Reklama

My mieliśmy serca

18/02/2014 00:00
Pochodzi ze sportowej rodziny. Współzawodnictwo ma w genach, przestał jednak regularnie odwiedzać złotowskie areny. - Zmieniła się mentalność ludzi uprawiających sport - z nutką żalu w głosie mówi Mirosław Jaworski

Czy dzisiaj jest Pan nadal obserwatorem złotowskiego sportu?

Wyrywkowo i nie zawsze. Nie jestem już dzisiaj tak bacznym obserwatorem jak kilka lat temu. Jak widzę jakąś imprezę sportową to pójdę, ale pewne rzeczy nie podobają mi się i przestałem regularnie odwiedzać areny sportowe. No i zdrowie już nie takie jak kiedyś.

[[reklama]]

Jakie rzeczy nie podobają się Panu?

Zmieniło się podejście ludzi do sportu, a szczególnie młodzieży, chociaż nie chcę generalizować. Jestem już starszym panem, ale pamiętam, jak przy minus 10 stopniach mrozu jeździło się do Kołobrzegu na mecze, odkrytym pikapem i nikt nie marudził. Teraz słyszałem opinie, że zawodnicy najpierw pytają, za ile i co z tego będą mieli. Młodzieży jakby brakowało serca i ich mentalność się zmieniła. My mieliśmy serca i nie pytaliśmy się: ile i za co.

Jaki był wtedy stosunek zawodników do nauczyciela, trenera?

Kwestia wyczucia. Trzeba było to wypośrodkować. Miałem układ partnersko-koleżeński. Był na pewno szacunek. Wiem, do czego Pan zmierza. Wtedy nie przyjmowałem usprawiedliwień od rodziców, że dziecko boli żołądek. Jak bolał to niech to wybiega na lekcji - gwarantuję, że przejdzie. Kiedy był czas na pracę to była ona najważniejsza i moi uczniowie o tym doskonale wiedzieli. Nie nazwali mnie nigdy zgredem, ale pewne granice nie mogły być przekroczone.

Koszykówka, piłka nożna, siatkówka czy lekkoatletyka? Które z tych dyscyplin były najbliższe Pana sercu?

Człowiek po studiach musiał być omnibusem i znać się na kilku dyscyplinach, być wszechstronnym. Jednak piłka nożna i koszykówka zdecydowanie są mi najbliższe i tak bym to uszeregował. W tych dziedzinach byłem ponoć niezły. Z siatkówką miałem tylko krótki epizod. W tych dwóch dyscyplinach zdecydowanie osiągnąłem największe sukcesy. Pamiętam, jak wojowaliśmy w koszykówkę z Wałczem. Piękne czasy i miłe wspomnienia. Potem w szkole zawodowej miałem fajną grupę chłopaków i w mistrzostwach szkół dawnego pilskiego, przez 4 lata dominowaliśmy w koszykówce. Jak przyjeżdżały inne drużyny do Złotowa, to nie pytali się: kto wygra, tylko iloma punktami przegrają. Trenowaliśmy czasami o 18:00 w sobotę i o 10:00 rano w niedzielę. Zawodnicy przychodzili na salę treningową. Nie było gadania i każdy zasuwał, ile sił w nogach. Chciało się z takimi ludźmi pracować.

Więc nauczyciel, pedagog, a może wychowawca? Jaką rolę naczelną powinien odgrywać pan od wf-u?

W moim odczuciu zdecydowanie wychowawca. Dużo można młodego człowieka nauczyć. Dam skrajny przykład: jemy obiad w restauracji, a któryś z moich uczniów schabowego bierze w palce. Pewne rzeczy trzeba było poddać pod rozwagę, nauczyć dobrych manier i pokazać.


            Mistrzostwo województwa koszalińskiego w piłkę koszykową
Wicemistrzostwo województwa w hali w trójskoku z miejsca
Mistrzostwo w lidze wojewódzkiej juniorów            
Praca w charakterze nauczyciela w-f jest….

Upierdliwa (śmiech). Jest cały szereg momentów, które np. na lekcji matematyki czy języka polskiego nie mają miejsca. Dużo jest na wuefie sytuacji nieprzewidywalnych i na to trzeba zareagować: albo opieprzyć, albo pochwalić.

Jakie były Pana lekcje? Czym porywał Pan młodzież?

Była pewna dowolność. Traktowałem pewne rzeczy wybiórczo. Wiedziałem, że koszykówka jest ważniejsza, to inne rzeczy, które były mniej ważne w programie nauczania, odpuszczaliśmy. Robiłem np. 10 godzin kosza zamiast jazdy na łyżwach. Trzeba też czuć młodzież, ponieważ im ma to sprawiać radość i satysfakcję.

[[reklama]]

Nie były to czasem zajęcia na zasadzie: "Macie piłkę i grajcie”?

Jeśli mam być szczery i tak czasami bywało. Po prostu trzeba było znać grupę. Mogłem uczniom dać piłkę do kosza i byłem spokojny, że nic się nie stanie. Oczywiście nie było tak zawsze i program starałem się zrealizować prawidłowo.

Kto powinien w zachęcaniu do sportu odegrać kluczową rolę: rodzic czy nauczyciel?

Myślę, że rola leży pośrodku. Jedni powinni pomagać drugim. Ważny jest rodzic, który będzie wspierał swoje dziecko i nauczyciel, który będzie wskazywał drogę.

Zaangażowanie czy efekty są ważniejsze na lekcjach wychowania fizycznego?

Zaskoczył mnie pan tym pytaniem. Będę się chyba kierował jednak w stronę zaangażowania, bo ono bardziej rozwija człowieka niż same efekty, które w nauczaniu są ważne, ale nie najważniejsze.

A największy talent, który Pan trenował, widział?

Mój brat Zygmunt. Niesamowita koordynacja ruchowa. We wszystkim, czego by się nie zabrał, był naprawdę dobry. Kontuzja jednak przerwała jego przygodę ze sportem.

Czy sprawy zawodowe w jakiś sposób nie kolidowały z życiem osobistym?

Trzeba byłoby zapytać o to żonę. Wie pan, kobieta zmienną jest. Z pewnością w jakiś sposób odbijało się to na mojej rodzinie. Nie mniej jednak moja żona czasami i dopingowała mnie, mimo że nie uprawiała nigdy specjalnie sportu. W sobotę i niedzielę bywałem gościem w domu, jednak przy pełnym zrozumieniu żony można było spokojnie rozwijać swoje pasje sportowe. Potrafiliśmy wspólnie z małżonką prędzej czy później zawrzeć kompromis, co jest naszym wspólnym małym sukcesem.

Może zobaczymy się na imprezie sportowej, na której można powspominać, spotkać kolegów i zobaczyć mecz?

Mieliśmy swoją starą gwardię, która chodziła na spotkania. Trochę się towarzystwo wykruszyło, a człowiek już coraz starszy. Mam przecież 78 lat i coraz mniej się chce, ale nie wykluczam, że zobaczymy się jeszcze na jakimś meczu.

Karol Zabel

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama