Mało kto wie o jej istnieniu. Trafić tu niełatwo, GPS się gubi. A jednak dla Aleksandry Augustowskiej to miejsce stało się domem i życiowym projektem, któremu poświęciła ponad czterdzieści lat
Elektrownia wodna Żarki – mało kto wie o jej istnieniu. Wędkarze na pewno. Jeśli ktoś miałby zrobić listę najbardziej urokliwych miejsc w powiecie złotowskim, to Żarki na pewno znalazłyby się w pierwszej piątce. Dojechać tu nie jest prostą sprawą. GPS się gubi. Aleksandra Augustowska, która od 1984 roku jest właścicielką elektrowni, kilka razy tłumaczyła mi, jak dojechać od strony Lędyczka. I faktycznie, po kilku kilometrach jazdy drogą w pięknym lesie człowiek zaczynał mieć wątpliwości, czy aby na pewno dobrze jedzie.
W końcu las rozstąpił się, a oczom ukazał się piękny obiekt wodnej elektrowni. Aleksandra Augustowska mówi, że trafiła tu pod koniec lat 70. ubiegłego wieku przez przypadek, razem ze swoim życiowym partnerem Andrzejem Szumiło.
– Andrzej był asystentem na Wydziale Fizyki na Politechnice Gdańskiej. Uciekał z miasta, kochał łowić ryby, kochał przyrodę. I ja tak z nim jeździłam w różne miejsca. Kiedy trafiliśmy tu w 1979 roku, Andrzej zapytał mnie, czy nie moglibyśmy zamieszkać tu na stałe. Popatrzył na ruiny elektrowni i stwierdził, że moglibyśmy zająć się produkowaniem prądu. A że czasy były, jakie były, wspólnie uznaliśmy, że spróbujemy – wspomina na tarasie swego wspaniałego domu, położonego kilkadziesiąt metrów od elektrowni.
Po wojnie ojcem energetyki wodnej był inż. Marian Hoffman, syn profesora Alfonsa Hoffmana, który przed wojną na Pomorzu Gdańskim stawiał na rzece Raduni pierwsze elektrownie wodne. Jego syn od lat 70 był pracownikiem ministerstwa energetyki i powrócił do tego tematu. W ministerstwie „dziury wiercił wszystkim dookoła”, by powrócić do elektrowni wodnych.
– W latach 50. wszystkie te siłownie wodne przedwojenne niszczono, likwidowano. W sumie zlikwidowano 6,5 tysiąca takich instalacji! Dokładnie tak samo stało się z elektrownią Żarki – opowiada z nieukrywaną frustracją w głosie Aleksandra Augustowska.
– A ta elektrownia została wybudowana przez miejscowych Niemców, którzy na początku XX wieku, dokładnie w 1902 roku, postawili ją po to, by zasilała okoliczne miejscowości. Miejscowi właściciele majątków ziemskich postanowili, że budowę elektrowni sfinansują, budując przy okazji betonowy jaz. To była pierwsza elektrownia wodna na Pomorzu Zachodnim – opowiada historię miejsca, w którym żyje od ponad 40 lat.
– Dziś, jak słyszę o wielkiej suszy, braku regulacji rzek... To wszystko jest efektem nie tylko zmian klimatu, ale również tamtych decyzji. Wówczas budowane siłownie na progach wodnych tworzyły wielkie rozlewiska, które miały również wpływ na wody gruntowe. W promieniu kilku kilometrów od takiego zbiornika nie było problemów z wodą gruntową, bo w zbiornikach zawsze była spiętrzona woda, której nadmiar zużywano do produkcji energii – tłumaczy. W 1954 roku elektrownia Żarki została również zamknięta, a po kilku latach nie został po niej kamień na kamieniu.

Aleksandra Augustowska, zanim trafiła w okolice Lędyczka, mieszkała w Gdyni. Jak mówi, życie ani jej, ani jej rodziny nie rozpieszczało.
– Najpierw Niemcy, potem wojska sowieckie, a na końcu polscy komuniści – snuje opowieść o losach swojej rodziny. Doskonała pamięć pozwala przywoływać jej najmniejsze detale z dzieciństwa. Piękną polszczyzną opowiada o tragicznych losach swoich dziadków i rodziców.
– Pochodzę w połowie z rodziny inteligenckiej z Wileńszczyzny, a w połowie z bogatej rodziny kupieckiej z Poznania. Wojna zrobiła swoje, a i po wojnie również nie było, delikatnie mówiąc, kolorowo. Prawda jednak jest taka, że odziedziczone po rodzinie geny sprawiły, że dla mnie nigdy nie było problemów z załatwieniem czegokolwiek i z kimkolwiek – podkreśla.
W 1957 roku, 19–letnia wówczas Aleksandra, poszła do pracy w Stoczni Gdańskiej jako sprzątaczka. Tam po kilku tygodniach została przesunięta na stanowisko uszczelniaczki pokładowej, potem została elektrykiem. W stoczni nabawiła się ołowicy, więc ze względu na stan zdrowia przesunięto ją do biura projektów. Wyszła za mąż, urodziła dziecko, poszła na zaoczne studia na Wydział elektryczny.
– Zawsze mnie interesowało majsterkowanie, projektowanie. Ale że nie byłam dobra z rysunku, poszłam na Politechnikę Poznańską. Przez cztery lata co dwa tygodnie z Gdyni jechałam na wykłady do Poznania. Kiedy zrobiłam tytuł inżyniera, zostałam kierownikiem pracowni projektowej w biurze projektów. Niedługo potem poznałam Andrzeja Szumiło. Poznaliśmy się na nartach. Andrzej był zapalonym wędkarzem i tak zabierał mnie na te swoje wyprawy, które uwielbiałam.

– Któregoś roku trafiliśmy tu, nad Gwdę. Siedząc wieczorem przy kolacji, Andrzej zapytał, czy nie byłoby dobrym pomysłem, gdybyśmy nie poprowadzili elektrowni wodnej. On robiłby na dwa etaty, a ja miałabym zajmować się domem. Wtedy jeszcze nie myśleliśmy o tym, żeby być właścicielami elektrowni – chodziła nam po głowie tylko praca na etacie. Zaczęłam rozpytywać wśród znajomych, czy byłaby taka możliwość, żeby gdzieś znaleźć pracę dla nas obojga. Szybko okazało się jednak, że praca w państwowej elektrowni wodnej jest czymś nieosiągalnym. Małe elektrownie miały bowiem rodzinne obsady i nijak nie można było się tam wbić. Ale dowiedziałam się, że w ministerstwie jest przygotowywany projekt ustawy, który zakładał możliwość budowy własnych elektrowni. I od tego momentu zaczęliśmy się tym miejscem bardzo interesować. Żeby jednak nie było, objechaliśmy wszystkie stare obiekty, Andrzej jako wędkarz doskonale je wszystkie na Pomorzu znał, wiedział, gdzie był jaz, gdzie mogła być elektrownia. Podświadomie ciągnęło nas do Żarek – mówi z nostalgią.
– Andrzej wszystko dokładnie przeliczył, wiedział, ile energii będziemy w stanie wyprodukować, ile zarobić. Okazało się, że mogłyby z tego wyżyć dwie rodziny – opowiada pani Aleksandra. Był początek lat 80.
Jak to bywa, od projektu do uchwalenia ustawy droga była długa.
– Pracując w biurze projektowym miałam jednak tę przewagę, że w ministerstwie rozmawiano ze mną. Dzwoniłam, pisałam, jeździłam i… jesienią 1981 roku projekt ustawy przyjęto. Czy to moja zasługa? Myślę, że trochę na pewno, to był mój osobisty wkład w rozwój energetyki wodnej – wspomina, śmiejąc się głośno.

Serce elektrowni
To był jednak dopiero początek drogi, bo teraz w ministerstwie leśnictwa trzeba było otrzymać zgodę na przekazanie ziemi, by cokolwiek móc tu robić.
– I ponownie jeździłam, załatwiałam, wykorzystywałam znajomości, czasem zwyczajnie opowiadałam historie wyssane z palca – takie bowiem były czasy. Urzędnicy nie chcieli nam tej ziemi sprzedać, gdyż zwyczajnie nie wierzyli, że wybudujemy tu elektrownię – kręci głową z niedowierzaniem, a do tego nie chcieli dopuścić do odradzania się kapitalizmu, aż zakupienie tej enklawy leśnej udało jej się w końcu załatwić.
Ziemia to jedno, trzeba było jeszcze załatwić, żeby to energetyka podciągnęła do ruin elektrowni linię średniego napięcia.
– Wyobraża Pan sobie, żebyśmy na własny koszt mieli ciągnąć linię z Łomczewa, za własne pieniądze? Przecież to było nierealne, a bez linii po co komu elektrownia? – dodaje. I to też załatwiła. Zakład energetyki, przymuszony przez rozporządzenie Ministra Energetyki (wówczas był stan wojenny i ministrem był generał Czesław Piotrowski) wybudował linię. Wtedy Aleksandra już była bez pracy, dostała wypowiedzenie z biura projektowego. Od marca 1981 roku zamieszkała w pobliskiej opuszczonej leśniczówce wraz ze swoją mamą ,córką i Andrzejem Szumiło. Obok ruin elektrowni był też dom, który należał do wojskowego koła łowieckiego ze Szczecinka, wymagający kapitalnego remontu. Wprowadzili się do niego po kilku miesiącach.
– Niczego tu nie było, wszystko totalnie zniszczone – opowiada. Dziś dom to piękna rezydencja, pełna pamiątek, zdjęć, książek.
– Jedynej rzeczy, której nie mieliśmy, to zgody na dzierżawę jazu, wybudowanego przez Niemców na Gwdzie. Bez niej nie mogliśmy nic zrobić. Zgodę udało się zdobyć w 1985 roku.
– Jak przez te trzy lata żyliśmy? Jajka wielkanocne malowaliśmy. Przywoziłam z Czarnego po tysiąc jajek, farbowaliśmy je, malowaliśmy i szły do sprzedaży. Od jesieni do Wielkanocy mieliśmy zajęcie. Miałam ogród, żyliśmy z emerytury mamy, bo Andrzeja też w 1981 roku zwolniono z uczelni. Oszczędności, jakie mieliśmy ze sprzedaży mojego mieszkania w Gdyni, trzymaliśmy na odbudowę elektrowni. Z malowania jaj musiało nam wystarczyć na życie – mówi.
Gdy w końcu przyszła zgoda na dzierżawę jazu, ruszyła robota. Wszystkimi technicznymi sprawami zajmował się Andrzej, ona załatwiała papierkowe sprawy, przywoziła i odwoziła ludzi na budowę, karmiła ich.
– Proszę zobaczyć, jak to wszystko wyglądało – pani Aleksandra pokazuje zdjęcia zniszczonej elektrowni.
– Do tej pory nie wiadomo, kto ją zniszczył, kto to wszystko rozkradł. Andrzej Szumiło część urządzeń skonstruował sam. Niezbędne części wynajdywał na złomowiskach.
– W tamtym czasie niczego nie można było dostać, a on potrafił zrobić coś z niczego – patrzy na zdjęcie swojego partnera, stojące na kominku w salonie.
– Andrzej zdobył nawet poniemiecką turbinę marki Voith, wyprodukowaną w Szwajcarii w 1924 roku. Wyciągnęliśmy ją z szamba papierni w Nowej Soli. Myśmy ją wykryli, osuszyli szambo, przewieźli tu, do Żarek, tu ją wyczyściliśmy, wyremontowaliśmy, świetnie się sprawowała.
Skąd wiedzieliśmy, że w szambie jest turbina? Jeździliśmy po miejscach, w których przed wojną działały elektrownie wodne i rozpytywaliśmy. W Nowej Soli w barze Andrzej postawił piwo wszystkim, którzy tam byli. I jeden ze starszych mężczyzn powiedział mu, gdzie można znaleźć turbinę. Pojechał nawet do domu i przywiózł tabliczkę z numerem turbiny. Wtedy napisałam do swojego przyjaciela, który mieszkał za granicą i on dotarł do tej fabryki. Przysłali mi bezpłatnie całą dokumentację techniczną – mówi z dumą pani Aleksandra.

Elektrownia z zewnątrz
Jak układały się relacje z miejscowymi?
– Nie było najgorzej, mimo że byliśmy tu zupełnie obcy. Byli i tacy, którzy coś nam ukradli, kłusowali, ale generalnie nie było większych problemów – wspomina, dodając, że przez te wszystkie lata nigdy nie angażowała się w życie lokalnej społeczności.
– Żyliśmy z boku tych wszystkich spraw, z dala od ludzi. Zresztą całymi dniami budowaliśmy, mieliśmy z Andrzejem pełne ręce roboty – dodaje.
– A ryby wtedy były piękne – mówi z nostalgią – nie to co teraz.
– Coś złego dzieje się na rzece w niektórych dniach (w soboty), mogę się tylko domyślać.
Obliczenia Andrzeja Szumiło dotyczące możliwości produkcji energii sprawdziły się prawie co do joty. Jednak od 1902 roku dużo się zmieniło jeśli chodzi o warunki hydrologiczne, zwłaszcza ilość wody w Gwdzie. Z dokumentów, do jakich dotarliśmy, wynika, że od 1902 roku do teraz ubyła jedna trzecia wody w rzece. To sprawia, że obecnie elektrownia pracuje często na jedną trzecią, jedną czwartą swojej mocy. Jeszcze w latach 80. i 90. były śniegi, których dziś praktycznie nie ma. Nie ma śniegu – nie ma wody. W zimie, jak był śnieg, była bardzo duża produkcja i tym nadrabiało się chude miesiące w okresie wiosenno–letnim. Rocznie produkowaliśmy 1900 MWh energii! Teraz niestety to 1400 MWh. Maksymalna moc elektrowni to 0,32 MW – i to wystarcza, by móc podłączyć 70–80 gospodarstw, dużą wieś. Niemcy mieli rozprowadzoną sieć promieniście do swoich majątków, a obecnie całą wyprodukowaną przez nas energię oddajemy (sprzedajemy) do sieci ogólnokrajowej.
W 1989 roku elektrownia ruszyła. Do Żarek zjechali wszyscy święci, łącznie z ówczesnym wojewodą. To była druga elektrownia wodna w Polsce, uruchomiona przez prywatnego właściciela.
– Od samego początku ceny energii w ministerstwie załatwiałam ja. Do 2005 roku tam jeździłam. Wtedy zmieniły się przepisy, które mówiły o tym, że zakłady pracy musiały kupować energię w części ze źródeł odnawialnych, energię posiadającą świadectwa pochodzenia. Potem wymyślono, że będzie giełda energii. Wszystko trzeba było załatwiać drogą internetową, a gdzie tu u nas Internet? – mówi, pokazując wszechobecny las.
– Do tej pory mamy problem z łącznością. To była prawdziwa masakra. Kupiłam tablet, telefony, ruter i z całym tym majdanem jeździłam na stację benzynową w Lędyczku – opowiada.
Cała ta giełda to był dramat finansowy. Nasz sąsiad, który miał elektrownię taką jak my, sprzedał ją. My nie mieliśmy wyjścia, postanowiliśmy walczyć o lepsze ceny. Dziś sprzedajemy energię do ENERGA SA, mamy ceny zagwarantowane na 15 lat. To jest dobra cena. Warunek był jeden – cała elektrownia musiała być zmodernizowana i dostosowana do standardów. Andrzej wszystkiego pilnował, wszystko mieliśmy zrobione, wszystko mamy całkowicie zautomatyzowane – opowiada.
Ceny elektrownia ma zagwarantowane jeszcze na 13 lat. W maju ubiegłego roku zmarł Andrzej Szumiło.
– Nie chcę już dłużej zajmować się elektrownią. Jestem zmęczona, wszystko w moim ciele mam zapasowe, a to, co na zewnątrz, to tylko opakowanie. Czas pójść, po 67 latach nieprzerwanej pracy zawodowej, do domu pogodnej starości. Elektrownia została wystawiona na sprzedaż. Czy mi szkoda? Tak, ale kto ma się tym zajmować? Ja już nie dam rady, a Andrzeja nie ma – mówi bez żalu.
Ile jest w tej chwili elektrowni wodnych w Polsce? Zdaniem Aleksandry Augustowskiej i według szacunków Towarzystwa Rozwoju Małych Elektrowni Wodnych, którego była współzałożycielką i wieloletnią współpracowniczką – około tysiąca.
Przez 40 lat tłumaczyła, pokazywała, załatwiała, walczyła i rozmawiała z decydentami, przecierając urzędowe ścieżki dla idących jej śladami elektrowniarzy. Za zasługi w rozwój energetyki wodnej w lipcu tego roku Aleksandra Augustowska została uhonorowana Odznaką Honorową Ministerstwa Ochrony Środowiska i Energii Odnawialnej.
Mariusz Leszczyński

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Wiedząc to.pezez co.przeszla dziwie się jej dzisiejszym poglądom.
A skąd przekonanie, że poglądy tej Pani są złe albo niewłaściwe? Według mnie to bohaterka!!!! Wszystko stworzyła od podstaw dzięki swojej pracowitości i wytrwałości i to przez 40 lat. Życzę dużo zdrówka i zasłużonego odpoczynku!!!!
Miałem zaszczyt poznać Olę wspaniałą kobietę o których się mówi ze gdzie diabeł nie może tam pośle taką osobę . Wspaniała pogodna brnąca przez życie jak taran.
Witam miałam zaszczyt poznać Panią Olenę uczyła mnie malowania wydmuszek bardzo mądra i odważna kobieta wzór do naśladowania szkoda że dopiero teraz o Niej jest artykuł Pozdrawiam serdecznie Katarzyna z domu Gebska
Witam miałam zaszczyt poznać Panią Olenę uczyła mnie malowania wydmuszek bardzo mądra i odważna kobieta wzór do naśladowania szkoda że dopiero teraz o Niej jest artykuł Pozdrawiam serdecznie Katarzyna z domu Gębska
Wiedząc to.pezez co.przeszla dziwie się jej dzisiejszym poglądom.
A skąd przekonanie, że poglądy tej Pani są złe albo niewłaściwe? Według mnie to bohaterka!!!! Wszystko stworzyła od podstaw dzięki swojej pracowitości i wytrwałości i to przez 40 lat. Życzę dużo zdrówka i zasłużonego odpoczynku!!!!
Miałem zaszczyt poznać Olę wspaniałą kobietę o których się mówi ze gdzie diabeł nie może tam pośle taką osobę . Wspaniała pogodna brnąca przez życie jak taran.