Jesień życia nie musi być ponura, a czas spędzony na emeryturze nie musi oznaczać bezczynnego oczekiwania na biblijny dzień sądu. Słuchaczki Złotowskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku dziś łamią stereotypy, uczą się samych siebie i odkrywają drugiego człowieka
Piekielna głębia
Mięśnie wokół oczu zaciskają się mocno, by stłumić otaczający je obraz. Granatowa otchłań wypełnia czasoprzestrzeń tak szczelnie, że tylko ukrycie niebieskich źrenic za kotarą powiek chroni dziewczynkę przed wydaniem rozdzierającego krzyku. A wkoło coraz bardziej zimna otchłań... Serce 10-letniej Basi szamocze się w struchlałej piersi, strachem napędzając bezwładny ruch rąk i nóg. A jeszcze przed chwilą stała z dumnie powiewającymi blond lokami na desce zamocowanej nad lustrem wody Jeziora Miejskiego. Perlisty śmiech koleżanek, chwilami idiotyczne dokazywanie kolegów podpowiadało jej, że nic złego stać nie może. Beztroskie słońce obiecywało, że ponownie ogrzeje jej bladą jeszcze skórę po kąpieli. Kłamstwo. Wszystko to było kłamstwem. – Próbowałam się utopić – żartuje dziś z tego zdarzenia Barbara Gracz. – Nic mi się nie stało, ale od tamtej pory panicznie bałam się wody i wchodziłam do niej najwyżej do kolan.
52 lata później. Przejrzysta woda pływalni Laguna kusi łagodnością. Ta sama blondynka znad Jeziora Miejskiego niepewnie pozwala otoczyć się 25-metrowymi ramionami basenowej niecki. Oswajana na nowo otchłań nasyca sobą strój kąpielowy kobiety, tylko nieufna głowa otulona silikonowym czepkiem pozostaje wolna. Zaufanie… Zaufanie buduje się stopniowo, strach paraliżuje nagle. Ale pani Barbara go opanowuje. - Potrafię się już położyć na wodzie. Są jeszcze problemy z włożeniem głowy pod wodę, przeszkadza mi woda w oczach czy uszach, ale panicznego strachu już nie ma – B. Gracz siłę do pokonywania słabości czerpie z przykładu innych pań. - Patrzę na koleżanki, które nie umiejąc pływać przechodzą to podobnie jak ja. My nie mamy wobec siebie kompleksów, słabszy silniejszego się nie wstydzi, więc przez ten brak skrępowania inna jest nasza motywacja – jakby na dowód kobieta nie zakłada okularów i powoli kładzie się na wciąż zbyt rzadkiej wodzie. Po tej demonstracji siły charakteru zdradza swoje marzenie: - Chciałabym tak nauczyć się pływać, żeby przepłynąć ten basen w Złotowie – emerytka nieśmiało zerka na oddalony o 25 metrów brzeg. - Może w tym roku akademickim jeszcze mi się to nie uda, ale małymi krokami muszę to zrobić. I tak jestem z siebie dumna, że już się położę na wodzie.
Nieznośna lekkość bytu
Rok 2010. Kroki zdradzające pewność siebie kierują panią Barbarę do sklepu z odzieżą. Długie palce szczupłych rąk sprawnie przeszukują zmęczone zalegającym materiałem półki. Getry to pewność. Tshirt oznacza luz. Trampki - wygodę. Całości ekwipunku dopełni karimata. Tak wyposażona 60-latka rusza na salę ćwiczeń. - Już dawno wykryto u mnie osteoporozę. Po leczeniu było trochę lepiej, ale choroba zaczęła wracać i lekarz zalecił mi rehabilitację – Barbara Gracz przyznaje, że życie spędzone za biurkiem nie sprzyjało zachowaniu dobrej kondycji. Od dwóch lat jednak emerytka uczęszcza na zajęcia z gimnastyki. – Prowadzi ją rehabilitantka, która zajmuje się osobami niepełnosprawnymi – matka trójki dzieci docenia profesjonalizm instruktorki i dodaje: - My w tym wieku wymagamy sporo ruchu, bo zaczynają nam doskwierać ułomności wieku trochę starszego. Gimnastyka jest prowadzona przy muzyce i bez musu - jeżeli ktoś nie może czegoś zrobić, to nie musi.
Zajęcia odbywają się raz w tygodniu, ale potrafią dać paniom popalić. - Czasami człowiek wraca do domu jak gdyby połamany, ale na pewno czuję się dzięki tym zajęciom sprawniejsza. Nie odczuwam też bólów w kościach – pełna optymizmu babcia pięciorga wnucząt zachęca wszystkich do dbania o swoją sprawność. - My z koleżankami tak się w to wciągnęłyśmy, że jak się zdarza przerwa tygodniowa w zajęciach, to jest nam żal tego czasu…
Jutro nie umiera nigdy
Kilkadziesiąt kwadratów z wielkiej płyty skrywa ludzkie dramaty i radości. Jedno od drugiego dzieli zaledwie kilka centymetrów betonu. Wyrwę stanowi jedynie przesłonięte niesforną koronką okno. Ale i ono bladą szybą przygląda się betonowej górze z otworami na ludzkie losy. W jednym z nich jest kobieta z darem dodawania i odejmowania. Obok niej mężczyzna z dziwnie spokojnym wyrazem twarzy spoczywa w bladym fotelu obszytym grubym materiałem. Jego starcze oczy tylko raz poruszyły się w górę. Ku niebu.
- To był moment. Siedział na fotelu i udaru dostał. Nie wiedziałam, co się dzieje, nie mogłam jego dowodu znaleźć, nic – była księgowa opowiada o wydarzeniach sprzed 4 lat. Ten mężczyzna był jej mężem. Od 44 lat. - Nie było szans Wacława uratować, bo krew w mózgu była tak rozlana… Lekarz od razu mówił, że nie ma szans, by go uratować. To roślinka się robi z człowieka po prostu – wspomnienie o zmarłym 19 lipca 2008 roku towarzyszu życia grzęźnie w gardle Teresy Pietrzak. - Nie dożyliśmy razem 45 lat pożycia…
Kobieta silną bywa. Słaba może być zawsze. Pani Teresa po śmierci męża była załamana. - Bardzo to przeżyłam, bo ja jestem mięczakiem. Bardzo jestem wrażliwa – pogodne oczy kobiety szklą się w promieniach wiosennego słońca. - Najgorszy był pierwszy rok. Więcej wtedy siedziałam u córki - tam odżywałam, bo jeździłam do Kołobrzegu, do brata do Gdyni. Ale to niewiele dawało, bo wracałam tutaj do pustych 4 ścian – wielka płyta w samotności jest jeszcze trudniejsza do zniesienia. - Tych 4 ścian nie życzę nikomu. A całe życie mówiłam, że chcę spokoju, nic więcej. I człowiek to sobie wymodlił po prostu. Ta cisza jest taka... – drobna dłoń kobiety przeczesuje ciemne loki i dodaje: - Miałam takie okresy, że nie wychodziłam z domu. Mogłam siedzieć w fotelu cały czas, a wyjść tylko po niezbędne zakupy. 2 dni mogłam tak siedzieć – widać jednak, że złotowianka nie ma żalu do tak wiele pamiętającego mebla, mimo iż to również on wciągał ją w przyczajone szpony depresji. - Nie wiem, czy jej nie miałam, bo do psychiatry nie chodziłam – drobna kibić niecierpliwi się, że tak długo rozmawiamy o nieszczęściu. Przecież dziś jest szczęśliwa. Po prostu tańcz
I love rock and roll! Gdyby kazać Teresie Pietrzak wykrzyczeć te słowa na ulicy, pewnie długo by się nie wahała. Nieważne, że ma 68 lat, dorosłą córkę i 15-letniego wnuka, a 4 lata temu owdowiała. Uwielbia taniec i w nim się realizuje. - Ja taniec całe życie kochałam, byłam dobra w twiście – szczery uśmiech rozświetla oblicze kobiety, która 35 lat przepracowała jako księgowa. - Jak tylko słyszę muzykę, to już mi nogi chodzą – wierzę na słowo, zaglądać pod stół nie wypada. Ale dwa razy w tygodniu tę emerytkę z kilkunastoletnim stażem można zobaczyć, jak tańczy podczas zajęć Złotowskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku. - Pan, który nas uczy mówi, że myślał, że na zajęciach będą wolne tańce jak tanga, a my chcemy rumby, samby… - prawdziwą miłość dostrzec można w oczach i tak jest w tym przypadku. - Jak szliśmy na dyskotekę, to mi ludzie dziękowali za rozweselanie towarzystwa. Jeśli chodzi o taniec, to jestem wodzirejem, uwielbiam bawić towarzystwo – zmęczoną życiem twarz ożywia spontaniczny uśmiech. Pani Teresie przypominają się tańce młodości: rock and roll, twist, dżajf; kolorowe spódniczki dziewczynek kręcące się w rytm melodii ludowych… I wolność. Taniec daje wolność. Również w oczach innych. – Teraz, jak byliśmy w Zakopanem, to też na zabawie babka z Bydgoszczy powiedziała do mnie: szacun, jak ty fajnie tańczysz. E=mc²
Metalowe płytki przebitkowe wędrują raz w lewo, raz w prawo. Każda wątpliwość jest po wielokroć sprawdzana. Błąd jest wykluczony. Z pomocą przychodzą drewniane koraliki nawleczone na naciągniętą sztywno żyłkę. Winien i Ma, saldo – wszystko musi się zgadzać. Dopiero wiele lat później obliczenia księgowe wykonywać zaczął komputer. Wystarczyło wprowadzić dane i gotowe. Teresa Pietrzak tyle wiedziała o komputerze: – Nie miałam czasu myśleć o tym, czym jest komputer, to było narzędzie pracy.
Dopiero dziś, kilkanaście lat po zakończeniu pracy zawodowej zafascynowały ją możliwości tej skrzynki pełnej tajemnic. - Zapisałam się na zajęcia informatyczne, bo wiedziałam, że jest coś takiego jak internet i że dzięki niemu można poznać świat – ta motywacja kobiety towarzyszy ludziom od zawsze. - Na pierwszych zajęciach robiłam wielkie oczy, wszystko co mówił prowadzący zapisywałam w zeszyciku, zawsze byłam przygotowana – jakby na dowód kobieta sięga po 32 kartki skreślone drobnymi znaczkami. Do nauki złotowiankę dopingował nastoletni wnuczek. – Mówił: „brawo babcia” – oblicze otoczone lokami ożywia dumny uśmiech. Tak samo jest, gdy T. Pietrzak mówi o kolejnych odkryciach dokonywanych w cyfrowym świecie: - Nie wiedziałam, że istnieje Wirtualna Polska, Onet czy takie rzeczy. Za każdym razem człowiek łyknął czegoś nowego – nawet słownictwo statecznej wdowy ulega przemianie. Prawdziwa rewolucja nastąpiła jednak w pokoju obok. Przy oknie stanęło biurko, a na nim komputer. - Ja dałam 500 zł, a dzieciaki resztę. Kupili mi taki sprzęt z bajerami. Mam centralkę, to wiadomo i monitor – 68-letnia amatorka informatyki zachwala swój sprzęt. A jakie ma możliwości? – pytam. - Ma możliwości… Ma 100 b...100 ileś…Możliwości ma. Lepiej późno niż później
Panie Teresa i Barbara są złotowiankami i choć są w różnym wieku i mają różne doświadczenia życiowe, to znają się i przyjaźnią. Łączy je również Złotowski Uniwersytet Trzeciego Wieku, na zajęcia którego uczęszczają od dwóch lat. Dotąd obie zajęte pracą i rodziną nagle znalazły czas dla siebie. – Te 30 lat może nie zostało zmarnowane, bo było komuś poświęcone, ale czas pomyśleć o sobie – oświadcza wprost Barbara Gracz. - Krótko przed powstaniem UTW rozmawiałam z moją chrzestną, która ma ponad 80 lat i chodzi na takie zajęcia w Bydgoszczy. Mówiła, że jak chcę do niej przyjechać, to muszę się umówić, bo ona wciąż gdzieś wyjeżdża, a jak nie, to jest na jakimś spotkaniu. Pomyślałam, że skoro ona – sporo ode mnie starsza – może się w to angażować, to ja także mogę – dodaje słuchaczka uniwersytetu dla seniorów.
Pani Teresa z kolei potrzebowała kontaktu z ludźmi. Wśród ludzi nie czuła się samotna. - Niektórzy mi się dziwią, że chce mi się latać jak do szkoły czy przedszkola na określoną godzinę, być w każdej chwili gotową. A to jest właśnie dobre, że trzeba wyskoczyć z dresów, umyć głowę, nareszcie pomyśleć o sobie. Trochę późno, ale nie za późno – uzasadnia złotowianka, wspominając o założycielkach ZUTW: - Ja nawet podziękowałam paniom prezes za wyciągnięcie z depresji, bo to naprawdę postawiło mnie na nogi.
Takich osób w Złotowie i okolicach jest blisko dwieście. Ci emeryci nie rozmawiają o chorobach, nie udają, że kogoś nie poznają na ulicy, nie boją się robić tego, o czym marzą. - Zmieniły się charaktery ludzi, bo te smutasy bez wiary w lepsze jutro tu się otwierają. Moje życie także zmieniło się na życie uśmiechnięte. Nie ma w tej chwili dla mnie rzeczy niemożliwych. Myślę, że dzięki uniwersytetowi odnalazłam ludzi…
Łukasz Opłatek
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze