić sól, cukier... Jak ludzie mogą dobrze żyć?! To ja też będę nauczycielką!
– postanowiła. To że tylko nauczyciel miał we wsi motor i po lekcjach zabierał żonę do miasteczka Kodeń (tam znajduje się słynny obraz Matki Bożej Kodeńskiej, patronki Podlasia), było dodatkową motywacją.
Podstawówkę Leosia skończyła za Niemca. Świadectwo ma w języku Goethego.
Niemcy chcieli tylko, by Polacy umieli pisać, czytać i rachować, by byli dobrymi robotnikami
– mówi. Ona na roboty przymusowe nie trafiła, ale jej starszy brat nie miał tyle szczęścia.
Ukrywał się, ale Niemcy zabrali do więzienia mojego ojca. Mama, gdy szła go odwiedzić, to musiała mieć tłumacza. Jak Niemcy zobaczyli w koszu gąsiora, to od razu rozumieli po polsku
– wspomina nasza rozmówczyni. Gdy ojciec był umierający, syn stawił się w urzędzie. Z Zachodu wrócił po wojnie wykończony dietą opartą na surowych ziemniakach.
Naszej rozmowie przysłuchuje się Irena Redzimska, synowa pani Leokadii. Historyczka z wykształcenia co i rusz zadaje własne pytania, jakby nie chciała stracić okazji do dowiedzenia się czegoś więcej o rodzinie.

Na 90–tych urodzinach stawili się wszyscy członkowie rodziny pani Leokadii. Tu na zdjęciu z wnukami
Zaskoczeniem może być podróż przodków na Ziemie Odzyskane. Po wojnie rodzina Piesiaków (to nazwisko panieńskie pani Leokadii) pojechała pociągiem na zachód Polski. Godziny spędzone w towarowym pociągu zdały się na nic – gospodarstwa nie znaleźli.
Przyjechałam z powrotem, położyłam się na swoim podwórzu w Kopytowie i powiedziałam: ja się stąd nie ruszę!
I została nieco dłużej niż rodzice, którzy za drugim razem znaleźli gospodarkę w Czyżkowie. Ona chodziła już wtedy do gimnazjum w Białej Podlaskiej. Śmiejąc się, wspomina egzamin do szkoły. Swoje dobre odpowiedzi i rozbawienie egzaminatorów.
Na końcu zapytali mnie: a tę szminkę gdzie kupiłaś, dziewczyno? A przecież mama dała mi na drugie śniadanie pierogi z jagodami…
– Leokadia na czas szkoły (4 lata zaliczyła w 3) mieszkała na ojcowiźnie, którą przejął najstarszy brat. Potem dołączyła do rodziców.
Ci urządzali się na trzydziestu hektarach. Bez krowy przywiezionej z Podlasia, bo ta zjadła gwóźdź i trzeba ją było dobić. Tak naprawdę uprawiali połowę ziemi, bo dzieci nie chciały pracować w polu. Leokadii przecież marzył się twaróg...
Znasz francuski?
– pytają L. Piesiak w Liceum Pedagogicznym w Złotowie. Skąd. Polski, rosyjski, niemiecki, ale francuski?
Nie martw się, dziecko, tu uczy taka babcia z Wilna, która sama niewiele umie
– opowiada staruszka.
I się nie przyznałam, ale sobie poradziłam. A ci, którzy się przyznali, musieli chodzić do niej na dodatkowe zajęcia, a niczego więcej się nie nauczyli
Reklama
– twierdzi. Wspomina też ludzi, którym wiele zawdzięcza. Jak Mateczkę, nie pamięta nazwiska, która pozwoliła jej liczyć kalorie. Po lekcjach w drugiej klasie Lodzia siedziała nad jadłospisem dla uczniów, a w zamian nie płaciła za internat. A że zarobiła za mało, więc musiała zapomnieć o ukochanej geografii.
Dyrektorka na świadectwie maturalnym napisała, że muszę dwa i pół roku pracować w zawodzie
– w 1950 roku młoda nauczycielka trafiła do Batorowa. Jedna izba, sześć klas i ona. Sama, bo kierownik Augustyn (ojciec senatora Mieczysława) chorował na gruźlicę. Zwolnienia miał pół roku.
Miałam 36 godzin w trzech klasach łączonych (1 z 2, 3 z 4 i 5 z 6). Uczyłam wszystkiego, a do każdej lekcji musiałam napisać konspekt
– opowiada o bólu głowy, który towarzyszył zmęczeniu.
W Batorowie pani Leokadia poznała miłość swojego życia – Stasia Redzimskiego. Pan Stanisław podobno był w AK, za co komunistyczna władza zabrać mu miała gospodarstwo i na sześć lat wsadzić do paki. Poznali się w gabinecie kierownika, który był szwagrem przyszłego męża nauczycielki.
Bardzo był wesoły i tym pewno mnie kupił
Reklama
– 90–latka wspomina zabawy taneczne w Batorowie i Wielkim Buczku. Z czułością przywołuje pamięć męża, który pracował w GS–ie w Lipce, był też jego prezesem, a potem również naczelnikiem gminy. By nie musiał dojeżdżać do pracy rodzina przeniosła się do stolicy gminy.
Poza tym tu była pełna szkoła podstawowa dla moich dzieci
– dodaje L. Redzimska. Placówka przy Szkolnej i dla niej była pełnią możliwości.
Po pierwsze szkoła oferowała mieszkanie. Co prawda dwa pokoiki z niewielką kuchnią i toaletą na niższym piętrze, ale zawsze. Siedmioosobowej rodzinie (pani Leokadia z mężem, trójką dzieci i rodzicami, którzy zdali już gospodarstwo) nie przeszkadzał nawet hałas codziennych wuefów i weekendowych zabaw i wesel. Bo mieszkanie było nad salą gimnastyczną.
Po drugie pani Leokadia, już z wykształceniem półwyższym (skończyła Studium Nauczycielskie) miała uczyć w pełnym wymiarze matematyki.
Moim ulubionym przedmiotem była geografia, drugi był wuef, dwa razy byłam na kursie, nauczyłam się tam pływać, ale będąc w ciąży pomyślałam, jak mi ciężko. Jak będę go uczyć, będąc starą? O nie. Wzięłam ten trzeci ulubiony przedmiot – matematykę
– tłumaczy swój wybór, pocierając utkane siecią żył dłonie. Ostatnio trochę jej one dokuczają.
Tyle że na matematykę musiała poczekać. Przedmiot ten dostała inna, zasiedziała już w Lipce nauczycielka.
Powiedziała: ja w czwartej klasie wezmę matematykę, bo chcę odpocząć. No ładnie te dzieci nauczy, pomyślałam. Ale chcąc nie chcąc musiałam wziąć polski, bo dyrektor był za nią
– mówi o pierwszym starciu z koleżanką. Drugie już wygrała – poszło o mieszkanie w domu nauczyciela. Przebiła ją większą rodziną. Lokal ten zajmuje do dzisiaj.
Tytułu magistra za to nigdy nie zdobyła.
Trzeba było jeszcze dwa lata studiować, żeby mieć ten papierek na rozum. A przecież rozum to ja już miałam
– żartuje była zastępczyni dyrektora szkoły w Lipce. Właśnie dyrektorem bez magistra zostać nie mogła, a mimo to dawni uczniowie do dzisiaj mówią do niej „pani profesor”.
Wolter, syn prezesa banku, który jest zakonnikiem, zawsze tak do mnie mówi
– podobno gdy uczniowie L. Redzimskiej trafiali do innych szkół, tamtejsi nauczyciele pytali mile zaskoczeni, kto ich uczył.
Oj, a jak wnuki miały problemy z matmą? To pędem przychodziły do babci Lodzi po ratunek
– dodaje I. Redzimska. A czasem też po miesiącówkę, bo seniorka wszystkim wnukom, całej dwunastce, fundowała stypendia w szkle średniej i na studiach.
Matmy nie lubi większość uczniów, nie ma co kryć. Jak ich skłonić do poznawania królowej nauk?
Powtarzać, ćwiczyć, szukać błędów, rozwiązywać zadania i... powtarzać
– L. Redzimska zdradza swój przepis. I unikać dziur.
Jeśli nie nauczysz się w drugiej klasie tabliczki mnożenia, to z matematyką zawsze będziesz na bakier
– twierdzi ze znawstwem nauczycielki z ponad czterdziestoletnim stażem. Na koniec mówi nam, że nigdy nie żałowała wyboru zawodu.
Miałam start, mieszkanie, wyrwałam się z pracy w polu
– śmieje się, gdy wspominam o jedzeniu twarogu. – Poza tym mama rozpoczęła piękną tradycję.
Nauczycielką byłam ja, później Krystyna Redzimska, a teraz uczą wnukowie – Jędrzej w Debrznie, a Krzysztof w Lipce
– zauważa pani Irena.
I wszyscy są dobrymi nauczycielami, dyrektorzy ich chwalą
– dodaje z dumą jej teściowa.
Dowodem na jej sprawność jest nie tylko nasza rozmowa, ale też to, co ma na ławie. Obok notesu leżą krzyżówki (trzeba ćwiczyć umysł
– mówi pani Leokadia) oraz książki.
Pożyczam od synowej książki historyczne i czytam, bo tu mam luki
– twierdzi dziewięćdziesięciolatka.
[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze