Reklama

Leon Wrzeszcz z kolarskiej kariery zrezygnował u szczytu

28/03/2016 13:10
Leon Wrzeszcz karierę kolarską porzucił w czasie, w którym inni zawodnicy mogliby mu wyłącznie zazdrościć. Czego? Przełomowej formy, świetnych wyników i miejsca w narodowej kadrze LZS. - Odszedłem niepokonany – uśmiecha się były sportowiec

Leon Wrzeszcz rozstał się z kolarstwem bez sentymentów. Rower, by wyzbyć się pokusy powrotu na szosę i w przełaje, sprzedał od razu po tym, jak powziął ostateczną decyzję w tej sprawie. Ta oparła się o godność.

Kiedy nie wypłacono mi rekompensaty za zarobki, które utraciłem przebywając na czteromiesięcznym zgrupowaniu kadry narodowej LZS uniosłem się honorem

– wspomina nasz rozmówca. Dowiedziawszy się o tym, że na pozyskanie pieniędzy nie ma szans wystartował jeszcze w mistrzostwach okręgu, które w 1970 roku odbyły się w Złotowie i... Koniec. Leon Wrzeszcz nigdy więcej nie wsiadł na rower wyścigowy. Kibicom i trenerowi zostawił niedosyt i dobre wyniki. Podczas wspomnianych zawodów, pokonawszy dziewięćdziesiąt sześć kilometrów i wyprzedając swojego kolegę, a zarazem odwiecznego rywala Zbigniewa Betschera, został szosowym mistrzem województwa, a także wicemistrzem w jeździe indywidualnej na czas.

Reklama

Sportowiec z przypadku ​

​Leon Wrzeszcz „za dzieciaka” nie marzył o kolarskiej karierze. Wręcz przeciwnie – bakcyla połknął zupełnie przypadkiem.

W 1962 roku z okazji Dnia Dziecka odbył się w Złotowie wyścig kolarski. Pamiętam, że trasa prowadziła wtedy ulicami Mickiewicza, Wojska Polskiego, Obrońców Warszawy...

– pan Leon doskonale pamięta szczegóły. W jego pamięci zakodowała się też szczególna informacja: jego pierwszy zawodniczy wynik.

Zwyciężyłem

– nie bez dumy wspomina mężczyzna. Po tym występie do kolarstwa zaczął go przekonywać  kolega Zbigniew Betscher.

Reklama

On trenował już wtedy od roku. Namówił mnie, żebym spróbował w LZS Złotów i tak to się zaczęło

– opowiada nasz rozmówca.

Zgodziłem się, ponieważ w tamtym czasie dojeżdżałem do szkoły rowerem sześć kilometrów, więc pewne doświadczenie już miałem

– wspomina z uśmiechem. ​

Złotów, początki kolarskiej przygody. Pan Leon w tle, za kolegami

Raz ty, raz ja

Pierwsze dwa lata treningów to dla kolarzy szczególnie trudny okres. Nie tylko dlatego, że mięśnie przyzwyczaić trzeba do ekstremalnego wysiłku, ale i dlatego, że mniej więcej tyle trwa okres przygotowawczy.

Reklama

Zazwyczaj nie ma wtedy wielkich wyników, więc wiele osób traci zapał. We mnie była wola walki

– wspomina mężczyzna. Wraz z nią przyszły pierwsze sukcesy. Jeden z pierwszych i ważniejszych – od razu zagraniczny. Podczas Międzynarodowego Wyścigu Kolarskiego w NRD nasz rozmówca, wtedy szesnastolatek, zajął miejsce tuż za podium. Był to zaledwie wstęp do dobrych wyników osiąganych w następnych miesiącach i latach. Kolejne to zwycięstwo w kategorii juniorów w czteroetapowym wyścigu kolarskim „Po ziemi koszalińskiej”, w trakcie którego Leon Wrzeszcz pokonał około pięciuset kilometrów, a także drużynowe mistrzostwo Polski LZS, które zawodnik wywalczył wraz z Antonim Zakrzewskim, Maciejem Karpiakiem i Zbigniewem Betscherem. Ten ostatni przez lata był jego „naczelnym” rywalem.

Reklama

W tamtym czasie wygrywaliśmy wszystkie zawody w rejonie. Opcje zazwyczaj były tylko dwie: albo wygrywałem ja, albo on

– wspomina.

Dlatego w końcu, żeby nie zepsuć koleżeńskich relacji między nami i żeby nie toczyć bratobójczych bojów uzgodniliśmy, że będziemy wygrywać na przemian – a to ci umowa! Ten układ doskonale się sprawdzał

– do czasu. W 1966 odbywały się kolarskie Mistrzostwa Okręgu Koszalińskiego. I pech chciał, że kolejka na zwycięstwo przypadała akurat na Zbigniewa Betschera. Tak ważne zawody Leon Wrzeszcz niekoniecznie chciał odpuścić, nie chciał też jednak łamać koleżeńskich postanowień. Znalazł więc lojalne wyjście z sytuacji. Zdecydował rzucić się na głęboką wodę i poprosił o dopuszczenie do wyścigu w kategorii seniorów. Zgodę dostał, na linii startu stanął więc m.in. obok swojego trenera Winfrieda Mitkowskiego i... wygrał! Zostawiając za plecami wszystkich seniorów z dawnego koszalińskiego zdobył miejsce w kadrze województwa. Dzięki temu dwa razy w roku miał szansę pojechać na obóz przygotowawczy.

Reklama

Sukcesy, jak podkreśla pan Leon odnosił dzięki trenerom – najpierw Winfriedowi Mitkowskiemu (Złotów), potem dzięki Jerzemu Panckowi (Gdynia).

1967. Leon Wrzeszcz jest już zawodnikiem WKS Flota Gdynia

Awans ​

​Rok 1967 również był pasmem wielu sukcesów. Najlepiej świadczy o tym pokaźny stos dyplomów, które wspólnie oglądamy. Przełajowy Mistrz Województwa Koszalińskiego seniorów, mistrz okręgu koszalińskiego na szosie, wicemistrz okręgu w jeździe na czas, siódme miejsce w przełajowych mistrzostwach Polski, siedemnasta pozycja w dziesięcioetapowym Wyścigu Przyjaźni z Koszalina do Wilna...

Reklama

Tego wyniku nikt po mnie nie powtórzył

– wyjaśnia pan Leon.

Forma zaprowadziła go na kolarski szczyt. Zawodnik, który w związku z powołaniem do wojska zmuszony był opuścić LZS Złotów, nieoczekiwanie... sportowo awansował. W 1968 zaczął trenować w Wojskowym Klubie Sportowym Flota Gdynia. Pracę w nowym zespole zaczął mocnym akcentem – od wywalczenia drugiej lokaty w międzynarodowym wyścigu kolarskim, który odbył się w Wilnie. Na linii startu stanęli wtedy zawodnicy reprezentujący kraje socjalistyczne oraz ci z wojskowych klubów. Co do armii – pan Leon był także m.in. wicemistrzem marynarki wojennej, a w składzie Wrzeszcz, Szurko, Niespodziany i Bielski wywalczył trzecią lokatę podczas drużynowych mistrzostw Polski.

Reklama

Rok 1967 pod względem osiągnięć dla Leona Wrzeszcza nie był szczególnie wyjątkowy – przez kolejne dwa lata sportowiec wciąż kolekcjonował najwyższe trofea. W 1970 radził sobie w zawodach równie dobrze. Był na tyle cennym zawodnikiem, że po służbie władze jednostki przedstawiły mu propozycję: może zostać w Gdyni, dostać pracę, a po ślubie mieszkanie, przy czym był jeden warunek: musi reprezentować Flotę. Pan Leon trochę się wahał, na podjęcie decyzji dostał więc miesiąc.

Ciągnęło mnie do Złotowa, więc dla mnie opcja w zasadzie była tylko jedna: wróciłem

Reklama

– wspomina, dodając, że nie bez znaczenia były wówczas obietnice o budowaniu mocnej kolarskiej sekcji w Złotowie, a także o wydzieleniu z czasu pracy czterech godzin na trening. Opcja kazała się kusząca, ale...

Pan Leon prezentuje dla niego najważniejszy, bo ostatni dyplom jaki zdobył w swojej karierze

To koniec

Nim Leon Wrzeszcz na dobre zadomowił się w LZS PGZS Złotów pojechał na czteromiesięczny obóz kadry narodowej LZS, której był członkiem. Za ten okres, jako rekompensatę, miano mu wypłacić utracone zarobki, ale... Jak to się skończyło, już wiemy.

Reklama

Powiedziałem wtedy prezesowi, że jeszcze tylko wystartuję w wyścigu w Złotowie, a potem już mnie więcej nie zobaczy

– nasz rozmówca dodaje, że tym postanowieniem świadomie przekreślił szansę na start w zawodach dookoła Rumuni. Swojej decyzji nigdy jednak nie żałował, ponieważ dzięki niej zdobył w przyszłości dobrą pracę. Pasje i treningi zamienił na naukę. Leon Wrzeszcz skończył najpierw technikum mechaniczne, potem studia na kierunku konstrukcja i eksploatacja maszyn, by ostatecznie, pnąc się po szczeblach zawodowej kariery, w 1985 awansować na stanowisko dyrektora Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej w Pile, gdzie pracował aż do emerytury. W tzw. międzyczasie odnalazł inną pasję – myślistwo. Od 1979 roku zaprząta ono jego myśli bez reszty. Dowodem celnego oka naszego rozmówcy, wcześniej kolejno sekretarza, skarbnika, łowczego i wiceprezesa okoneckiego koła Łoś, są trofea, które zdobią ścianę jednego z pokojów.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama