Reklama

- Momenty były - swoją kulturalną przygodę wspomina Lech Wiśniewski

28/11/2021 18:30

Przez 45 lat pracy na scenie nie mogło ich zabraknąć. Po 37 latach kierowania lipkowskim Domem Kultury na aktywną emeryturę odchodzi plastyk, filmowiec, muzyk, miłośnik teatru i... były dowódca armaty. Po prostu człowiek-legenda.

Wiśniewski to w Lipce słowo–klucz.
W pierwszych latach mojej pracy niby byłem dyrektorem, ale zawsze w cieniu swojego ojca – Jana. Robiłem ostatnio podsumowanie naszej działalności – on kierował tą placówka 19 lat, a ja jestem tu już 37 lat, chociaż wszelkie porównania są nie na miejscu. Trzeba pamiętać, że tata zmarł w 1984 roku, mając zaledwie 56 lat i pewnie długo by jeszcze kontynuował swoją dyrektorską karierę. Los zrządził jednak inaczej. Moja przygoda z Domem Kultury w Lipce rozpoczęła się w 1976 roku. To była moja pierwsza praca. Pierwsza i ostatnia. Przynajmniej w ZUS–ie nigdy nie miałem problemów [śmiech].

[paywall]

Reklama

Dziś, znienacka, przychodzi czas podsumowań...
To prawie 45 lat, z małą przerwą na wojsko. Miałem przyjemność służyć w marynarce wojennej, byłem nawet dowódcą obsługi armaty. Piękna przygoda. Z wykształcenia jestem człowiekiem domu kultury [śmiech]. Mam kategorię instruktorską, żeby było śmieszniej – o specjalności fotografia i film. Przez jakiś czas funkcjonowało tu zresztą koło poświęcone tej tematyce. To było jeszcze za czasów ojca, bo był taki moment, kiedy pracowaliśmy tu wspólnie.

Fotografia i film to nie jedyne z Pańskich specjalności...
Kiedyś, przed erą cyfrową, była z tego na pewno większa frajda. Dziś zdjęcia się bardziej pstryka niż robi. W czasie kursu poznałem np. Jolantą Dylewską, utytułowaną operatorkę filmową, scenarzystkę i reżyserkę filmów dokumentalnych czy operatora Andrzeja Musiała – uznanego wykładowcę łódzkiej „filmówki”. Ta pasja drzemie zresztą we mnie do dziś. Pierwszą kamerą cyfrową Panasonic M7 od 1987 roku dokumentowaliśmy wszystkie wydarzenia związane z domem kultury. Uzbierało się z tego niezłe archiwum, ponad 100 kaset z materiałem o naszej działalności, a zarazem o historii Lipki. Udało nam się te zbiory zcyfryzować, chociaż oryginalne taśmy też ciągle mają się całkiem nieźle. Mam nadzieję, że przyjdzie taki czas, że ktoś nad tym usiądzie i to usystematyzuje. Cieszy mnie też, że moja młoda załoga przejęła te obowiązki. Mamy dobrą cyfrową kamerę, a w głowach zakodowane, że jak tylko coś się dzieje, to nagrywamy. I nie chodzi tu o jakość, a raczej o dokumentowanie tych chwil.
Jeszcze wcześniej parałem się plastyką, tworzyłem dekoracje, prace reklamowe, choć to były zupełnie inne czasy. Czasy kserokopiarek, drukarek, redisów, tuszu, paru kolorów, bristolu i wyobraźni. I tak się jechało te plakaty [śmiech].

Reklama

Szczególne miejsce w Pańskim sercu ma również muzyka.
Jako mały chłopiec zaczynałem od gry na akordeonie. Z nauczycielem z Wąsosza – panem Gollą – stworzyliśmy grupę „Liliput” i graliśmy głównie klasykę: Bacha, Beethovena. Potem była gitara, świetny nauczyciel Władysław Cześniowski i bigbit – w Lipce grały wtedy „Szafiry”, a w Złotowie „Czarne koszule” – akordeon poszedł trochę w odstawkę. Później był czas na gitarę rytmiczną, basową, sporo czasu grałem na kontrabasie – byłem takim muzykiem do wynajęcia. Była też fajna kapela Kabaret Cep, ale dzisiaj to już tylko sobie brzdąkam [śmiech].

To spory szmat czasu, te 45 lat...
Dla mnie jest to nawet więcej, bo 55 lat, tyle ile działalność samego domu kultury. Byłem małym chłopcem pałętającym się pod nogami ojca, kiedy z grupą ludzi budował ten obiekt. Biegałem tu jako brzdąc, pamiętam mury, wykopy, wszystkie zakamarki... Dlatego twierdzę, że to jest taka moja szkoła. Także szkoła życia. Minęło wiele lat, z nimi kolejne pokolenia, często nawet nie poznaję, że przychodzą do nas dzieci tych dzieci, które uczestniczyły w zajęciach kiedyś. Dla starszego pokolenia Jan Wiśniewski to jest pewien symbol, kawał tutejszej historii. Z biegiem czasu, powoli, to wszystko się zaciera, ale takie już jest życie. Może kiedyś ktoś podejmie tę pałeczkę i przybliży kolejnemu pokoleniu losy pierwszych osadników, z lat 1945–46, którzy zaczynali tu tworzyć nową rzeczywistość.

Reklama

Benefis był okazją do uczczenia dwóch jubileuszy - 55 lat Lipkowskiego Domu Kultury i 45 lat pracy artystycznej głównego bohatera wieczoru 

Kultura to ludzie, którzy ją tworzą. Jak to działa w Lipce?
Jak byłem młodym dyrektorem, wydawało mi się, że wystarczy mieć trochę pieniędzy, nieźle wyposażony obiekt, trochę sprzętu i świat już leży u naszych stóp. Po paru latach doświadczeń zmieniłem zdanie o 180 stopni i wiem, że to nie do końca jest tak. Żyjemy w czasach, kiedy mamy świetnie wyposażony obiekt i super warunki, ale bez czynnika ludzkiego to nic nie znaczy. To tylko dodatek, pomoc, która ma nam pewne rzeczy ułatwić. W Lipce jest to wiele, wiele lat systematycznej pracy. Ojciec prowadził tu w latach `50 amatorski teatr Ksenia, od tego właściwie wszystko się zaczęło. Na początku grupa ćwiczyła u nas w mieszkaniu, potem w jakiejś prowizorycznej świetlicy. Jeździli ze spektaklami po okolicznych wsiach, zdobywając pieniądze na dalszą działalność. Właśnie ci ludzie postanowili wybudować tu jakąś porządną świetlicę. Tacy fascynaci, pasjonaci, szaleńcy. Ojczulek chyba jednak trochę przeszarżował. Był wiecznym entuzjastą i wizjonerem, któremu – trochę na krzywych papierach – ze świetlicy wyszedł solidny gmach. Kochał teatr i wymyślił sobie obiekt z salą na 300 miejsc [do tej pory największy taki obiekt w powiecie złotowskim], scenę z potężnym zapleczem, salę prób itd. itp. I tak to się rozrosło. W latach `50, na wsi...

Reklama

Można chyba śmiało powiedzieć, że od początku był Pan skazany na kulturę?
Byłem wychowany w tym duchu, miałem wokół ludzi, którzy ciągle coś robili. Był teatr, estrada, występy, kultura przychodziła do domu, nie musiałem jej nigdzie szukać. Pamiętam jak dzisiaj... Byłem małym chłopcem, mieszkaliśmy wtedy na ulicy Ogrodowej... Leżałem na wielkim małżeńskim łóżku, przykryty pierzyną, a wokół siedzieli jacyś ludzie na krzesłach, na czym popadło i ktoś ciągle coś mówił. Wtedy nie rozumiałem, co się dzieje, ale tym bardziej było to niesamowite przeżycie. Trochę takie „cygańskie” klimaty, oni tym po prostu żyli. Cieszę się, że po wielu latach udało mi się ponownie stworzyć podobną grupę, a nie było to łatwe. Mamy 2 tys. mieszkańców, trzeba było znaleźć tych zapaleńców, którzy niestety pracują w różnych zawodach i branżach, dysponują czasem bądź nie... Pogodzić te wszystkie rzeczy to spore wyzwanie, ale coś zaiskrzyło. I z tego należy się cieszyć.

Teatr amatorski to kolejny z głęboko połkniętych bakcyli...
No nie zostałem rolnikiem ani mechanikiem, za to od zawsze w moim życiu była muzyka, próby, gra na scenie. Różnie to wyglądało w zależności od czasów, tak już bywa w ruchach amatorskich. Nic nie jest wieczne. Czasem coś trwa, potem cichnie, ale po chwili ta „grzybnia” znów zaczyna pracować i pojawiają się jej nowe owoce. W latach `70 Lipka wygrała konkurs „Wieś bliżej teatru”. Mieliśmy tu – w przeliczeniu na mieszkańca – najwięcej uczestnictwa w sztukach zawodowych w teatrze. Teatr Bałtycki czy Teatr Dramatyczny z Koszalina grały tu dwa, trzy razy w miesiącu. Ta „norma” już chyba nie powróci.
Sam prywatnie kocham teatr, lubię i bywam, ale zawodowo to tylko część mojej działalności. W pracy staram się nie faworyzować żadnej z dziedzin sztuki. Dom kultury to miejsce równowagi i muszą pojawiać się tu propozycje dla wszystkich, od najmłodszych do najstarszych. Specjalizować muszą się instruktorzy, dyrektor musi być przede wszystkim dobrym menedżerem, odczytującym zapotrzebowanie społeczne i na nie reagującym. Można chodzić z głową w chmurach, mieć wizje, ale trzeba też trochę dystansu do tego, gdzie jesteśmy, jakie są realne potrzeby i oczekiwania.

Reklama

Ale „swój” teatr widzi Pan ogromny?
Tak, zawsze chciałem, żeby chociaż raz na kwartał grał u nas jakiś teatr zawodowy, może nie w pełnej obsadzie, może jakieś mniejsze formy, ale jednak. Warunki na pewno są, reszta to pole do popisu dla instruktorów, mieszkańców i ludzi z szeroko rozumianą kulturą w sercu. Są projekty na rozbudowę sali i sceny. Chciałbym doczekać takich czasów, że siądę w fotelu sali widowiskowej i poczuję się jak w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Że będę miał doskonały widok na całą scenę, ze świetną akustyką, idealnym światłem i, co najważniejsze, że ludzie, którzy tu pracują, będą mieli do tego komfortowe warunki, nie jakieś wyszukane, po prostu przyzwoite. A widz poczuje się jak w Mekce teatru... takiej małej, malutkiej [śmiech]

Oddaje Pan Dom Kultury w dobre ręce?
Arka znam dobrze i zawsze dobrze nam się współpracowało. Życzę mu jak najlepiej, a mojej załodze powtarzam – to wy jesteście ostoją tego miejsca. Ktoś, kto przyjdzie, będzie się dopiero uczył jego specyfiki, także od was. Jeśli pokaże wam fajne pomysły, to je aprobujcie i pracujcie wspólnie. Jeśli trzeba będzie doradzić – pomóżcie. To co już jest – jest niezłe, trzeba utrzymać ten status, a nuż się uda zrobić coś jeszcze lepiej, jeszcze fajniej. Kultura to taka plastelina, z której cały czas może powstawać coś nowego, świeżego.

Reklama

Chciałbym doczekać takich czasów, że siądę w fotelu sali widowiskowej i poczuję się jak w Teatrze Muzycznym w Gdyni

Jak przez te wszystkie lata układała się współpraca z miejscowymi włodarzami?
Miałem to szczęście, że współpracowałem tylko z trzema zwierzchnikami [śmiech]. W 1984 roku na stanowisko dyrektora powołał mnie śp. Stanisław Szlaga, ówczesny naczelnik gminy. To było krótko po śmierci mojego ojca. Potem, po transformacji ustrojowej, współpracowałem z wójtem Wojciechem Kurdzieko. Wtedy odbył się już normalny konkurs na dyrektora, pojawiło się chyba z 9 kandydatów. Przepytywali mnie ostro, no ale udało się wygrać i zostałem na tym swoim stanowisku. Z Przemkiem Kurdzieko też świetnie mi się współpracuje, on ma taką rzadką, dobrą cechę – słucha innych... Najpierw się przysłuchuje, zastanawia i dopiero podejmuje decyzje, a to wcale nie takie oczywiste ani częste. Przez te wszystkie lata wiele było różnych sytuacji, ale w przeważającej części przypadków potrafiliśmy z włodarzami znaleźć wspólny język i po ludzku się dogadać. Zawsze było to obopólne zaufanie. Zawsze też powtarzałem, że żaden z nich mi nie przeszkadzał, a to przecież najważniejsze [śmiech].

Reklama

Czym Lech Wiśniewski będzie żył po 30 listopada?
Idę na emeryturę, ale nie na pełną emeryturę. Przynajmniej raz w tygodniu chciałbym zarezerwować sobie czas na teatr. Chcę zostać z tą grupą ludzi, bo praca z nimi to coś naprawdę wyjątkowego. Czasem próba to nie wielki wysiłek i kolejne duble, ale wspólna kawa, rozmowa...
Powiedziałem sobie też, że będę normalnie wstawał [śmiech], czyli tak o 7:00. Wiele jest spraw do nadrobienia w domu, 36 lat nie byłem z żoną na żadnym urlopie. Już przepraszałem za to swoją rodzinę, pewnie nie ostatni raz... To chyba takie zakodowane przez rodziców poczucie obowiązku, które zawsze biorę tylko na siebie, nie szukam wymówek, nie uprawiam spychologii. Z perspektywy czasu wydaje się, że przecież można było inaczej, ale najczęściej brało jednak górę zobowiązanie. A teraz... Nie wyobrażam sobie „nicnierobienia” w tej naszej małej Lipce, gdzie wszystko jest na odległość rzutu kartoflem. Mam zacząć obchodzić budynek Domu Kultury łukiem? No nie... Nie będę może na każdej imprezie, ale zawsze z przyjemnością będę tu wracał.

Odchodzi Pan spełniony?
Tak. Szczerze. Czuję taki wewnętrzny spokój, chociaż daleko mi do oceniania samego siebie. Na pewno wiele udało się zdziałać przez te wszystkie lata, utrzymać pewien poziom, zrealizować trochę fajnych pomysłów. Ale jak się nad tym zastanawiam, to te 37 lat kierowania Domem Kultury wydaje się jakąś nierealną liczbą. Dobrze, że ja w głowę nie dostałem [śmiech], a były tutaj różne momenty. Tylko z boku może się wydawać, że coś dzieje się samo. W rzeczywistości działa tu zgrany zespół ludzi, rzetelnie podchodzących do swoich obowiązków, gdzie każdy zna swoje miejsce i wie, co ma robić. Mógłbym nie przyjść w tym dniu do pracy, ale wszyscy wykonaliby swoją robotę bezbłędnie. Tylko w tym sensie dzieje się to samo. Żeby to zagrało, żeby pojawiła się stabilizacja, potrzebny jest czas i dobrze rozumiejący się ludzie. Tym bardziej, że w tym zawodzie zawsze czujemy na plecach oddech tych, którzy na wszystkim znają się najlepiej.
Rokrocznie robię sprawozdania GUSS–owskie, coś, czego bardzo nie lubię. Z drugiej strony to jednak coś fajnego, bo widzę, że tylu widzów się przewinęło, że tyle było imprez, tyle wydarzeń. Nagle uświadamia sobie człowiek, że w skali roku było tu 25 tysięcy ludzi i zachodzi w głowę, jak to w ogóle możliwe w dwutysięcznej miejscowości.

Reklama

Rozmawiał Leszek Chełmowski

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 22/05/2025 09:20
Reklama


Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama