Reklama

Nie wykończyła nas pandemia, tylko burmistrz!

02/09/2021 11:30

Adam Pulit nie pierwszy raz zarzuca nam nieprawdę i nierzetelność. Zatem robimy wyjątek i wersji otwartej publikujemy wywiad z dzierżawcami Domu Polskiego. Niech każdy oceni sam co też jest tam nieprawdziwego i nierzetelnego! Nikt nie wyraził zainteresowania dzierżawą Domu Polskiego. Również jego dotychczasowi dzierżawcy, którzy mówią nam o relacjach z władzami miasta. Z Martą Krawczyk i Radosławem Rodzochem rozmawia Piotr Steffen

Dwa tygodnie temu miał zostać wyłoniony dzierżawca Domu Polskiego. Nikt nie złożył jednak oferty. Podobnie jak dotychczas, obiekt miał być wydzierżawiony z przeznaczeniem na działalność noclegowo–gastronomiczną. Miasto zapowiedziało ogłoszenie kolejnego przetargu, tym razem oferta ma być skierowana na cały kraj.

O komentarz poprosiliśmy dotychczasowych dzierżawców. Rozmowa okazała się znacznie dłuższa...

Gdy rozmawialiśmy kilkanaście miesięcy temu, dość realnie zakładaliście Państwo, że być może podejdziecie do przetargu. Dlaczego tak się nie stało?

Reklama

Między innymi z uwagi na nowe warunki umowy, określone w przetargu. Było tam kilka zapisów, które wykluczały nasze zainteresowanie. Uważamy, że były zbyt wygórowane dla potencjalnego dzierżawcy.

M.in. dlatego, że dzierżawa ma być na dziesięć lat, ale gmina w każdej chwili może dać wypowiedzenie, jeśli będzie potrzebować budynku na własne cele, jak oświata, kultura czy pomoc społeczna. Miasto zapowiada wprawdzie, że zwróci część nakładów dzierżawcy po przedterminowym rozwiązaniu umowy, ale w tych zapisach nic nie jest jasno określone. Dzierżawca włożyłby 200 tys. zł, a później ktoś uznałby, że ma dostać z tego np. 50 tys. zł?

Reklama

Ogólnie warunki, wskazane w przetargu, są zdecydowanie gorsze niż dotychczas. Do tej pory mieliśmy dbać o otoczenie budynku, natomiast teraz wskazano, że potencjalny dzierżawca ma dbać o wygląd wewnętrzny i zewnętrzny. Trudno powiedzieć, jak to rozumieć. Byliśmy u prawnika, wyjaśnił, że pod to można podciągnąć wszystko. Jeśli tak, równie dobrze za pół roku ktoś z miasta może przyjść i powiedzieć: proszę zrobić elewację czy dach. Gdy to są rzeczy, o które powinien dbać właściciel – miasto. Tym bardziej, że na taki zabytkowy budynek właściciel, a nie dzierżawca, może pozyskiwać dotacje z wielu miejsc.

Reklama

W jakim stanie jest budynek?

W złym. Tutaj naprawdę trzeba włożyć duże pieniądze. Kilkaset tysięcy złotych, może milion. Na pewno tyle, jeśli liczyć z remontem pokojów. Sprawdzaliśmy: na zrobienie takiego pokoju w bardzo wysokim standardzie trzeba wydać 30–40 tys. zł.
Kolejny poważny wydatek to konieczna zmiana ogrzewania. Obecny piec gazowy jest kompletnie niefunkcjonalny. Ogrzewanie za sześć miesięcy kosztowało nas… 18 tys. zł! W pandemii, gdzie był wielokrotnie mniejszy ruch. Jak powiedzieliśmy o tym burmistrzowi, zrobił tylko wielkie oczy. Dlaczego nie włączono tego budynku do miejskiej sieci ciepłowniczej, gdy była podłączana galeria handlowa? Jeśli ktoś ma oczekiwania wobec dzierżawcy, najpierw sam powinien zadbać o budynek.

Reklama

Oczywiście cena dzierżawy na dzień dobry też została podniesiona. Dotychczas płaciliśmy niecałe 4 tys. zł miesięcznie, teraz wyjściowa stawka to 4,9 tys. zł, a są przecież jeszcze postąpienia. Oferenci mogą podbić stawkę w ramach swoich ofert. Być może nowemu dzierżawcy przyjdzie płacić, dajmy na to, 6 tys. zł, może więcej.

Gdyby nie te warunki, bylibyście Państwo skłonni złożyć ofertę w przetargu?

Z jednej strony tak, z drugiej nie. Mamy wrażenie, że warunki przetargu były tak skonstruowane, żeby nas zniechęcić. Pani burmistrz pięknie powiedziała swego czasu, że szukają strategicznego inwestora… Strategicznego inwestora to się szuka, jak stawia się elektrownię atomową, a nie jak się oddaje budynek w dzierżawę. Włodarze miasta mówią, że chcą z tego zrobić perełkę, bo to reprezentacyjny budynek Złotowa. Zgadza się, ale jako właściciel miasto powinno coś dać od siebie, a nie zrzucać wszystko na dzierżawcę. Dlatego mówimy, że z drugiej strony nie bylibyśmy chętni podchodzić do przetargu. Chodzi po prostu o współpracę z włodarzami miasta. Nie są słowni. Ciężko współpracuje się z takimi osobami.

Reklama

Burmistrz teraz zapowiada, że drugi przetarg będzie na cały kraj. Z tego co pobieżnie zauważyliśmy, w nowych zapisach przetargowych są pewne zmiany, z korzyścią dla potencjalnych dzierżawców. Czy na tyle, żeby ich zachęcić? Mamy wątpliwości.

Mam dobre wrażenie, że czuliście się tutaj niechciani?

Zdecydowanie. Wiele razy odczuliśmy, że jeśli nie jesteśmy z tego miasta – bo jesteśmy z Jastrowia – to nastawienie jest trochę inne. Swego czasu Sanepid nakazał pomalowanie korytarza, który jest częścią wspólną. Pomalowaliśmy. Pani burmistrz powiedziała mi, że sama nie wie, czy jak nam to umorzy, to bardziej nam pomoże czy zaszkodzi… Przy takim podejściu wszystkiego się odechciewało.

Reklama

Podobnie było, gdy w styczniu poszedłem na komisję skarg i wniosków, bo poprosiłem o przedłużenie dzierżawy o kolejne trzy miesiące w związku z dotacjami covidowymi, które otrzymaliśmy. Pani burmistrz powiedziała, że dzierżawcy się rozochocą i może nie będą chcieli odejść! To nie jest fajne.

No właśnie – przedłużenie… Kiedy spotkaliśmy się kilkanaście miesięcy temu, powodem rozmowy było to, że otrzymaliście wcześniejsze wypowiedzenie. Wciąż jednak jesteście Państwo w Domu Polskim.

Całe zamieszanie między nami a miastem na dobre zaczęło się właśnie w tamtym momencie. Dzierżawa kończyła się nam w marcu tego roku, ale burmistrz już jesienią 2020, we wrześniu czy w październiku, zapraszał podczas jednej z konferencji prasowych, że Dom Polski będzie pod dzierżawę i miasto szuka nowego dzierżawcy. Cynicznie powiedział, że obecny dzierżawca również może do niego przystąpić, że nie widzi przeszkód. Jaki był skutek tego, że już wtedy zapowiedział przetarg? Wypadły nam zamówione wcześniej imprezy okolicznościowe, które były zarezerwowane na wiosnę. Mieliśmy zamówienia na około piętnaście wydarzeń, zostały trzy. Musiałem zwracać ludziom zaliczki. Inni dzwonili, pytali, co się stało. Jak burmistrzowi napisałam, że sobie nie życzę tak wczesnych zapowiedzi, bo to godzi w moją firmę, to mi napisał: „niech se pani nie żartuje”. To była odpowiedź burmistrza miasta.

Reklama

Dlaczego występowaliście Państwo o przedłużenie, wiedząc, jak wyglądają Wasze relacje z miastem?

Otrzymaliśmy dotacje z tytułu covid–u. Żeby nie przepadły, żebyśmy nie musieli zwracać pieniędzy, jesteśmy zobligowani do zachowania terminów prowadzenia działalności. Dlatego w marcu napisaliśmy pismo o przedłużenie dzierżawy o trzy miesiące. Musieliśmy utrzymać działalność do czerwca. Burmistrz przystał na przedłużenie. Przyjmowaliśmy kolejne rezerwacje. Poszedłem do urzędu ponownie, poprosić o następne przedłużenie, bo po pandemii wszystko na nowo trochę zaskoczyło. Przyjmowaliśmy zamówienia, chcieliśmy odkuć się finansowo. Pani burmistrz była oburzona, jak mogliśmy przychodzić i prosić, dlaczego przyjmowaliśmy rezerwacje na sezon, skoro mieliśmy już wypowiedzenie? I po co w ogóle braliśmy pomoc z tarczy antykryzysowej. Zapytałem jej, czy dostawała wynagrodzenie w czasie pandemii, a gdy odparła, że tak, wyjaśniłem jej, że ja nic nie zarabiałem. Tak mnie potraktowała. Skandal! Ta pani nie powinna piastować tego urzędu, każde słowo wypowiedziane przez tą panią, to kompromitacja tego urzędu i wstyd dla mieszkańców tego miasta.
Ponownie poszedłem do burmistrza, faktycznie się dogadaliśmy, że będziemy do końca września, choć później aneks przyszedł już tylko do końca sierpnia. Za kilka dni stąd znikamy.

Reklama

Co by więc nie powiedzieć, burmistrz poszedł na rękę, dwukrotnie przedłużając umowę.

Zgadza się, choć z drugiej strony sądzimy, że być może chodziło po prostu o przeciągnięcie funkcjonowania obiektu na czas wakacji. Może sami uznali, że skoro zbliża się sezon, hotel może być potrzebny, a wiadomo, że od ręki nikt nie przyjdzie. Poza tym, to też nie przyszło łatwo. Gdy podnosiliśmy sprawę wypowiedzenia, gdy poszliśmy rozmawiać o tym do urzędu, zanim burmistrz się zgodził, powiedział: macie szczęście, że będziecie siedzieć do końca roku.

Reklama

Później chyba się dopatrzyli, jak jest skonstruowana umowa i przenieśli termin wypowiedzenia, zgodnie z umową. Ogólnie postępowanie władz miasta względem nas to była bezczelność.

Prawda jest też taka, że spokojnie moglibyśmy być tutaj dłużej i mieć znacznie więcej klientów. Niestety, musieliśmy odmówić rezerwacje na wrzesień, łącznie na jakieś… 18 tys. zł!

Jednym z powodów zaostrzenia relacji między Państwem a miastem były ponoć zaległości z tytułu dzierżawy.

Od dłuższego czasu wszystko na bieżąco było regulowane. Zresztą warunkiem możliwości przedłużenia dzierżawy było regulowanie na bieżąco opłat dzierżawnych względem miasta. W pewnym momencie mieliśmy około 9 tys. zł zaległości, czyli jakieś dwie miesięczne dzierżawy z kawałkiem. Warunkiem przedłużenia najmu było uregulowanie większości, wpłaciliśmy gotówką 7 tys. zł. W środku pandemii, gdzie grudzień i styczeń to były najgorsze miesiące. W styczniu zarobiliśmy netto 3 tys. zł. Dlatego wystąpiliśmy o dotacje.

Reklama

Ile Państwo dostaliście?

Trzy razy po 5 tys. zł i około 13,5 tys. zł z PRF. W całości poszło to na regulowanie zaległości oraz rachunki.

Pomogło przejść przez najgorszy okres?

Zdecydowanie. Powiem więcej: wcale nie wykończyła nas pandemia, tylko burmistrz tego miasta. Ok, gdy się zaczęła, burmistrz umorzył nam w marcu 50% czynszu, ale to w związku z tym, że rozkopany był cały budynek, bo robili instalację pożarową. Łaski więc chyba tym burmistrz nie zrobił.

Miasto miało do Państwa uwagi odnośnie prowadzenia Domu Polskiego?

Dotychczasowa umowa obligowała nas jedynie do wykonywania bieżących napraw w środku, jakiś remontów, rzeczy typu pęknięta rura. Dodatkowo przemalowaliśmy wszystkie pokoje, i to dwukrotnie. Gdy na zlecenie był remont instalacji przeciwpożarowej… Szkoda gadać! Kabel prowadzi od czujki do kontaktu. Firma, która to robiła, nie malowała już całości, tylko pasek, po linii, jak położono kabel. My to wszystko później w budynku odświeżaliśmy. A później słyszeliśmy, że tylko tutaj siedzimy i nic nie robimy, że żerujemy na mieście.

Usłyszeliśmy też zarzut, że tutaj mieszkamy. To było dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Jak mamy prowadzić działalności i tutaj nie być? Tym bardziej w czasie pandemii? Mieliśmy zatrudnić pracowników, a sami leżeć w domu? Gdy nawet w książce serwisowej jest uwaga, że cały czas musi być nadzór nad tą instalacją przeciwpożarową. Nie dziwi to nas, skoro czujki tak były porobione, że alarmy wyły po nocach. Goście odkręcali wodę, pojawiła się para i o czwartej nad ranem cały budynek stał na nogach. To była inwestycja za grube pieniądze, a zrobiona tak, że to się nadaje do… Skutek jest taki, że wszystkie czujki dymne w kuchni i pokojach mamy zablokowane. Musieliśmy to zrobić, skoro dochodziło do takich sytuacji, że gotowaliśmy rosół czy otwieraliśmy zmywarkę i wszystko wyło. Było u nas swego czasu trzech strażaków, jako goście, przyjechali z Komendy Głównej PSP w Warszawie. Zainteresowali się, pytali, kto to robił. Powiedzieli: panie, w takich obiektach nie zakłada się takich czujek, są specjalne, do obiektów hotelowych czy gastronomicznych. Burmistrz śmieje się ze Stanisława Wełniaka, że robił buble, a sam co tutaj zrobił za 220 tys. zł!

Byliśmy tutaj od siedmiu lat, weszliśmy w styczniu 2014 roku. Nigdy nie chcieliśmy od miasta niczego za darmo. Oczekiwaliśmy jedynie wyrozumiałości, zainteresowania budynkiem, skoro miasto jest jego właścicielem i obustronnej współpracy. Co było zamiast tego? Śmieszne zarzuty, że mieliśmy tutaj psa w biurze. Mały, niezauważalny, siedzący w kojcu. Mieliśmy zgodę sanepidu, że mógł tutaj być, a miasto miało z tym wielki problem.

Z czego to wynikało?

Nie mamy pojęcia. W każdym razie nas zniechęciło przede wszystkim podejście włodarzy miasta. Swego czasu odbyło się wspomniane posiedzenie komisji skarg i wniosków, interweniowaliśmy tam z powodu sytuacji, w jakiej postawiło nas miasto przez wypowiedzenie. Pani burmistrz powiedziała, że my tylko pilnujemy daty po to, żeby się nie spóźnić z opłatą. Że wpłacamy jakąś część, żeby nie było pełnych zaległości za dwa miesiące, bo wtedy mogliby nas wyrzucić z jednotygodniowym wypowiedzeniem. Niepojęte: z tego, że pilnujemy terminów, zrobiono nam zarzut! Nam ze wszystkiego robiło się zarzut. Nie pozwalano nam choćby zawiesić reklamy na boku frontowej ściany. Nawet konserwator zabytków dał nam zgodę, ale warunkiem była też zgoda ze strony właściciela. Chcieliśmy zrobić ją w kolorze elewacji. Powiedzieli: nie!

Otworzycie Państwo lokal gdzie indziej?

Żona od stycznia pracuje w jednej ze złotowskich firm, ja będę szukał pracy. Rzeczywiście mamy też upatrzoną nieruchomość w innej gminie, byliśmy ją oglądać, z ewentualnym przeznaczeniem pod taką działalność. Uważam, że w tamtym samorządzie są bardziej odpowiedzialni ludzie niż włodarze w Złotowie. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Żeby nie przepadły nam otrzymane dofinansowania, na papierze dotychczasową działalność musimy jeszcze utrzymać, musimy opłacać ZUS. Do spłacenia są jeszcze kredyty, około 1600 zł miesięcznie. Coś do uregulowania z tej działalności jeszcze pewnie nam zostanie, choćby 5 tys. zł dla energetyki, za wcześniejsze zerwanie umowy. Będziemy zabiegać o to, żebyśmy nie musieli tego spłacać, przecież do zerwania umowy na dostarczenie energii nie doszło z naszej winy – to miasto wypowiedziało nam umowę.

Jak wyobrażacie sobie Państwo Dom Polski za rok?

Może znajdzie się jakiś dzierżawca, ale naszym zdaniem jest to mało prawdopodobne na tych warunkach. Swego czasu było u nas młode małżeństwo. Chciało zobaczyć lokal, rozmawiali z nami. W ogłoszeniu o przetargu jest napisane, że jest tutaj sala bankietowa. Kojarzy się, że to przynajmniej taka sala, jaka jest w sąsiednim budynku „Rolnika”. Weszli i zapytali, gdzie ta sala bankietowa? Powiedzieliśmy, że tutaj. Jak zobaczyli, jaka mała, zapytali o możliwość wybicia ściany. Przecież konserwator trzyma tutaj na wszystkim rękę. Pani burmistrz też twierdziła na tym spotkaniu podczas komisji skarg i wniosków, że mieli tylu chętnych przed wręczeniem nam wypowiedzenia. Teraz jednak jakoś ich nie widać.

Bardziej byśmy obstawiali, że będą trzy, może cztery bezskuteczne przetargi i będą chcieli to sprzedać. Chyba do tego to zmierza. Wiemy zresztą, że jest przynajmniej jedna chętna osoba, żeby to kupić.

Gdybyśmy wiedzieli, że za dwa lata zmieni się burmistrz, może byśmy wystartowali do przetargu. Przemęczylibyśmy się jeszcze dwa lata, wiedząc, że przyjdzie ktoś nowy. Bylibyśmy skłonni spróbować, ale… nie przy tej władzy.

Piotr Steffen

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Andrzej Wociszewski - niezalogowany 2021-09-02 12:16:15

    jesli to prawda to do sadu bym podal burmistrza i ta cholodowska, zaden normalny czlowiek nie bedzie chcial robic interesow z miastem.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Grzegorz - niezalogowany 2021-09-02 12:18:08

    cholodowska uczyla mnie w szkole, straszna kobieta , czesto na lekjcach wychodzila i nic nie robilismy, taka nauka, krzyczala i wyzywala, teraz ciepla posadka w ratuszu, pensja leci z podatnikow. co burmistrz i wice zrobili przez te lata ? sciagneli jakiegos inwestora fabryka zaklad miejsca pracy ? nie, zrobili cos porzadnego dla ludzi ? nie same tylko gnioty i shity. pora odejsc i zaczac robic porzadki po was

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • tyt. - niezalogowany 2021-09-02 16:08:52

    Jakiego przedmiotu uczyła p. Chołodowska?

    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama