Skrupulatnie notuje przyloty i odloty bocianów. Ratuje młode, gdy wypadną z gniazda i razem z kurami hoduje chore ptaki, które nie mogły odlecieć do ciepłych krajów
Gospodarstwo Michała Giese położone jest na uboczu Walentynowa. Wąska, polna droga pozwala na przejazd tylko jednego samochodu. - Niech pani tam jedzie, tam jest tylko jedno gospodarstwo - do największego miłośnika bocianów i zarazem troskliwego opiekuna jedynego zasiedlonego przez ptaki gniazda we wsi kieruje mnie sołtys wsi. Bez problemu odnajduję gospodarstwo. Tuż przed wjazdem na posesję, na słupie elektrycznym widać duże bocianie gniazdo, a w nim kilka młodych ptaków. W bramie wita mnie Michał Giese. - W tym roku mają cztery młode - mówi na powitanie mężczyzna, a oczy jaśnieją mu na sam widok tych dostojnych ptaków. [[reklama]] Jak w zegarku
- To jedyne gniazdo we wsi - mówi z dumą Michał Giese. Kilka minut temu wrócił z lasu. Prowadzi własne gospodarstwo, ale od czasu do czasu dorabia w lesie. Ptaki to jego pasja niemal od urodzenia. A największą miłością darzy bociany. - Przylatują do nas od 1977 roku - mówi gospodarz, który skrupulatnie notuje wszystkie przyloty i odloty ptaków. - Kiedyś przylatywały pod koniec kwietnia, w latach 80-tych były już na początku kwietnia, a od dłuższego czasu są u nas już 26, 27 marca - zdradza pan Michał, który doskonale wie, że ptaki zawsze nadlatują od wschodu. - Przylatują nawet o tej samej godzinie, między 12.00 a 13.00, jak w zegarku – przekonuje. - Tak jest co roku, chyba że po drodze coś się stanie, wtedy mają opóźnienie.
Został sam
Każdego roku gospodarz dolicza się od czterech do pięciu młodych ptaków. - Tak jest niemal każdego roku - zapewnia mężczyzna, szacując, że od 1977 roku jego gniazdo opuściło już grubo ponad sto młodych bocianów. - Tylko jednego roku nie miały młodych - opowiada. - To było wtedy, gdy zginął jeden ze starszych bocianów, drugi sam wychował młode, ale po zimie wrócił bez pary. Dopiero tutaj znalazł nową połówkę, ale młodych już nie mieli. [[reklama]] Wujek przyleciał
Mieszkańcy niewielkiego gospodarstwa w Walentynowie nie wyobrażają sobie roku bez bocianów. Gdy tylko usłyszą klekot, z radością informują pozostałych członków rodziny, że "wujek" przyleciał. - Wujek siada na dach i zaraz daje znać, że już jest. Siądzie na gniazdo i już nie odlatuje - mówi żona pana Michała. Rodzina Giese jest przekonana, że od wielu lat goszczą u nich te same bociany. - Kiedyś gniazdo chciała zająć inna para. Od razu poznałem, że to nie "nasze". Ptaki były płochliwe, bały się ludzi, a swój bocian przyzwyczajony jest do nas. I miałem rację. Nasze przyleciały później i mimo że tamte już miały jajka, przegoniły dzikich lokatorów - opowiada mężczyzna. Gdy zbliża się termin przylotu w pobliżu gniazda pan Michał rozrzuca suche gałęzie, z których bociany potem budują gniazdo. - Pierwsze gniazdo było na stodole. Do roku 1997. Potem bociany przeniosły się na słup - zdradza. - Piętnaście lat już są na nowym miejscu, a siedem lat temu elektrycy zrobili ptakom specjalną podstawę, żeby nie poraził ich prąd - dokładnie wylicza Michał Giese, dodając, że w przeciwnym razie mogłoby dojść do nieszczęścia. - Raz już druty się paliły - przekonuje. [[nowa_strona]] Czasem zostają
Okazuje się, że bliskość sąsiedztwa ludzi i bocianom czasem się przydaje. Któregoś roku młody bocian uczył się latać. Jego umiejętności okazały się niewystarczające i wypadł z gniazda. Rodzina Giese zareagowała natychmiast. - Po pomoc dzwoniliśmy nawet do burmistrza - opowiadają. - Obiecał, że coś poradzi, ale nie teraz, bo jest na wczasach - dodaje pani Giese. Jeszcze tego samego dnia własnymi siłami pomogli bocianowi wrócić do gniazda. Innym razem ptak stracił nogę. - Sznurek owinął mu się wokół nogi, a potem wrósł. Bocian zdechł - żałuje pan Michał. Jeszcze innym razem młody bocian nie odleciał do ciepłych krajów. - Rodzeństwo już dawno latało, a on siedział w gnieździe. W końcu wyskoczył i z kurami chodził po podwórku. Okazało się, że ptak ma złamane skrzydło. - Był u nas przez jakiś czas. Spał z kurami w kurniku, ale kiedyś poszedł na pole i już nie wrócił. Może jakaś dzika zwierzyna go zagryzła - zastanawia się ich opiekun, żałując, że tak krótko był jego gościem.
Pożegnania czas
Już niebawem rodzina Giese będzie zmuszona pożegnać się ze swoimi ulubieńcami. Zgodnie ze statystyką prowadzoną przez pana Michała młode ptaki zaczną zbierać się do odlotu około 10 sierpnia, stare między 26 a 27 sierpnia. - Szkoda, smutno będzie bez nich przez całą zimę - żałuje mężczyzna, który zaraz po wylocie z niecierpliwością zacznie oczekiwać wiosny i końca marca. - W przyszłym roku znowu przylecą - mówi z przekonaniem i spogląda w niebo.
A. Głyżewska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze